Gdy miałem jedenaście lat, doszedłem do wniosku, że Bóg raczej nie interweniuje w wyniki meczów. Z biegiem czasu zacząłem podejrzewać, że tak jak z meczami, jest ze wszystkim innym.

Jakkolwiek Jezus u świętego Mateusza mówi jasno, że „kto prosi, otrzymuje”, praktyka życiowa uczy, że otrzymuje albo nie otrzymuje. Bardzo przepraszam wszystkich wierzących lepiej i mocniej ode mnie, jeśli dotyka ich to zdroworozsądkowe, jak mi się wydaje, rozpoznanie. Bóg nie jest skrzynką życzeń i zażaleń. Czy wynika to z naszej, proszących, niedostatecznej wiary, czy też z innych jakichś przyczyn – trudno orzec. Niemniej, choć zdarzają się sytuacje, w których człowiek wierzący rozpoznaje interwencje Opatrzności, co najmniej równie często tych interwencji nie widzimy. Jak to przenikliwie pokazywał na przykład film „Lourdes” Jessici Hausner spośród wielu pielgrzymów uzdrowiona zostaje jedynie główna bohaterka, skądinąd wcale nie najbardziej wierząca, raczej przeciwnie. Dlaczego właśnie ona? Dlaczego nie ktoś inny, a zwłaszcza: czemu nie wszyscy lub przynajmniej nie większość tych, którzy błagają w sanktuarium o pomoc?

W dodatku, kiedy ufamy w bezpośredni i częsty udział Opatrzności w tym świecie, musimy poradzić sobie z dojmującym pytaniem: Gdzie w takim razie był Bóg w Auschwitz (lub w Aleppo, albo w Guernice, albo w 1755 roku w Lizbonie)? Mnie przekonuje odpowiedź, że wśród ofiar; ale przyznajmy, że to poruszające zdanie jest z zupełnie innego porządku i otwiera zupełnie inne perspektywy, niż piękna i czuła, ale niezgodna z empirią koncepcja Opatrzności, odpowiadającej na nasze prośby tak po prostu.

Nie umiem wykrzesać w sobie wiary w skuteczność modlitw, jeśli nie towarzyszy im coś jeszcze: nasze konkretne działanie

Poza tym, przyznajmy – a w podzielonej Polsce należy o tym szczególnie pamiętać – że nasze prośby mogą się wzajemnie wykluczać. Natychmiast przychodzi mi do głowy wspomnienie z dzieciństwa, niby komiczne, ale dotykające, jak mi się wydaje, kwestii całkiem poważnej. Mianowicie jako chłopiec bardzo przeżywałem mecze polskiej reprezentacji piłkarskiej (a były to czasy legendarnych Orłów Górskiego). Wydaje mi się, że pamiętam październikowy wieczór, gdy Polacy grali na Wembley. Jedenastoletni chłopiec, jakim byłem, szczerze modlił się o „zwycięski remis” – który, jak wiadomo, padł, zgodnie z moimi prośbami – ale nazajutrz przyszło mi do głowy, że jakiś mój rówieśnik z Wysp Brytyjskich zanosił może równie żarliwe prośby o zwycięstwo Anglii. Doszedłem wtedy do całkiem rozumnego wniosku, że Bóg raczej nie interweniuje w wyniki meczów. Z biegiem czasu zacząłem podejrzewać, że tak jak z meczami, jest ze wszystkim innym. W każdym razie z większością spraw, z którymi za życia musimy sobie poradzić.

Czy to znaczy, że lekceważę znaczenie modlitwy? Nie. Ale, będąc przekonanym do modlitewnych wyrazów wdzięczności i żalu, do modlitewnych próśb mam stosunek niejednoznaczny. Wydaje mi się, że mają one wielkie znaczenie samowychowawcze: przypominają ograniczone możliwości mnie samego. Natomiast nie umiem wykrzesać w sobie wiary w ich skuteczność, jeśli nie towarzyszy im coś jeszcze: nasz doczesny wysiłek, konkretne działanie. Jak w starym dowcipie o pobożnym Żydzie, który chciał wygrać na loterii: musimy kupić los, dać Bogu szansę.

Fragment tekstu, który ukazał się w najnowszym numerze kwartalnika „Więź”, wiosna 2020

„Więź”, wiosna 2020

Kup tutaj