Tylko do Wielkanocy jest czas na opracowanie skutecznej metody leczenia lub innego modelu radzenia sobie z wirusem. Kwarantanna społeczeństwa i gospodarki, choć aktualnie słuszna, niesie ze sobą olbrzymie ryzyko.

Tak bardzo w ostatnich latach przyzwyczailiśmy się do prostoty rozwiązań typu win-win i płynących z nich korzyści, że zapomnieliśmy niemal w ogóle o możliwości wystąpienia rozwiązania typu lose-lose. Polega ono na tym, że cokolwiek zrobimy, niestety będzie źle – a jedynym polem manewru jest chłodna kalkulacja minimalizująca straty. Decyzja niewłaściwa – lub podjęta w niewłaściwym momencie – może przy tym powodować nałożenie się na siebie konsekwencji wynikających ze zmaterializowania się różnych negatywnych scenariuszy. Przed takim właśnie dylematem postawiła nas panosząca się zaraza.

W Polsce – tak jak w innych krajach – możliwe były dwa ogólne scenariusze działania. Rząd mógł albo nic nie robić, albo wdrożyć ogólnonarodową kwarantannę. Aktualnie wybraliśmy – moim zdaniem słuszny na ten moment – wariant drugi, ale przecież on też niesie ze sobą olbrzymie ryzyko. 

Scenariusz nr 1: brak działań

W tym wariancie elementem ryzyka, wynikającym z braku podjęcia jakichkolwiek działań, jest swobodne rozprzestrzenianiem się wirusa, którym według prognoz jest w stanie zarazić się do 70 proc. populacji. Wskaźnik śmiertelności szacuje się na poziomie 3,4-3,7 proc. – przy czym wartość ta dotyczy zarażonych ze stwierdzonymi objawami, a u wielu zarażonych choroba wywołana koronawirusem przebiega bezobjawowo (przez co znacząca część przypadków jest nierejestrowana). 

Ryzykiem w przypadku ogólnonarodowej kwarantanny społeczeństwa i gospodarki jest śmierć, jak na razie, nieoszacowanej liczby osób – nie bezpośrednio z powodu koronawirusa

Zakłada się, że spośród pacjentów, którzy mają objawy, lekki przebieg choroby będzie miał miejsce u około 80 proc. Niestety, odsetek osób zarażonych a bezobjawowych nie został jak dotąd oszacowany. Zakładając więc optymistycznie, że śmiertelność na poziomie 3,4-3,7 proc. dotyczy połowy zarażonych (tych z objawami) spośród 70 proc. ogółu populacji, w skali Polski oznacza to śmierć ok. 452-492 tys. ludzi, czyli inaczej mówiąc, jednego miasta wojewódzkiego – np. Gdańska. Wariant pesymistyczny, zakładający, że u 100 proc. zarażonych choroba przebiega z objawami, zaś  powyższe szacunki śmiertelności dotyczą ogółu zarażonych, oznacza śmierć ok. 904–984 tys. ludzi, czyli mniej więcej tyle, ile liczą sobie w sumie Poznań i Szczecin.

Dla porównania: bez koronawirusa w 2018 r. w Polsce zmarło w sumie 414 tys. osób. Tak więc uwzględniając powyższe założenia, w przypadku, gdyby zgony spowodowane zarażeniem koronawirusem rozłożyły się na trzy lata, roczna liczba zgonów w Polsce w tym okresie wzrosłaby względem wartości „standardowej” o 38-76 proc. Oczywiście należy mieć również na uwadze, że szacowany wskaźnik śmiertelności jest znacząco zróżnicowany przez inne czynniki, w tym m.in. wiek zarażonego – szacowany wskaźnik śmiertelności zarażonych (tych z objawami) poniżej 50 roku życia wynosi 0,2-0,4 proc.

Scenariusz nr 2: ogólnonarodowa kwarantanna

Wdrożenie ogólnonarodowej kwarantanny społeczeństwa i gospodarki też niesie poważne ryzyko. Przyczyni się bowiem do śmierci, póki co, nieoszacowanej liczby ludzi – nie bezpośrednio z powodu koronawirusa. 

Taki będzie nieuchronny dramatyczny efekt uboczny dwóch procesów. Po pierwsze, chodzi o powolne zaprzestawanie leczenia innych chorób – poprzez ograniczanie dostępności lekarzy, ratowników medycznych oraz infrastruktury medycznej, zaangażowanej w próbę ograniczenia skutków epidemii. W efekcie umierać będą nieleczeni pacjenci chorzy na inne choroby. 

Jeśli nie wypracujemy szybko skutecznego rozwiązania medycznego (np. leczenie objawowe lub szczepionka), każdego dnia narodowej kwarantanny narastać będą jej negatywne konsekwencje 

Po drugie, trzeba wziąć pod uwagę śmiertelność wynikającą z kryzysu gospodarczego, który – w wyniku podjęcia kwarantanny na tak szeroką skalę – rozpędza się równolegle do samej epidemii. Oblicza tej śmiertelności mogą w przyszłości przybrać zróżnicowane formy. Jedną z nich może długofalowo być spadek odporności i wzrost zachorowań na inne choroby wynikające z nieprawidłowego odżywiania – wskutek ograniczenia podaży przy jednoczesnym wzroście cen żywności. Inną formą może być wzrost liczby samobójstw wśród osób, które z dnia na dzień utraciły źródło dochodu, a tym samym nie są w stanie zapewnić bezpieczeństwa rodzinie.

Oszacowanie śmiertelności i społeczno-gospodarczych kosztów tego scenariusza jest w tej chwili znacząco trudniejsze od szacowania śmiertelności bezpośrednio z powodu samego wirusa. Nikt nie wie, jak długo potrwa obecny stan zawieszenia, nawet jeśli premier Mateusz Morawiecki zapowiada powrót do „nowej normalności” po Wielkanocy.

Wszystko wskazuje na to, że ograniczenia będą społeczeństwu „dozowane” w formie dwu- lub trzytygodniowych wydłużeń – jak to się dzieje dotychczas. W efekcie, możemy mieć jedynie mgliste wyobrażenie zarówno skali, jak i przede wszystkim czasu występowania negatywnych konsekwencji związanych z tym rozwiązaniem.

Niemniej za realne można uznać, że przy utrzymywaniu obecnego stanu rzeczy, w perspektywie np. roku, sumaryczna liczba zgonów wywołanych m.in. ograniczeniem leczenia innych chorób oraz negatywnymi konsekwencjami gospodarczymi (w tym samobójstwami), przyczyni się do wzrostu zgonów o kilkanaście procent względem „standardowej” liczby.

Zostały dwa tygodnie

Nie usiłuję tu przedstawiać prognoz „pewnych”, to niemożliwe. Chcę jedynie pokazać, że w obecnej sytuacji nie ma jedynej i niepodważalnej racji. Co gorsza, możliwe jest kumulowanie się negatywnych skutków obu scenariuszy. 

Nie kwestionuję zasadności zarządzonej aktualnie kwarantanny, która jest racjonalnym narzędziem rozłożenia szczytu zachorowań na dłuższy okres (ogranicza ryzyko zapaści systemu ochrony zdrowia) oraz daje więcej czasu na opracowanie sposobów leczenia choroby. Zasadność tak drastycznego działania będzie jednak stopniowo malała. W przypadku braku wypracowania w określonym czasie skutecznego rozwiązania medycznego (np. leczenie objawowe lub szczepionka) każdego dnia narodowej kwarantanny narastać będą negatywne konsekwencje drugiego scenariusza. 

Powszechny opór przed ogólnonarodową kwarantanną wystąpi najprawdopodobniej koło świąt wielkanocnych. Czyli za dwa tygodnie

Równocześnie należy mieć na uwadze, że dopóki nie powstanie metoda skutecznego leczenia, to – z kwarantanną czy bez niej, w dłuższej lub krótszej perspektywie czasowej – bezpośrednio z powodu koronawirusa zagrożone jest w Polsce życie kilkuset tysięcy ludzi. 

W pewnym momencie konieczne będzie zatem podjęcie racjonalnej, bezemocjonalnej odpowiedzi na pytanie, czy zasadne jest dalsze kumulowanie efektów obydwu scenariuszy. Uwzględniając fakt, że niestety mało kto w naszym społeczeństwie posiada oszczędności pozwalające w sytuacji straty dochodu na bezstresowe życie przez dłużej niż jeden miesiąc, można przewidywać, że powszechny opór przed ogólnonarodową kwarantanną społeczeństwa i gospodarki wystąpi najprawdopodobniej koło świąt wielkanocnych. Czyli za dwa tygodnie. Później trzeba się liczyć z – motywowanym psychologicznie i ekonomicznie – masowym łamaniem surowych zasad izolacji. A tym samym – z poważnym wzrostem niepokojów społecznych.

Tylko tyle czasu pozostało na opracowanie skutecznej metody leczenia lub wypracowania innego modelu radzenia sobie z wirusem.