Włosi zostali bez publicznie sprawowanej Eucharystii. Nie wiemy, co nam przyniesie przyszłość. Być może i nas czeka długi, przymusowy, eucharystyczny post.

Krytykowanie włoskich biskupów za poddanie się decyzji władz cywilnych w sprawie zawieszenia publicznych mszy i innych ceremonii religijnych do 3 kwietnia dowodzi – moim zdaniem – niezrozumienia powagi sytuacji zagrożenia epidemiologicznego. A odwoływanie się do wzniosłych przykładów z okresów średniowiecznych epidemii czy II wojny światowej jest co najmniej ahistoryczne. Liturgia, na którą gromadzą się ludzie, jest nie tylko wspólnotą duchową, ale także cielesną – ze wszystkimi tego konsekwencjami, których nie wolno ignorować. Stanowi potencjalne ognisko choroby. Nie znaczy to, że Kościół ma prawo opuścić swych wiernych. Przeciwnie – musi być z nimi bardziej niż kiedykolwiek, ale musi znaleźć inne środki niż gromadzenie ludzi na Mszy św.

Najwięcej w Europie

Czytam informacje z Włoch. Sytuacja w niektórych północnych rejonach jest na granicy kontroli. Na 9 marca zarejestrowano we Włoszech ponad 7300 przypadków zarażenia wirusem, to niewiele mniej niż w Korei Płd., gdzie zresztą liczba zarażonych maleje. Zmarło już 366 osób, w tym 100 ostatniej doby. Na oddziałach intensywnej terapii przebywa 650 osób. To najwięcej w Europie, więcej niż w Iranie. Nie widać perspektywy opanowania choroby. Państwo próbuje przede wszystkim ograniczyć mobilność ludzi, stąd zakazy wjazdu i opuszczania niektórych rejonów. Izolacja jest podstawową formą profilaktyki. Niestety, wielu nic sobie z tego nie robi, wyjeżdżając z zapowietrzonych rejonów do innych.

Przyjaciel mieszkający na Sardynii opisywał mi rosnące zaniepokojeni tamtejszych mieszkańców, którzy muszą się zmierzyć z nagłym napływem Włochów z północnych rejonów, a którzy mają tutaj swoje letnie domy (secondo casa). Wraz z nimi przyjeżdża prawdopodobnie choroba. Nikt nie wie, ilu jest zarażonych. Włosi nie należą do nazbyt zdyscyplinowanych narodów i wielu opuszcza domową kwarantannę. Niektórych szukają nie tylko lekarze, ale także – za złamanie zakazu – policja i prokuratura.

Liturgia stanowi potencjalne ognisko choroby. Nie znaczy to, że Kościół ma prawo opuścić wiernych. Przeciwnie – musi być z nimi bardziej niż kiedykolwiek, ale musi znaleźć inne środki niż gromadzenie ludzi na Mszy św.

Nowy wirus wykazuje stosunkowo dużą zaraźliwość i śmiertelność, która rośnie wraz z wiekiem chorego. Podstawową metodą prewencji jest więc izolacja, ograniczenie mobilności, unikanie kontaktu, jeśli nie jest to tylko konieczne. Jak pokazują raporty także z innych krajów europejskich, największym źródłem zachorowań są duże skupiska ludzi. To w takim kontekście podejmowane są drastyczne decyzje rządu włoskiego. I w tym kontekście należy interpretować bezprecedensową decyzję włoskich biskupów.

Kwestia odpowiedzialności

Decyzje dotyczące ograniczeń sprawowania Mszy św. we Włoszech wynikają z podstawowej zasady ochrony epidemiologicznej: unikać kontaktów, izolować potencjalnie chorych, nie generować tłumów. Przymusowy post eucharystyczny jest zapewne bolesny, ale – jak się wydaje – konieczny. Szafowanie argumentem, że Eucharystia jest sakramentem uzdrowienia jest w tej sytuacji pobożna demagogią i wystawianiem Boga na próbę. I nie chodzi o możliwość przenoszenia wirusa przez Najświętszy Sakrament, ale o kontakt między obecnymi na mszy, który jest ryzykowny tak samo jak w każdej innej analogicznej sytuacji. Nie ma żadnej teologicznej przesłanki, która uprawniałaby nas do wnioskowania, że nadprzyrodzoność Eucharystii zawiesza prawa natury. Niejeden z nas wrócił z kościoła przeziębiony czy zarażony grypą. Tezy przeciwne urągają rozumowi i dowodzą przynajmniej na poły magicznego rozumienia Eucharystii. Ciało Pańskie rozwieszone na krzyżu chorowało. Takie są okrutne konsekwencje Wcielenia.

Ograniczenie publicznego sprawowania Mszy św. to ochrona wszystkich, także księdza. Wyobraźmy sobie zakażonego kapłana w parafii, gdzie prócz proboszcza jest dwóch wikarych. A co z klasztorami kilkuosobowymi? Zdiagnozowanie choroby u jednego skutkuje kwarantanną wszystkich i paraliżem jakiejkolwiek działalności duszpasterskiej, nawet spowiedzi w rozmównicy. A co powiedzieć o Mszy św. odprawionej przez zarażonego księdza i potencjalnym zarażeniu? To jest sytuacja nie do opanowania, kwarantanna setek, a może tysięcy ludzi, do których trudno będzie dotrzeć, a którzy zetknęli się z zarażonym kapłanem, nawet jeśli tylko pośrednio. Pomijam panikę, jaką może to wywołać. Niestety, trzeba sobie wyobrażać także takie scenariusze. One są prawdopodobne. Kto weźmie odpowiedzialną moralność za rozprzestrzenianie się choroby? Kto weźmie na swoje sumienie zdrowie i życie ludzi?

Bez Komunii, ale nie bez Boga

„Lecz przyjdzie czas, kiedy zabiorą im pana młodego, a wtedy, w ów dzień, będą pościć” – zapowiadał sam Pan Jezus (Mk 2, 20). Nikt nie przypuszczał, że zabrać nam może Oblubieńca wirus, jakiś patogen. Na wiele tygodni wierzący zostali pozbawienie Ciała Pańskiego. Wyobrażam sobie nawet Wielkanoc bez publicznych liturgii. Stawką jest po prostu zdrowie i życie ludzi. Tym, którzy zostali pozbawieni mszy, została tylko tęsknota, votum Eucharistiae. Ale brak Komunii to nie jest brak Jezusa. Kościół jednoznacznie naucza, iż w sytuacji niemożności przystąpienia (uzyskania) sakramentu, wystarczy jego pragnienie: jest chrzest z pragnienia, jest votum Eucharistiae, jest żal doskonały.

Sobór Trydencki w Dekrecie o Najświętszym Sakramencie Eucharystii w roku 1551 stwierdził: „Odnośnie do korzystania z tego świętego sakramentu ojcowie nasi słusznie i mądrze rozróżnili trzy sposoby jego przyjmowania. Uczyli, że: jedni przyjmują go tylko sakramentalnie, jak grzesznicy; inni tylko duchowo, mianowicie ci, którzy w pragnieniu spożywając ów podawany niebiański chleb – żywą «wiarą, która działa przez miłość» –odczuwają jego owoc i pożytek; inni wreszcie przyjmują go zarówno sakramentalnie, jak i duchowo”. Żywa „wiara, która działa przez miłość”, czyli Komunia św. duchowa wciąż jest nam dostępna.

Szafowanie argumentem, że Eucharystia jest sakramentem uzdrowienia jest w tej sytuacji pobożną demagogią i wystawianiem Boga na próbę

O tych, którzy nie mogą przyjąć Komunii sakramentalnej św. Jan Paweł II pisał: „Chociaż, zjednoczeni z Kościołem za pośrednictwem pragnienia sakramentu, wydawaliby się zewnętrznie dalecy od niego, to wewnętrznie i rzeczywiście są w komunii z nim i dzięki temu otrzymują owoce sakramentu”. Nawet jeśli wspólnota wiernych jest chwilowo bez księdza i bez Komunii, to nie znaczy, że jest bez Boga.

Czas Kościoła, czas caritas

Nie znaczy to jednak, że Kościół może oddzielić się od ludzi zarażonych, chorych itd. Nie może, ale w sytuacji wysokiego zagrożenia epidemią – którego miejmy nadzieję nie będzie – powtórzmy: musi znaleźć inne formy obecności niż gromadzenie ludzi, wśród których mogą być potencjalni chorzy.

Jest pokusa odseparowania się. Pamiętam, jakie wrażeni zrobiło na mnie opowiadanie Gustawa Herlinga-Grudzińskiego pt. „Pietà dell’Isola”: „4 czerwca, na wiadomość o wylądowaniu dżumy, osiemnastu mnichów zamknęło na wszystkie spusty bramę Certosy i odcięło się od świata, tworząc chronioną grubymi murami wyspę na Wyspie. Mieszkańcy oniemieli ze zgrozy: jeśli kiedykolwiek klasztorna reguła odosobnienia i odwrócenia się plecami od ziemskich spraw była bardziej ucieczką od Krzyża niż jego przyjęciem, to właśnie w owych czasach dopustu Bożego. […] Chodziło także – a może przede wszystkim – o uczestnictwo w cierpieniu, niebezpieczeństwie i śmierci. Nic tak nie rozjątrza ludzkich serc, jak widok ramion uchylających się do dźwignięcia wspólnego losu”.

Jest dla mnie jasne, że ramiona Kościoła, w tym ramiona osób duchownych i konsekrowanych nie mogą się od tego uchylać. Ale co można robić? Myślę, że potrzebna jest nam wierzącym wielka modlitewna mobilizacja: Komunia, gdzie jeszcze jest możliwa, a tam, gdzie nie, modlitwa w ukryciu, zgodnie z wielkopostnym nakazem. Sama modlitwa nie leczy wirusów. Ale człowiek wierzący, który wie, jak niewiele od niego zależy, ucieka się do Boga, w którego ręku – jak wierzy – są losy świata. „Od powietrza, głodu, ognia i wojny, zachowaj nas, Panie”, wołajmy, kiedy tylko możliwe. Póki co, kościoły są pootwierane. Indywidualnej adoracji nikt nam jeszcze nie zabronił. I modlitwy w domu też.

Koronawirus zarażać będzie kogo popadnie, nie biorąc pod uwagę, czy ktoś weźmie go za wysłannika szatana, element lewackiego spisku czy nawet za dopust Boży

Osobiście uważam, że kościoły powinny zostać otwarte, gdzie tylko są na to warunki. Nie rezygnowałbym z adoracji Najświętszego Sakramentu. A może nawet należałoby wprowadzić ją wszędzie tam, gdzie jest jeszcze możliwe. Ludzie potrzebują duchowego wsparcia i obecności kapłanów. Nie odmawiałbym też Komunii św. i sakramentów – na przykład sakramentu chorych, jeśli ktoś o nie poprosi – z zachowaniem wszelkich higienicznych rygorów. Wirus rozprzestrzenia się drogą kropelkową, a więc w dość określony sposób. Trzeba to po prostu uwzględnić.

I druga forma obecności wspólnoty Kościoła – miłość czynna. Czas zarazy to czas weryfikacji tego oblicza wspólnoty kościelnej. Wokół nas mieszka mnóstwo samotnych, starszych ludzi. O nich trzeba się zatroszczyć, bo to oni są najbardziej zagrożeni. Zrobić zakupy, zapytać, zainteresować się tymi, którzy są na przymusowej kwarantannie. Można to zrobić – jeśli ktoś się boi – bez bezpośredniego kontaktu. Obojętność jest równie groźna jak wirus. Czas zarazy to czas caritas.

Wzdłuż dróg pielgrzymkowych

Na koniec jeszcze chciałbym się odnieść do pełnych wzniosłości odwołań do średniowiecza. Że Kościół wówczas nie bał się iść pomiędzy ludzi, a odpowiedzią na Czarną Śmierć i inne epidemie były zbiorowe modlitwy. Nie jestem historykiem, ale nawet pobieżny research potwierdza słuszność podejmowanych współcześnie decyzji. Przekonanie panujące w średniowieczu, że epidemia jest karą za grzechy generowało zbiorowe modlitwy i procesje przebłagalne, które – jak się można domyślać – były doskonałym sposobem zarażania się i rozprzestrzeniania choroby. Wierząc w nadprzyrodzoną genezę epidemii, szukana nadprzyrodzonego remedium.

W filmie Ingmara Bergmana „Siódma pieczęć” jest znamienna scena. Zbliża się procesja pokutników, na czele której idzie mnich wzywający do nawrócenia w obliczu zarazy: „Bóg zesłał na was karę. Wszystkich dosięgnie czarna śmierć”. Tymczasem w karczmie rozmawiają ze sobą wieśniacy i kupcy. Jeden z obecnych mówi: „Tak, to prawda, zaraza wędruje zachodnim wybrzeżem”. I zaraz dopowiada: „Mówię wam, ludzi ogarnia szaleństwo. Porzucają rodzinne strony i roznoszą ze sobą zarazę”. Nie ma nic zaskakującego w diagnozach historyków, którzy mówią, że epidemie roznosiły się wzdłuż dróg handlowych i szlaków pielgrzymkowych. Choroba jest tam, gdzie są ludzie.

Najmniej ucierpieli ci, którzy żyli na odizolowanych obszarach. I wcale nie dlatego, że mniej grzeszyli. Po prostu żyli w izolacji. Dopiero z czasem zrozumiano, że najlepszym sposobem na ograniczenie epidemii jest ograniczenie kontaktu z chorymi, dlatego zaczęto izolować zarażonych, oznaczać zapowietrzone domy i wywozić chorych w odosobnione miejsca. Tak było na przykład w Wenecji, gdzie chorych izolowano na wyspach Lazzaretto Nuovo i Lazzaretto Vecchio, od nazwy których wziął się nasz lazaret.

Wodą święcona i woda mydlana

Gdy kończę pisać ten tekst, jest poniedziałek, 9 marca 2020 r., g. 18.00. W Polsce wykryto 17 potwierdzonych przypadków zarażenia koronawirusem. Wprowadza się kontrole sanitarne na granicach. Jak mówią specjaliści, wzrost liczby zachorowań w naszym kraju może być gwałtowny. Już teraz mnożą się apele, by nie organizować spotkań gromadzących ludzi. Przyczyną tak szybkiego rozprzestrzeniania się wirusa w Europie były imprezy masowe i nonszalancja osób z podejrzeniem zachorowania. Być może i polski episkopat będzie musiał rozważyć bardziej restrykcyjne środki. Nie wiemy, co nam przyniesie przyszłość. Być może i nas czeka długi, przymusowy, eucharystyczny post.

Można dać wiarę – sic! – rozumowi i nauce oraz poddać się rygorom sanitarno-epidemiologicznym. Można jednak – i tak robią niektórzy – kreować teorie spiskowe: że to lewacka walka z Kościołem, która wykorzystuje groźną sytuację. Obawiam się jednak, że wirus się na takich teoriach nie wyznaje. I zarażać będzie kogo popadnie, nie biorąc zupełnie pod uwagę, czy kandydat na zarażonego weźmie go za wysłannika szatana, element lewackiego spisku czy nawet za dopust Boży. Nasze ręce – pobożne i chętne do pomocy – niech będą jednak dobrze umyte mydłem i zdezynfekowane. Podobno diabeł boi się święconej wody. Podobno. Koronawirus – mydlanej. A to jest akurat pewne.