Lata programów integracyjnych okazują się nieważne, bo ktoś czekał na kawę dłużej niż zazwyczaj?

We wrocławskiej „Gazecie Wyborczej” przeczytacie dziś o Cafe Równik – niezwykłej kawiarni, która daje pracę i szansę na samodzielność kilkunastu osobom z wyzwaniami rozwojowymi, m.in. z zespołem Downa, autyzmem, zespołem Aspergera, niepełnosprawnością intelektualną. Jak wynika z artykułu i postu kafejki na Facebooku, pracownicy kawiarni niejednokrotnie doświadczają przykrości ze strony klientów, którym ich niepełnosprawność „sprawia dyskomfort”.

Można to skomentować krótko – ręce opadają. Wydawało się przecież, że obrażanie innych ze względu na niepełnosprawność należy już do niechlubnej przeszłości, że żyjemy w czasach, w których integracja jest normą, a deficyty i choroby nie muszą stanowić przeszkody w uczestnictwie w życiu społecznym, zamykać w getcie lub w czterech ścianach. Zdarzają się oczywiście wyjątki – jak powracające co pewien czas wywody jednego z posłów o tym, że paraolimpiada to parodia sportu, klasy integracyjne to błąd, a „osoba, która przebywa z kimś, kto utyka, sama zacznie niezauważalnie utykać”. Ale są najczęściej – i słusznie – marginalizowane w przestrzeni publicznej.

Ktoś powie, że nie warto robić awantury o uwagi raptem kilku klientów kawiarni i że każdy czasem ma prawo do bycia… (określenia proszę wstawić indywidualnie, moje najłagodniejsze to „gburem”). Pewnie tak. Ale można też poczuć rozgoryczenie i bezsilność – lata programów integracyjnych, uwrażliwiania społeczeństwa, dyskusji nad rolą i miejscem osób z niepełnosprawnościami w zderzeniu z mentalnością pojedynczego człowieka mogą okazać się bezskuteczne. A powodem jest to, że ktoś czekał na kawę dłużej niż zazwyczaj.

Jak mają się czuć pracownicy kawiarni, którzy usłyszą żądanie, by daną imprezę obsługiwali tylko pełnosprawni kelnerzy? Przecież ich w Cafe Równik zwyczajnie nie ma. – Co mam zrobić? Wyrzucić niepełnosprawnych pracowników na zaplecze i zatrudnić studentów? – słusznie irytuje się w rozmowie z „Wyborczą” założycielka kawiarni logopedka prof. Małgorzata Młynarska.

Jak mają się czuć rodzice tych osób i ich terapeuci, którzy spędzili nieraz lata na ich rehabilitacji i aktywizacji, gdy słyszą pytanie, czy „downem można się zarazić”? Tak trudno sobie wyobrazić, że tego typu uwagi ranią?

I jak mają się czuć same osoby z niepełnosprawnościami, które uczą się odwagi w wychodzeniu do otoczenia?

Jeśli ktoś nie znosi kontaktu z osobami z niepełnosprawnościami, niech nie odwiedza kawiarni integracyjnych. Oszczędzi takim osobom przykrości

Czyje zachowanie powinno się krytykować? Kelnera, który opuścił na chwilę zamawiających, bo pobiegł do kuchni spytać o to, czy dostaną jeszcze ciasto? Czy raczej klientów, których oburzyła ta sytuacja, a w opinii o tym miejscu napisali, że „obsługa to dramat”? Tak zależało im na szybkim otrzymaniu zamówienia, że nie zwrócili uwagi na to, iż obsługa może zachowywać się niestandardowo i to nie z własnej winy? Nie mam wątpliwości, że prawdziwym dramatem jest ich brak wyczucia.

A może trzeba by wprost zaapelować – jeśli ktoś nie znosi kontaktu z niepełnosprawnymi, jeśli sprawiają mu oni „dyskomfort” (głupio się dziś do tego przyznać, prawda?), niech nie odwiedza tego typu miejsc. Oszczędzi przykrości osobom, które zasługują za swoją pracę raczej na pochwałę niż naganę.

Kilka lat temu na łamach „Więzi” ukazał się reportaż o kawiarniach integracyjnych, m.in. warszawskiej Klubokawiarni Pożyteczna, pod znamiennym tytułem: „Pożyteczni też chcą być”. „Klubokawiarnie, w których pracują osoby z niepełnosprawnością, to miejsca stworzone przede wszystkim dla nich. Bardzo potrzebne są one jednak również nam, intelektualnie sprawnym, ale także obarczonym jakąś niepełnosprawnością, która czasem sprzyja wykluczaniu lub krzywdzeniu innych” – pisała Aleksandra Nizioł. Nie zapominajmy o tym.