Biskup ma obowiązek nie tyle apelować do wiernych, żeby unikali zarażenia podczas Komunii, ile zapewnić im takie warunki przyjęcia Komunii, żeby ryzyko zarażenia wykluczyć lub przynajmniej ograniczyć.

W związku z ogarniającą świat pandemią koronawirusa od pewnego czasu media zaczęły donosić o coraz częstszych apelach biskupów do wiernych, by Komunię świętą przyjmowali „na rękę” (ewentualnie zalecano tzw. komunię duchową). Początkowo były to doniesienia z zagranicy i bardziej byłem skłonny brać je za jakieś medialne przekłamania albo lapsusy językowe spanikowanych indywidualnych hierarchów, gdzieś z rejonów mocno dotkniętych epidemią.

Ale niedługo do tych głosów dołączył także przewodniczący polskiego episkopatu, abp Stanisław Gądecki, który w swoim apelu napisał: „Ponieważ istnieje wiele dróg przenoszenia się tego wirusa – a komunikacja między ludźmi jest dzisiaj bardzo intensywna – trzeba, aby księża biskupi w swoich diecezjach, w ośrodkach, w których pojawiłoby się takie zagrożenie, przekazali wiernym informację o możliwości przyjmowania na ten czas Komunii świętej duchowej lub na rękę”.

Jednym z ubocznych efektów tych kościelnych apeli jest – jak zauważa ks. Andrzej Draguła w opublikowanym na stronach Więź.pl świetnym artykule „Eucharystia: teologia i higiena” – „powrót do dyskusji o (nie)godności przyjmowania Komunii świętej na rękę”. Byłem jednym z najbardziej aktywnych uczestników dyskusji (sporów) o Komunię na rękę, jakie przetoczyły się w Polsce przez katolickie media z górą 20 lat temu i od tamtej pory staram się publicznie w tej kwestii nie zabierać głosu. Dlatego również obecnie przez czas jakiś powstrzymywałem się przed wypowiedzią. Ale dłużej nie mogę. Bo według mnie chodzi tu o coś znacznie więcej niż „Komunia na rękę”.

Co może biskup

Najpierw cytat z tekstu ks. Draguły: „Przyjmowanie Komunii świętej na rękę z powodów higienicznych jest moim zdaniem uzasadnione. Będąc szafarzem Komunii, wiem dobrze, jak jest przyjmowana do ust. Kontakt z wargami, językiem, a czasami i z zębami (!) przyjmującego jest częsty i de facto nieunikniony. Ręce szafarza są potencjalnym wehikułem dla wszelkich zarazków, w tym dla koronawirusa”.

Ks. Draguła celnie wytknął też przewodniczącemu KEP niestosowność sugerowania, że przyjmowanie Komunii na rękę jest czymś wyjątkowym jedynie z racji epidemii, gdyż „taki sposób komunikowania jest w Polsce uznany przez prawo przynajmniej od roku 2005”. A ponieważ sprawą się zajmowałem, to wiem, że ta forma przyjmowania Komunii praktykowana była na zasadzie wyjątku (choć wcale nie aż tak rzadko) już co najmniej dziesięć lat przed tą datą.

Z moich wieloletnich obserwacji wynika, że w polskich kościołach Komunię na dłoń przyjmuje nie więcej niż kilka procent przystępujących do Komunii. Sądzę, że do zupełnych wyjątków należą liturgie, podczas których będzie to więcej niż 20 procent, i zapewne nie będą to liturgie w „przeciętnej” parafii. Tam najczęściej w tej formie nie przyjmuje Komunii nikt ze zgromadzonych.

Co komuś pomoże, że przyjmie Ciało Pańskie na dłoń, jeśli szafarz położy mu je palcami obślinionymi przez dziesięciu poprzedników, którzy akurat mimo tych apeli i tak wolą przyjmować wprost do ust?

W niedzielę po apelu abp. Gądeckiego byłem na mszy u krakowskich dominikanów, gdzie przyjmowanie Komunii na rękę już od z górą dwudziestu lat nie dziwi i stanowi normalną praktykę wybieraną przez pewną liczbę osób. Trudno mi wskazać, jaka to część uczestników Mszy – łatwiej to ocenić szafarzom – mam jednak wrażenie, że zwykle nie jest to więcej niż 10 proc., może nawet znacznie mniej. Czy coś się zmieniło po apelu? Jeśli nawet, to była to zmiana niewielka, dla przeciętnego uczestnika Mszy niezauważalna. W dalszym ciągu ogromna większość wiernych przyjmowała Komunię do ust.

W tych okolicznościach proszę zatem postawić się na miejscu wiernego, który serio traktuje wymagania swojej wiary, w tym piątego przykazania Dekalogu – z motywowaną religijnie powagą podchodzi więc do ogłaszanego przez specjalistów alarmującego stanu zagrożenia epidemiologicznego, a jednocześnie chce także poważnie potraktować apel przewodniczącego episkopatu. I spróbujmy – w kontekście przywołanego opisu ks. Draguły – odpowiedzieć sobie na pytanie: w aspekcie higienicznym, co komuś pomoże, że przyjmie Ciało Pańskie na dłoń, jeśli szafarz położy mu je palcami obślinionymi przez dziesięciu poprzedników, którzy akurat mimo tych apeli i tak wolą przyjmować wprost do ust?

Tego typu biskupie apele stawiają sprawę na głowie! Biskup ma obowiązek nie tyle apelować do wiernych, żeby unikali zarażenia się podczas przyjmowania Komunii, ile zapewnić im takie warunki przyjęcia Komunii, żeby ryzyko zarażenia wykluczyć lub przynajmniej ograniczyć. Jeśli uważa, że dobrym rozwiązaniem jest tu forma udzielania Komunii na rękę, to nie powinien apelować do wiernych, lecz zobowiązać szafarzy do udzielania Komunii tylko w tej formie.

Za, a nawet przeciw

Co zatem powstrzymało naszych biskupów przed podjęciem takiego kroku? Przede wszystkim, jak sądzę, tchórzostwo. Biskupi doskonale bowiem zdają sobie sprawę, że dla sporej części katolików przyjęcie Komunii na rękę kłóci się z ich głębokim przeświadczeniem, iż jest to forma niegodna, a biskup, który zarządziłby ją jako formę obligatoryjną, przez wielu z tych wiernych okrzyknięty zostałby zdrajcą wiary katolickiej.

Dlatego właśnie hierarchowie są „za, a nawet przeciw”, lawirują, apelują, wspominają, że to rozwiązanie wprowadzone tylko na ten czas… A żeby nie pominąć nikogo, komu się należy czy to świeczka, czy ogarek, dorzucają jeszcze, że można przyjąć komunię duchową. Dyskretnie przy tym przemilczając, że – jak w pełni słusznie podkreśla ks. prof. Draguła i czego każdy z biskupów uczył się w seminarium – „Komunia duchowa zastępuje tę sakramentalną tylko wtedy, gdy ta jest niemożliwa”.

Czyli co? Nawołując do Komunii duchowej, de facto biskupi przyznają, że sakramentalna Komunia jest niemożliwa? A ta na rękę, na którą łaskawie i tymczasowo zezwalają, to tak naprawdę sakramentalną nie jest? Według jakiejże to teologii? Własnego widzimisię? Ks. Draguła wyciąga uczciwe wnioski, kiedy natychmiast dodaje: „Nie ma moim zdaniem argumentu za tym, by – jeśli można przystąpić do stołu Pańskiego – pozostać w ławce i tam «duchowo komunikować»”. Tak, tylko ks. Draguła myśli w kategoriach poprawnej katolickiej sakramentologii. Czym kierują się w swoich apelach biskupi?

Moja kościelna komunia z przeciwnikami Komunii na rękę

Zgadzam się ze zdaniem ks. Draguły. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na znajdujące się w nim zastrzeżenie: „jeśli można przystąpić do stołu Pańskiego”. Kryje się za nim milczące założenie, że przeszkoda może być tylko fizycznej natury, a przy fizycznej obecności w kościele nie ma takiej przeszkody. A co, jeśli przeszkoda jest innej natury, np. moralnej? Co z tymi, którzy uważają Komunię na rękę za niedopuszczalną właśnie z racji swych przekonań religijnych? Przecież jeśli ta forma będzie rygorystycznie przestrzegana przez szafarzy, oznaczać to będzie w praktyce pozbawienie tych katolików możliwości przystąpienia do Komunii. Czyli – w najgłębszym sakramentalnym wymiarze – będzie to ich ekskomunikowanie. Chcę zapytać: jakim prawem?

Nie przekonują mnie żadne argumenty radykalnych przeciwników Komunii świętej na rękę. Ale jeśli nawet uważam, że ich postawa opiera się na nieuprawnionym absolutyzowaniu pewnych poglądów teologicznych (moim zdaniem, niepoprawnych), to jest ona zgodna z ich przekonaniami i ich sumieniem. Choćbym był pewny (do czego nie pretenduję), że to sumienie jest obiektywnie błędnie ukształtowane, to w świetle nauki Kościoła nie tylko mają oni prawo, ale i obowiązek w zgodzie z nim postępować.

Moja kościelna komunia z przeciwnikami Komunii na rękę ma znacznie głębsze podstawy i – chociażby oni mieli na ten temat inne zdanie – nie jest w stanie zburzyć jej nawet diametralna różnica poglądów co do dopuszczalności takiej czy innej formy jej przyjmowania. Dlatego też z punktu widzenia kościelnej wspólnoty uważam za niedopuszczalne łamanie ich sumień czy wykluczanie z sakramentalnej komunii poprzez wprowadzanie komunii na rękę jako obligatoryjnej formy (tym bardziej, że w uzasadniony sposób mogą się obawiać, że jest to wykorzystanie sytuacji, żeby „tylnymi drzwiami” wprowadzić tę formę jako powszechną – wszak wiadomo, że prowizorki są najtrwalsze).

Tu oddzielni szafarze, tam bez zmian

Powyższym obawom wychodzą naprzeciw rozwiązania zalecone przez abp. Gądeckiego w archidiecezji poznańskiej. Zdają się one uwzględniać tę perspektywę, ale nie ograniczają się do samego tylko apelu. Zdecydowano tam, że zasadniczo Komunia ma być udzielana na rękę. „Osoby, które pragną przyjąć Komunię św. do ust, mogą uczynić to po zakończeniu rozdzielania jej wiernym przyjmującym na rękę lub u oddzielnego szafarza. Porządek Komunii winien być wyraźnie zapowiedziany przez celebransa lub księdza proboszcza. W jednym szeregu można rozdzielać Komunię św. do ust, a w drugim – na rękę”. Od strony higienicznej sprawę potraktowano więc nieco lepiej (dla przyjmujących na rękę) niż u wspomnianych wyżej krakowskich dominikanów. 

Powyższe zalecenia mają jednak charakter ograniczony do jednej diecezji. Śmiem przypuszczać, że w większości polskich parafii zapewne niewiele się zmieni w stosunku do stanu poprzedniego. I tak decydujący głos należy do miejscowego proboszcza. Same ogólne apele na praktykę rozdzielania Komunii w wielu miejscach nie mają żadnego wpływu. A przecież w aktualnej sytuacji dotychczasowa praktyka nosi znamiona bezmyślnej nieodpowiedzialności.

Chylę czoła przed tymi biskupami różnych diecezji na świecie, którzy uznali, że spełnienie sanitarnych wymagań jest w realiach duszpasterskich ich diecezji niemożliwe i zawiesili na pewien czas wszystkie zgromadzenia liturgiczne

A już jakichkolwiek cenzuralnych słów komentarza brakuje, kiedy się czyta opublikowany 11 marca komunikat diecezji rzeszowskiej, w którym jeden z punktów głosi: „Zachęcamy do podtrzymywania zwyczaju przyjmowania Komunii świętej do ust. Jeżeli jednak wierni z obawy przed zarażeniem będą chcieli przyjąć Komunię świętą na rękę, należy jej udzielić w takiej formie”. Czyli nieodpowiedzialność zwielokrotniona!  

Dodać trzeba, że z taką „normalną” praktyką parafialną również wiąże się wykluczenie z sakramentalnej Komunii znacznej części wiernych – tych, dla których moralną przeszkodą niepozwalającą na przystąpienie do stołu Pańskiego jest świadomość, w jakich warunkach higienicznych udzielana jest Komunia. Czy na tym ma polegać nasza eucharystyczna pobożność, że sobie ich tak lekką ręką wykluczymy? To jest nasza komunijna postawa, że z pogardliwą wyższością pomyślimy sobie o ich marnej wierze i słabym zaufaniu Bogu, że się nie zarażą?

Niestety, pojawiające się ostatnio często w różnych pobożnych enuncjacjach słowa o Komunii duchowej to w rzeczywistości raczej obłudny frazes, za którym kryje się ekskomunikowanie tej czy innej grupy wiernych. Zauważmy przy tym, że wina leży nie po stronie tych wiernych, lecz bardziej po stronie szafarzy. Bo przecież jest to de facto odmowa udzielenia im Komunii tylko z racji określonej formy jej przyjmowania albo z tego powodu, że szafarzom nie chce się dołożyć wystarczających starań (lub nie są w stanie tego zrobić), by zapewnić wiernym przyjęcie Komunii świętej w tak rygorystycznych warunkach sanitarnych, by poważnie nie narażać ich zdrowia lub nawet życia.

Pasterz i najemnik

Czy jest tu jakieś inne wyjście? Ktoś mógłby powiedzieć: oczywiście. Można przecież zorganizować zgromadzenia liturgiczne w kościołach zgodnie z wszystkimi wymaganiami służb epidemiologicznych, żaden wierny nie będzie się stykał z innym, najlepiej ubrany będzie w odzież ochronną, a szafarz przed Komunią i po udzieleniu jej każdemu z wiernych będzie pieczołowicie dezynfekował ręce… A te warunki to właściwie absolutne minimum…

Pomijając już pytanie o sens tak wyglądającej liturgii, trzeba spytać, czy uważamy, że możliwe jest w praktyce spełnienie tych warunków? A przecież niezastosowanie się do nich – co już wiemy z innych krajów – to bezsensowne igranie z możliwością poważnego uszczerbku na zdrowiu wiernych lub z zagrożeniem utraty życia, praktycznie skazanie ich na zarażenie się.

Mamy do czynienia z tak dramatyczną chwilą w historii Kościoła, że właściwym sposobem oddania czci Bogu i najlepszym wyrazem komunii między wiernymi jest powstrzymanie się od wspólnych zgromadzeń

Osobiście chylę czoła przed tymi biskupami różnych diecezji na świecie, którzy w pokorze uznali, że spełnienie tych wymagań jest w realiach duszpasterskich ich diecezji niemożliwe i w poczuciu odpowiedzialności za swoich wiernych zawiesili na pewien czas wszystkie zgromadzenia liturgiczne (właśnie dowiedziałem się, że uczyniła to archidiecezja Seattle w USA). Każda inna postawa jest oszukiwaniem wiernych, nie wspominając już o wodzeniu Boga na pokuszenie.

Okazuje się, że najprawdopodobniej mamy do czynienia z tak dramatyczną chwilą w historii Kościoła, że właściwym sposobem oddania czci Bogu i najlepszym wyrazem komunii między wiernymi jest powstrzymanie się od wspólnych zgromadzeń, właśnie ze względu na wzajemną miłość i w poczuciu odpowiedzialności oraz troski o współwyznawców. Natomiast organizowanie tych zgromadzeń jest w istocie niszczeniem tej komunii i antyświadectwem miłości.

Bycie sługą komunii to istota misji biskupa. Jeśli nie potrafi on rozpoznać takiej chwili i pomóc wiernym w podjęciu właściwej decyzji, to uchyla się przed ciążącą na nim odpowiedzialnością. W jaskrawy sposób okazuje się wtedy nie tyle dobrym pasterzem, ile – odwołując się do biblijnej przypowieści – pełnym lęków najemnikiem. Pasterz myśli o dobru owiec, a na czym skupia się najemnik?