Zapewne mistycy – a może nawet najpokorniejsza siostra zakonna – popatrzyliby na mnie z politowaniem…

Fragment książki „Niedowiarstwo moje”, która 25 marca ukaże się nakładem Wydawnictwa Znak

To chyba jedno z najtrudniejszych pytań. Trzeba się zmusić do przekroczenia tajemnicy między sobą a Bogiem. A tego nie potrafię. Nawet argument o potrzebie dania świadectwa nie potrafi do tego skłonić.

Może więc odpowiem trochę inaczej. Można to zrobić bardzo prosto. Na pytanie: „Jak się modlę?” odpowiedzieć: „źle”. Na pewno za mało, na pewno za płytko, na pewno byle jak. Wystarczy przecież zacząć się modlić, by to wiedzieć. Ja to w każdym razie wiem o sobie.

Można także odpowiedzieć tak: od najdawniejszych lat modlę się właściwie tak samo, przede wszystkim u początku i końca dnia. To jest jakaś najbardziej naturalna potrzeba i oczywistość. A także – ilekroć tylko przychodzi sygnał dający znać o tym wymiarze egzystencji, który przerasta człowieka: strach i radość, niepewność i bezsilność, bunt czy ulga i wdzięczność. Następuje wtedy odruchowy zwrot ku Bogu: albo prośba – albo podziękowanie – albo coś jeszcze bardziej podstawowego, co można by przetłumaczyć słowami: widzisz, jest ze mną tak i tak. Ze mną albo z kimś, kto mnie obchodzi.

I to ze wszystkiego wydaje mi się najważniejsze. Tłumaczy to wyraziście stara pieśń znana mi z dzieciństwa, której zresztą śpiewanej w kościołach nie słyszałam już od wielu lat.

O, której berła ląd i morze słucha,
Jedyna moja po Bogu otucha,
O Gwiazdo Morska, o święta Dziewico,
Nadziei moich niebieska kotwico.
Ciebie na pomoc błędny żeglarz wzywa,
Spojrzyj, po jakim strasznym morzu pływa.
Jedni rozbici na dnie morskim giną,
Drudzy do Ciebie po ratunek płyną.

Ta pieśń nawet w dzieciństwie wywoływała we mnie natychmiast obraz o niesłychanej sile. Dziś, w starości, widzę to jeszcze wyraźniej. Egzystencja ludzka najbardziej podobna jest właśnie do toni, w której można albo pogrążyć się, albo od której ocalić. I tak jest nawet w sensie dania sobie rady z kondycją człowieka nieuchronnie starzejącego się i zawsze zagrożonego chorobą i cierpieniem. A przecież jeszcze jest los, i przeszłość nieustannie domagająca się obrachunków, i przyszłość całkowicie niepewna, i także związki z ludźmi, które nawet gdy radują, mogą okazać się cierpieniem nie do zniesienia. Dlatego modlitwa jest dosłownie owym trzymaniem się tratwy, belki, koła ratunkowego, czasem źdźbła, kiedy indziej pewnego gruntu bezpiecznej łodzi pod nogami. Zarówno modlitwa, która ma kształt bardzo osobisty (ale tu zapada bariera milczenia), jak ta, która jest powtarzaniem słów wyuczonych, pewnych nawet wtedy, gdy trudno zebrać myśli, a nic, ale to nic, nie sprzyja dobremu usposobieniu. Właśnie gdy się powtarza psalmy, Modlitwę Pańską, „Zdrowaś…”, gdy bezskutecznie walcząc z obcymi myślami, trzyma się kurczowo różaniec, prawda o tym trzymaniu się rozbitka bodaj jednej belki ratunkowej nie potrzebuje żadnych dowodów, przemawia z całą jaskrawością.

Brak mi w naszych dzisiejszych kościołach ciszy, którą pamiętam z lat dawnych. Tyle się w nich dzieje, że nie sposób właściwie liczyć na pobycie tam w milczeniu. A już msza św. niedzielna jest tylko nieustanną gimnastyką pod komendę: „a teraz złóżmy wyznanie wiary”, „a teraz odmówmy modlitwę, której nauczył nas sam Jezus Chrystus”, i tak dalej, i tak dalej. Ale trudno, jest, jak jest. Może jeszcze będę mogła przeżyć jako wyjątkowy dar najpiękniejszą, najprawdziwszą modlitwę Kościoła, jaką jest gregoriański śpiew liturgiczny w okresie wielkanocnym. Chciałabym usłyszeć wielkanocne Kyrie i wielkosobotnie Exsultet, a także adwentowe Rorate coeli desuper. I jeszcze początek Litanii do Matki Boskiej śpiewany w Ostrej Bramie w Wilnie, bo tylko tam śpiewają tę melodię tak, jak trzeba. To nie jest pragnienie estetyczne. To jest dotknięcie – nie wiem, dlaczego
możliwe dla człowieka już teraz – samego serca tego, czym jest modlitwa.

Ale to też jest tylko moja mizerna prawda osobista. Zapewne mistycy – a może nawet najpokorniejsza siostra zakonna – popatrzyliby na mnie z politowaniem…