Zdrowe fundamenty chrześcijańskiego życia duchowego to Eucharystia i miłość, a nie prywatne objawienia.

To będzie gorzki komentarz. I trudno, by taki nie był, skoro mowa będzie o porażce. Może nie o osobistej porażce, ale o porażce polskiej teologii.

Kryzysy mają to do siebie, że są momentami prawdy i weryfikacji. Kryzys związany z epidemią koronawirusa ujawnił słabość polskiej teologii i naszego nauczania, zarówno tego katechetycznego, jak i kaznodziejskiego. Dwie toczące się w mediach społecznościowych dyskusje – spór o Komunię Świętą na rękę czy do ust oraz teologiczna interpretacja epidemii jako ewentualnej kary Bożej – pokazały nie tylko teologiczną ignorancję wielu (także niestety duchownych), ale także braki w metodologii teologicznego myślenia.

Głos z nieba?

Pamiętam, jak przed laty młody adept sztuki kaznodziejskiej został przeze mnie upomniany, że całe kazanie pasyjne oparł na wizjach mistyczek z zupełnym pominięciem Ewangelii. Riposta, którą wówczas usłyszałem, zmroziła mnie. „Jeśli usuniemy wszystkie objawienia prywatne, to co nam pozostanie?” – zapytał szczerze oburzony. „Ewangelia” – zdążyłem tylko odpowiedzieć oniemiały.

To wydarzenie bardzo dobrze ilustruje metodologiczny dryf naszego teologicznego myślenia. Mówię oczywiście o tej teologii, która się ujawnia w nauczaniu Kościoła, a nie o jej wymiarze akademickim. Ten dryf polega na istotnym przesunięciu w obszarze – jak się mówi mądrze –źródeł teologicznych: te pierwszoplanowe stają się zupełnie pobocznymi, a te, które winny być na dalszym planie, stają się podstawowym źródłem nauczania.

Posłuchałem sobie ostatnio jednego z czołowych, wziętych duszpasterzy i kaznodziejów. W długiej konferencji były odwołania do prywatnych objawień, do autorytetu mistyków, do świadectw cudów i łask oraz do osobistych doświadczeń – tego było chyba najwięcej. I żadnego odwołania do Pisma Świętego. Jak widać, można głosić Jezusa bez Jezusa.

„Jeśli usuniemy wszystkie objawienia prywatne, to co nam pozostanie?” – zapytał mnie oburzony student. „Ewangelia” – odpowiedziałem oniemiały

Modni są wizjonerzy i prorocy, popularne są prywatne objawienia – zarówno te zatwierdzone przez Kościół, jak i te wątpliwe. Trudno się dyskutuje, gdy ktoś używa argumentu: „A Matka Boża powiedziała” albo „jak przekazał jej Jezus”. Przecież to bezpośredni głos z nieba! Kościół wciąż jednak naucza, że pierwszorzędnym źródłem poznania teologicznego jest Objawienie, które dociera do nas jako Pismo Święte i Tradycja – interpretowane tak jak to czyni Urząd Nauczycielski Kościoła – a objawienie prywatne jest daleko, daleko dalej.

Ba, uznawanie prywatnych objawień nie jest nawet niezbędne dla życia wiarą. Dla niejednego i niejednej jednak większym autorytetem są – dla przykładu – ks. Dolindo czy św. Matka Teresa niż papież, sobór, Watykan. Ważniejsze się staje, co powiedzieli czy jaką mieli praktykę duchową, niż to, jaka obecnie obowiązuje dyscyplina kościelna.

Według twórcy koncepcji miejsc teologicznych (loci theologici), żyjącego w wieku XVI Melchiora Cano, „autorytet starożytnych świętych” jest dopiero szósty w kolejności po Piśmie Świętym, Tradycji, nauczaniu Kościoła powszechnego, soborów i Kościoła Rzymskiego, czyli papieża. No ale kto by słuchał papieża, o którym nawet nic nie wiadomo, by miał jakieś stany mistyczne – skoro ten czy ów wizjoner wie to, co usłyszał bezpośrednio od Boga (o egzorcystach, którzy mają wiedzę bezpośrednio od szatana, pisał już wielokrotnie ks. Grzegorz Strzelczyk).

Objawienia niekonieczne

Warto w tym miejscu przypomnieć, co o prywatnych objawieniach pisał papież Benedykt XVI w adhortacji apostolskiej „Verbum Domini”.

Otóż przywołuje on najpierw na słowa św. Jana od Krzyża („Droga na górę Karmel”, II, 2): od kiedy Bóg dał nam „swego Syna, który jest Jego jedynym Słowem (…), przez to jedno Słowo powiedział nam wszystko naraz. I nie ma już nic więcej do powiedzenia (…). To bowiem, o czym częściowo mówił dawniej przez proroków, wypowiedział już całkowicie, dając nam Wszystko, to jest swego Syna. (…) Zatem jeśliby ktoś jeszcze pytał Boga albo pragnął od Niego jakichś widzeń czy objawień, postąpiłby nie tylko błędnie, lecz również obraziłby Boga, nie mając oczu utkwionych w Chrystusa, całkowicie, bez pragnienia jakichś innych nowości”.

Papież nawiązuje następnie do „Propositio” synodu poświęconego słowu Bożemu, w którym czytamy, że rolą objawień prywatnych „nie jest (…) «uzupełnianie» ostatecznego Objawienia Chrystusa, lecz pomaganie w pełniejszym przeżywaniu go w jakiejś epoce historycznej”.

Objawienia prywatne mogą być pomocne dla wiary, ale nie mamy obowiązku z nich korzystać

Benedykt XVI dołącza do tego swój komentarz, który wypada przytoczyć w całości: „Wartość objawień prywatnych różni się zasadniczo od jedynego Objawienia publicznego: to ostatnie wymaga naszej wiary; w nim bowiem ludzkimi słowami i za pośrednictwem żywej wspólnoty Kościoła przemawia do nas sam Bóg. Kryterium prawdziwości objawienia prywatnego jest jego ukierunkowanie ku samemu Chrystusowi. Jeśli oddala nas ono od Niego, z pewnością nie pochodzi od Ducha Świętego, który jest naszym przewodnikiem po Ewangelii, a nie poza nią. Objawienie prywatne wspomaga wiarę i jest wiarygodne właśnie przez to, że odsyła do jedynego Objawienia publicznego. Stąd kościelna aprobata objawienia prywatnego zasadniczo mówi, że dane przesłanie nie zawiera treści sprzecznych z wiarą i dobrymi obyczajami; wolno je ogłosić, a wierni mogą przyjąć je w roztropny sposób. Objawienie prywatne może wnieść nowe aspekty, przyczynić się do powstania nowych form pobożności lub do pogłębienia już istniejących. Może mieć ono pewien charakter prorocki (por. 1 Tes 5,19-21) i skutecznie pomagać w lepszym rozumieniu i przeżywaniu Ewangelii w obecnej epoce; dlatego nie należy go lekceważyć. Jest to pomoc, którą otrzymujemy, ale nie mamy obowiązku z niej korzystać” (VD 14).

Nic dodać, nic ująć. Wystarczy właściwa hierarchia między jednym a drugim sposobem ujawnia się woli Boga. Z tym że pierwszeństwo zawsze należy dać Objawieniu publicznemu przed prywatnym. A kryterium prawdy jest zawsze autorytet Kościoła, któremu powierzona jest interpretacja Objawienia, a nie autorytet widzącego. Taka jest nauka katolicka.

Poznanie przez miłość

Indywidualizacja myślenia teologicznego nie jest niczym nowym. W antologii tekstów dotyczących historii duchowości wybitny prawosławny teolog i metropolita Pergamonu John Zizioulas w rozdziale „Wspólnota wczesnochrześcijańska” pisze tak: „Były więc dwie główne mentalności czy postawy: pierwsza opierała się na wspólnocie eucharystycznej, zorientowanej eschatologicznie; druga na doświadczeniach jednostek, dążących w walce z namiętnościami do moralnej perfekcji i do mistycznego zjednoczenia duszy czy umysłu z Boskim Logosem”. Jak pisze autor, „zasady te w charakterze normatywu dotrwały aż do naszych czasów”. 

To napięcie między wiarą Kościoła a osobistym przeżywaniem wiary wciąż istnieje. I jest w jakimś sensie naturalne. Każdy z nas ma jakiś osobisty profil wiary. Każdy wierzy jakoś inaczej. Problem zaczyna się rodzić wtedy, gdy osobiste doświadczenie wiary przekształca się w gnozę – poznanie, które staje się ważniejsze od wiary wspólnoty, od wiary Kościoła, a w konsekwencji: od norm kanonicznych. Wówczas dajemy sobie prawo oceny i wyboru.

Jeden z moich dyskutantów, któremu zwróciłem uwagę, że powołując się na cały dokument, pomija jedno zdanie, które wyraźnie przeczyło jego tezie, odpowiedział mi, że „prawo nierozumne nie obowiązuje w sumieniu”. W jego ocenie cały dokument był rozumny, tylko jedno zdanie – nie, ponieważ nie odpowiadało jego koncepcji. W dyskusji na temat Komunii na rękę inny mój rozmówca był gotów negować prawdziwość wszystkich źródeł z okresu do IX wieku. Są i tacy, którzy normę wiary czynią ze swoich snów. A potem biskup musi „dementować”, że epidemia nie jest karą za grzechy.

Każdy z nas ma jakiś osobisty profil wiary. Problem zaczyna się wtedy, gdy osobiste doświadczenie wiary przekształca się w gnozę – poznanie, które staje się ważniejsze od wiary Kościoła

Wróćmy jeszcze do starożytności. Cytowany już Zizioulas pisze o napięciu, jakie w Kościele pierwotnym rodziła kwestia poznania Boga. Tendencje gnostyckie istniały także we wspólnocie Kościoła. Jednym z krytyków traktowania wiedzy jako klucza do zbawienia i wieczności był św. Ireneusz. Według niego – jak to relacjonuje Zizioulas – „Boga poznaje się w relacjach osobowych, w komunii, nie drogą przyjmowania takich czy innych tez ani nawet przez widzenia czy wizje prawdy. […] Droga do Boga miała wieść przez kontakt z bliźnim. Miłość nazwano jedynym zdrowym fundamentem chrześcijańskiego życia duchowego”.

Autor nawiązuje także do koncepcji extra ecclesiam nulla salus – poza Kościołem nie ma zbawienia, którą znajdujemy u Orygenesa i św. Cypriana. Wciąż panujące – legalistyczne i ograniczone do instytucjonalnych ram Kościoła – rozumienie tej formuły jest dalekie od ówczesnego, właściwego jej pojmowania. Chodziło w niej o to, że nie ma zbawienia rozumianego indywidualistycznie – bez trwania we wspólnocie Kościoła, która zbiera się na Eucharystię. Drogą zbawienia nie jest ani nadprzyrodzone poznanie, ani gnoza, ani nawet subtelna i bogata duchowość, lecz więź eucharystyczna, która rodzi Kościół. Trwanie w Kościele jest – jeśli można tak powiedzieć – o wiele ważniejsze niż osobista doskonałość budowana na własnych nawet bardzo pobożnych kryteriach.

Czyli – mówiąc słowami mojego ś.p. proboszcza – „lepsze posłuszeństwo niźli nabożeństwo”. Może właśnie teraz, gdy tak bardzo zostaliśmy pozbawieni Eucharystii, trzeba zaufać wierze Kościoła, a nie własnej pobożności.