Nikomu by nawet nie przyszło do głowy, że Chrystus zaraża, gdyby nie sugestia biskupa… Takie są, niestety, uboczne skutki przerostu kaznodziejskiej retoryki.

Z prawdziwą konsternacją przeczytałem słowo pasterskie abp. Andrzeja Dzięgi, odczytane w kościołach archidiecezji szczecińsko-kamieńskiej w niedzielę 15 marca br. W związku z szerzeniem się epidemii koronawirusa we wszystkich diecezjach w Polsce została udzielona dyspensa dla wiernych od obowiązku uczestniczenia w Mszy św. na określony czas. Podobnie – zgodnie z decyzjami rządu – została wprowadzona zasada sprawowania liturgii maksymalnie dla 50 osób. Czemu mają więc jeszcze służyć dodatkowe pouczenia i przestrogi szczecińskiego biskupa?

Niestety, sieją one zamęt – niezależnie do tego, jak zbożne są intencje hierarchy. W przypadku zastosowania się do rad swego biskupa, wierni tamtejszej diecezji mogą ulec zakażeniu chorobą. Wielu z nich stawia racjonalny opór wobec tak ryzykownej postawy. Dodatkowo przeżywają niepotrzebny konflikt sumienia, pytają kogo słuchać – biskupa czy rozumu?

Diabeł i woda święcona

Rozważmy argumenty listu pasterskiego. Abp Dzięga z apodyktyczną pewnością twierdzi, że nie można zarazić się koronawirusem, korzystając z wody święconej czy przyjmując Komunię świętą do ust.

Metropolita szczecińsko-kamieński uważa, że już samo dopuszczenie myśli, iż zakażenie mogłoby się dokonać w sytuacji sakralnej, jest uleganiem pokusie szatana. „Kusiciel doskonale wie, jak cierpliwie osłabiać tę naszą bliskość i jedność z Panem. Zaczyna nieraz od drobnych spraw. Trzeba mu powtarzać: idź precz, szatanie. Szatan jest bezradny wobec takiego wyrazistego i jednoznacznego człowieczego świadectwa wiary”. Przekonanie swe arcypasterz wspiera ponadto argumentem raczej folklorystycznym, a nie teologicznym: „ktoś się czegoś boi, jak diabeł święconej wody”. Oj, raczej trzeba się bać duszpasterskiego pustosłowia!

Dylemat „słuchać biskupa czy rozumu” jest i niepotrzebnym konfliktem sumienia, i fałszywą alternatywą

Zachęcając do przyjmowania „mimo wszystko” Komunii do ust arcybiskup deklaruje: „Chrystus nie roznosi zarazków ani wirusów”. Zaskakuje ten teologiczny błąd w liście biskupa. Zwrócił na to uwagę Piotr Sikora w swym komentarzu w „Tygodniku Powszechnym”. Według Sikory, w rozumowaniu abp. Dzięgi ujawnia się teologia de facto monofizycka głosząca, że ludzka natura Chrystusa została wchłonięta przez naturę boską. Tymczasem, zgodnie z Soborem Chalcedońskim, natura ludzka zjednoczona w osobie Wcielonego Boga z naturą boską zachowała wszystkie swe właściwości, łącznie z podatnością na choroby. Dlatego Sikora trafnie dodaje: „gdyby koronawirus szalał na Bliskim Wschodzie w czasach Jezusa, On także mógłby się zarazić i zarażać innych”.  

W podobnym duchu pisał wcześniej na naszych łamach ks. Andrzej Draguła: „nie chodzi o możliwość przenoszenia wirusa przez Najświętszy Sakrament, ale o kontakt między obecnymi na mszy, który jest ryzykowny tak samo jak w każdej innej analogicznej sytuacji. Nie ma żadnej teologicznej przesłanki, która uprawniałaby nas do wnioskowania, że nadprzyrodzoność Eucharystii zawiesza prawa natury. Niejeden z nas wrócił z kościoła przeziębiony czy zarażony grypą. Tezy przeciwne urągają rozumowi i dowodzą przynajmniej na poły magicznego rozumienia Eucharystii. Ciało Pańskie rozwieszone na krzyżu chorowało. Takie są okrutne konsekwencje Wcielenia”.

Nikomu zresztą by nawet nie przyszło do głowy, że Chrystus zaraża, gdyby nie sugestia biskupa… Takie są, niestety, uboczne skutki przerostu kaznodziejskiej – perswazyjnej – retoryki. Trudno zresztą zrozumieć, o co tu chodzi.

Wrażliwość czy dewocja?

Zamiast bronić mocnej – ale w gruncie rzeczy heretyckiej, monofizyckiej – wiary, trzeba z teologicznym realizmem i wrażliwością na losy ludzkie spojrzeć na pokorę Boga, który stał się jednym z nas. To właśnie miłość wcielonego Boga do człowieka powinna budzić w jego wyznawcach drżenie o życie i zdrowie bliźnich. Warto w tych dniach trwogi i niepewności sięgać po Norwida: „Dewocja tylko tego nie postrzegła, / Że za kościołem człowiek o ratunek woła, / Że kona – że aby krew go nie ubiegła, / To ornat drze się w pasy i związuje rany”.

Pandemia dotyka ludzi niezależnie od ich kondycji moralnej

Ochrona ludzkiego życia i troska o jego świętość w obecnej sytuacji domaga się ograniczenia nabożeństw, a nawet ich całkowitego publicznego zawieszenia na czas epidemii, jak uczynił to bp Jan Kopiec w diecezji gliwickiej. Czy nie daje on świadectwa wiary? Jest to wiara rozumna, etycznie spójna, wolna od fanatyzmu. Czystość wiary i duchowa głębia nie zależą od wody święconej, Komunii ustnej, a nawet od obecności fizycznej na Mszy w skupiskach ludzi, którzy mogą zarażać groźnym wirusem. W sytuacji tak poważnego zagrożenia atak na rzekomych przeciwników wody święconej i Komunii ustnej oraz wzywanie do świadectwa wiary tam, gdzie wcale nie chodzi o wiarę, lecz o pewne formy pobożności – wygląda jak jakaś potyczka Don Kichota z urojonymi wiatrakami.

Doprawdy dziwny jest ten apel metropolity szczecińsko-kamieńskiego: „Proszę jednak Was – jeśli nie zachodzą okoliczności rzeczywiście nadzwyczajne – nie proście o Komunię Świętą na rękę, chociaż formalnie macie w Kościele takie prawo”. Czyli co? Istnieją lepsza i gorsza forma przyjmowania Komunii? Lepszy i gorszy gatunek katolików? Jeśli wierni mają prawo do wyboru formy komunikowania, to nikt – nie wyłączając biskupa – nie może im jej narzucić. Za Komunią na rękę przemawiają nie tylko względy higieniczne, choć one w okresie epidemii zdają się wysuwać na czoło, ale są także głębokie racje teologiczne. Starochrześcijańską tradycję tronu dla Jezusa eucharystycznego w dłoniach chrześcijanina przypomniał w tych dniach abp Grzegorz Ryś.

Fides et ratio

Wprawdzie abp Dzięga dystansuje się od poszukiwania metafizycznych przyczyn pandemii („nie należy dzisiaj pytać, kto zgrzeszył, że pandemia szerzy się”), jego list nie jest jednak wolny od tonu moralizatorskiego. Pandemia dotyka ludzi niezależnie od ich kondycji moralnej. Potrzebna jest nam obecnie wyobraźnia miłosierdzia, wrażliwość na kruchość i śmiertelność ludzką, gotowość do wzajemnej, jeśli trzeba to w pełni heroicznej pomocy. Zamknięcie kościołów, czy tylko ograniczenie dostępu do nich, paradoksalnie może być ozdrowieńcze dla naszej religijności, może pomóc nam odróżniać rzeczy istotne od wtórnych, odkrywać na nowo religijną tęsknotę i międzyludzką solidarność.

A tytułowy dylemat – słuchać biskupa czy rozumu – jest i niepotrzebnym konfliktem sumienia, i fałszywą alternatywą. Wystarczy bowiem, aby biskup właściwie używał rozumu i przewidywał konsekwencje swoich decyzji.

Próby przeciwstawiania sobie wiary i rozumu – dwóch wymiarów ludzkiego ducha – mogą przynieść fatalne konsekwencje dla wiary

Raz jeszcze przywołam bp. Jana Kopca. Wczoraj, odprawiając Mszę świętą bez udziału wiernych w katedrze gliwickiej, mówił: „Nie jest łatwo stanąć dziś przed Panem i próbować Go zapewniać, że dobrze sobie radzimy w naszym życiu. […] Każdego dnia zbieramy wieści, które nas przerażają, nie oszczędzając nas przed chaosem, a nierzadko przed zwątpieniem w nasze ludzkie możliwości”.

Wyjaśniał też motywy swojej radykalnej decyzji o zawieszeniu w diecezji gliwickiej odprawiania Mszy świętych w obecności ludzi: „troską najwyższą musi być zagwarantowanie wszystkim bezpieczeństwa w kontaktach wzajemnych, by jak najdalej wyeliminować groźbę zarażenia. Proszę nie traktować mojego zamysłu jako zamykania się na korzystanie ze źródeł łaski nadprzyrodzonej. Wręcz przeciwnie! Może tylko w taki sposób uda nam się uczciwiej spojrzeć na wartość każdego życia, które w obecnej sytuacji jest realnie zagrożone; może docenimy rolę postawy pokornej, szczerze wykazującej naszą odpowiedzialność za naszych bliźnich, zwłaszcza starszych, chorych, narażonych w pierwszym rzędzie na uderzenie choroby. Może też pomoże nam właściwie o sobie samych myśleć w wymiarze wielkiej wspólnoty”.

Wiara i rozum, fides et ratio, potrzebują siebie nawzajem – także w życiu Kościoła, na wszystkich jego szczeblach. Próby przeciwstawiania sobie tych dwóch wymiarów ludzkiego ducha mogą przynieść fatalne konsekwencje dla wiary.