Przywdziewając habit zakonu o surowej regule, wymagającej również milczenia, Merton bynajmniej nie zamknął ust całkowicie.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 8-9/2012.

W jednej z najszczerszych książek napisanych na progu XX wieku, „Pamiętniku” Stanisława Brzozowskiego, w którym kwestie intelektualne traktowane są jako najgłębiej osobiste, znajdujemy słynne wyznanie, że „co nie jest biografią – nie jest w ogóle”. Od autora „Legendy Młodej Polski” pochodzi również przeświadczenie, że pisać należy krwią lub żółcią, byle nie limfą. O tym, że trzeba być zimnym lub gorącym, oby tylko nie letnim, pisał już św. Jan w Apokalipsie. Pełne pasji Listy św. Pawła z Tarsu stanowią do dzisiaj wzorzec i wyzwanie dla każdego humanisty zatroskanego właściwym odczytywaniem „znaków czasu”.

Że Ewangelia to żywy płomień – mówił w ubiegłym stuleciu szczególnie wyraźnie Thomas Merton, który radykalizm nowotestamentowego przesłania łączył z własnym systemem przekonań i autentycznym talentem pisarskim. Jego bogata i nieprosta biografia wewnętrzna oraz zespolona z nią epistolografia mogą być ex post postrzegane w kategoriach dalekosiężnej służby. W listach Mertona, które ukazały się po polsku, znajdowali bowiem mądre pocieszenie nie tylko konkretni i imienni adresaci, ale odnajdują je również ci wszyscy, którzy, wczytując się w nie dziś, poszukują „osobistej odpowiedzi na prawdę i objawienie się woli Boga” w swoim życiu.

Merton miał dwadzieścia sześć lat, kiedy stanął przed bramą klasztoru trapistów w Gethsemani. Urodzony we Francji w rodzinie artystów, wcześnie osierocony, wyedukowany głównie w Anglii i Stanach Zjednoczonych, miał za sobą dosyć burzliwą młodość. Był rozpoznawalnym w niszowych kręgach nowojorskiej bohemy poetą i dziennikarzem, socjalizującym społecznikiem i żarliwym konwertytą. Przywdziewając habit zakonu o surowej regule, wymagającej również milczenia, bynajmniej nie zamknął ust całkowicie. Chciał rzucić pisanie, ale namówiony przez przełożonych spisał swoją biografię duchową („Siedmiopiętrowa góra”), która nie tylko stałą się najprawdziwszym bestsellerem (nakład książki przekracza w sumie milion egzemplarzy), ale wydatnie przyczyniła się do wzrostu powołań kapłańskich.

Thomas Merton, w zakonie znany jako ojciec Ludwik, stał się dla świata zewnętrznego kimś w rodzaju współczesnego celebryty, pisarzem kultowym, ikoną amerykańskiej i światowej duchowości kontemplacyjnej. Tyle że prawie nie opuszczał w tym czasie klasztoru, nie oglądał telewizji, a wybranych gości przyjmował wyłącznie za zgodą władz zakonnych. To pierwszy paradoks, który wyraźnie wyłania się z jego korespondencji. Drugi sprowadza się do tego, że chociaż był cenobitą, zanurzonym w życiu monastycznym mistrzem nowicjatu, to nade wszystko pozostał dogłębnie wyczulony na impulsy i drgnienia własnej duszy. Cały wewnętrzny słuch nakierował na podszept Boży. Pragnął niekończącej się radykalnej przemiany. Myślał nawet o zmianie miejsca i zgromadzenia.

Jakkolwiek w kręgach ortodoksyjnych krytykowany, zaskakująco łatwo zjednuje sobie Merton niezależnych myślicieli i liczące się autorytety

Pomimo wielu rozterek i wahań sumienia, mimo rozgoryczenia spowodowanegoprzeciwnościami zewnętrznymi (krytyka ze strony środowisk ultrakonserwatywnych, niezrozumienie wśród przełożonych, cenzura klasztorna) osiągnął z biegiem czasu w miarę stabilne rozeznanie. Coraz wyraziściej uświadamiał sobie, że jego powołaniem jest bycie eremitą i bycie pisarzem. „Reszta to zamęt i niepewność” – zapisał z charakterystyczną dla siebie emfazą. W końcu uzyskał zgodę na osiedlenie się w ukrytym w leśnej głuszy domku, w którym niemal bez reszty, wstając o 2.30 przed świtem, oddał się modlitwom i medytacjom, lekturom i pisaniu. To tam powstały późne, bodaj najdojrzalsze listy. Pisane zresztą przez całe twórcze i monastyczne życie, stanowią jedyny w swoim rodzaju i jakże szczery dowód odwagi i wzrostu duchowego. Najpierw więc widzimy, jak nieco narcystyczny młodzieniec promienieje skierowanym nań spojrzeniem Chrystusa, potem obserwujemy, jak wzięty i poczytny autor dba o właściwe zrozumienie swego dzieła, a wreszcie – jak zaangażowany społecznie i doświadczony życiowo mistyk poszukuje prawdziwej wolności, miłości i dialogu, spokojnie negując w sobie i przed sobą przywiązanie do różnych iluzorycznych „ja”.

Listów napisanych przez Mertona jest zresztą, bagatela, ponad dziesięć tysięcy. Już sama liczba powoduje, że ich autor urasta do rangi jednego z bardziej znaczących epistolografów XX wieku. Obszerny ich wybór ukazał się po raz pierwszy w Stanach Zjednoczonych w latach 1985-1994 jako pięciotomowa edycja. Obecne wydanie ma być najlepszym, jak zapewniają edytorzy, ekscerptem dokonanym z tamtego wyboru.

Kompozycja książki wydaje się przejrzysta, a układ tematyczny – reprezentatywny. Problem polega na tym, że uszeregowanie epistoł według rozdziałów znamionujących epizody z wielowymiarowej biografii wewnętrznej nie może w pełni się powieść i obyć bez uszczerbku dla koherentnego portretu mnicha. Tym bardziej, że – jak słusznie podkreślają autorzy opracowania, William H. Shannon i Christine M. Bochen – „Merton ma skłonność pisać do wszystkich o wszystkim”. W efekcie otrzymujemy dość subiektywnie skrojoną mozaikę cytatów – nieraz przekonującą, niekiedy nie wolną od powtórzeń i radykalnych skrótów.

Polski czytelnik może odczuć również innego rodzaju niedosyt. Wyedukowany na doskonałym przekładzie korespondencji Mertona z Czesławem Miłoszem (pióra Marii Tarnowskiej), nie będzie tym razem świadkiem wyrafinowanych dysput literackich czy choćby tylko pełnokrwistych dwugłosów. Z pewnością zostanie natomiast zaskoczony zdumiewającą skalą epistolarnego przedsięwzięcia, zasięgiem intelektualnych zainteresowań amerykańskiego trapisty i swoistą polifonią jego stylu.

W jednym z najprościej i zarazem najpiękniej napisanych listów – będącym w zasadzie próbą sprostania oczekiwaniom pewnej szóstoklasistki, Susan Chapulis, która ma znaleźć informacje przydatne jej podczas lekcji o monastycyzmie – trapista w pełnych ciepła i dowcipu słowach opowiada o istocie mniszej kondycji. Pisze o celowości skupienia i samotności w dzisiejszym świecie, który stanom takim przecież nie sprzyja i o tym, że na drodze czystości serca i szukania Boga można wprawdzie zwariować, ale jest to jedyny szlak prowadzący do pełnego szczęścia, który może w swym życiu odkryć praktycznie każdy człowiek.

W listach do przyjaciół nie przestaje z pasją zwalczać rasizmu, wojny w Wietnamie, zimnowojennej propagandy, zadufania kleru

Merton nie tylko uczy i pociesza, nie tylko dostosowuje system swych pojęć i język wypowiedzi do konkretnych respondentów, ale niemal z każdym pragnie się zaprzyjaźnić. Nikogo nie zbywa, wszystkich natomiast podbija otwartością i nad wszystkimi roztacza ochronny parasol modlitwy. Bez ogródek zwierza się ze swoich lektur, intuicji, przemyśleń i trudności. Konsekwentnie i z rozmachem tworzy serdeczną republikę korespondentów, w której przestają obowiązywać jakiekolwiek podziały geograficzne, polityczne czy kulturowe. Buduje swoisty „Kościół przyjaciół”, którzy – jak sam wyznaje w roku swej śmierci (1968) w liście do Miłosza – są dla niego pod wieloma względami ważniejsi niż instytucja.

Wśród jego adresatów są pisarze i artyści, hierarchowie Kościoła i głowy państw, niezależni działacze katoliccy i teologowie protestanccy, profesorowie z Zachodu oraz mędrcy ze Wschodu (hinduiści, wyznawcy Buddy, sufi, mistrzowie zen), rabini żydowscy i zwykli uczniowie, aktywiści-pacyfiści i agenci literaccy, a nade wszystko ubodzy i poszukujący. To od tych ostatnich, najbardziej udręczonych i pogardzanych, ma – zdaniem amerykańskiego trapisty – pochodzić zbawienie. Modlitwy ubogich stają się, w wizji zakonnika, opiekuńczymi ramionami samego Chrystusa.

Szczególnym pietyzmem otacza Merton poetów, dziennikarzy i społeczników z Ameryki Łacińskiej. To z tym regionem wiąże duże, zapewne zbyt duże, nadzieje. Twierdzi, że Chrystus potrzebuje ludzi odważnych, oryginalnie myślących i podejmujących ryzyko na miarę nowych wyzwań. „Jego Ewangelia nie jest stara i zapomniana” – powiada – natomiast sztywny i opresyjny katolicyzm euroatlantycki, coraz bardziej skostniały w instytucjonalności, zatracił dziś en masse swą powszechność i przypomina jedną z kilku konkurujących ze sobą ideologii. Jakkolwiek w kręgach ortodoksyjnych krytykowany, zaskakująco łatwo zjednuje sobie Merton niezależnych myślicieli i liczące się autorytety. Pierwszym sprawcą tego swoiście epistolograficznego sukcesu trapisty jest podziw, jakim obdarowuje on przeczytane książki swych korespondentów, drugim autentyczna i szczera pasja intelektualna, a trzecim – niebywała łatwość i skłonność do empatii, która niweluje ewentualny dystans i uprzedzenie respondentów.

Koncyliacyjna myśl religijna Mertona wydaje się absolutnie prekursorska: antycypuje późniejszy, posoborowy ruch ekumeniczny i współczesny dialog między wielkimi religiami

Do Ericha Fromma, światowej sławy psychoanalityka i antropologa, pisze na przykład od razu w duchu pojednania, maksymalnie skracając dystans: „zauważyłem głęboką zgodę między psychoanalitykiem a księdzem katolickim”. A po latach korespondencji zasypuje już całkowicie jakiekolwiek przepaście i entuzjastycznie oświadcza: „Erich, jestem całkowicie żydem”.

Zresztą koncyliacyjna myśl religijna Thomasa Mertona, oparta na głębokiej modlitwie kontemplacyjnej, wydaje się absolutnie prekursorska: antycypuje późniejszy, posoborowy ruch ekumeniczny i współczesny dialog między wielkimi religiami.

Z kolei jego krytyka społeczeństwa Zachodu – sytego, a żądnego nieustającego zysku, zakochanego w zdobyczach techniki i agresywnie skomercjalizowanego, a z drugiej strony kulturowo płytkiego i duchowo wyjałowionego – plasuje go w rzędzie najbardziej zaangażowanych diagnostów współczesnych. Wchodząc w szranki z możnymi świata polityki i biznesu, Merton zna niewątpliwie cenę, jaka za tym stoi – wie, że prędzej czy później, trwale lub przejściowo, zostanie skazany na oficjalne milczenie. I nawet Johnowi F. Kennedy’emu, którego polityką jest początkowo zbudowany, odmawia per saldo „twórczej wyobraźni i głębszego rodzaju wrażliwości”.

W listach do przyjaciół nie przestaje z pasją zwalczać rasizmu, wojny w Wietnamie, zimnowojennej propagandy, zadufania kleru… Jak tylko może, stara się wspomagać swym autorytetem rozwijający się ruch pokojowy, którego poszczególne komórki kultywują już zasady biernego oporu. Kiedy jednak dochodzą go wieści o aktach samospalenia przedsiębranych w imię szlachetnych ideałów, jest wstrząśnięty i chce wycofać swoje nazwisko figurujące na listach poparcia. Z przerażeniem pisze o uobecnieniu się pierwiastków demonicznych w działaniach w zamierzeniu pokojowych. Do końca wielkie nadzieje pokłada w katolickich kręgach skupionych wokół Dorothy Day i jej unikatowego, na skalę światową, pisma „The Catholic Worker”. To wspaniała kobieta, łącząca radykalizm społeczny z wiernością Kościołowi, której postacią w Polsce zafascynowany był notabene Jerzy Turowicz. Day odegrała profetyczną rolę w amerykańskim katolicyzmie XX wieku. Pośrednio wpłynęła również na powołanie Mertona, który – jak sam to wyznał w jednym z listów – wstąpił do Kościoła katolickiego m.in. wskutek jej świadectwa.

Trapista bardzo też ceni sobie – last but not least – rodzącą się wówczas w Ameryce „świadomość ekologiczną” i nawet z wężem, osiedlającym się w składzie drewna nieopodal leśnej pustelni, postanawia wieść pokojową koegzystencję.

Jakkolwiek część socjologicznych diagnoz i eschatologicznych lęków Mertona – choćby traumatyczne przekonanie o zbliżającej się nieuchronnie wojnie jądrowej – nie wytrzymała próby czasu, to przecież atmosfera, jaką po sobie zostawił, jest wciąż świeża. Sama zaś lektura jego listów – jeśli ma być owocna i jeśli mamy być jej naprawdę warci – zmusza nas do nieustannego ustawiania swego życia na odpowiednio wysokim poziomie.

Thomas Merton, „Życie w listach”, wybór i opracowanie William H. Shannon, Christine M. Bochen, przekład Aleksander Gomola, wprowadzenie Michał Zioło OCSO, Wydawnictwo „W drodze”, Poznań 2011

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 8-9/2012.