W 1995 r. ojciec Michał Zioło opuszcza dominikanów i rozpoczyna postulat u francuskich trapistów. „Jak Bóg woła, trzeba zgodzić się na rozstanie. On zlituje się nad nami i obdarzy nowym darem” – mówi.

Dziś obchodzony jest w Kościele katolickim Światowy Dzień Życia Konsekrowanego, czyli, można powiedzieć, imieniny sióstr zakonnych, zakonników, mniszek, mnichów oraz świeckich osób konsekrowanych (należą one do różnego rodzaju wspólnot, instytutów życia konsekrowanego, pośród nich są również konsekrowane dziewice żyjące pojedynczo).

Każde z tych zgromadzeń, wspólnot i instytutów ma swoją szczególną regułę (zasady życia) oraz charyzmat (misję, którą realizuje). Historie powstania każdego z nich, ich założycieli oraz członków to zazwyczaj arcyciekawe opowieści. Taka jest też ta dotycząca trapistów. W historii tego zakonu jest wiele zwrotów akcji i nawet papieska klątwa. Jednak bez pomocy ojca Michała Zioły, czyli jedynego polskiego trapisty, nie podejmuję się tu opowiedzieć dziejów tego zgromadzenia, dodajmy – żyjącego według jednej z najbardziej surowych reguł zakonnych.

Litery na piasku

Troszkę opowiem za to o ojcu Michale. Ośmiela mnie to, że mamy w „Więzi” przywilej cieszyć się jego przyjaźnią. Dodatkowo ojciec Michał od kilku już lat darowuje nam swoje felietony, które ukazują się drukiem w kolejnych numerach „Więzi”. Sam opatrzył je tytułem: „Litery na piasku”. Niedawno zebraliśmy je i wydaliśmy w książce, co wcale nie znaczy, że trapista porzuca „Więź”. Obiecał w wiosennym numerze kwartalnika rozpocząć nowy cykl felietonów pod dość enigmatycznym, ale intrygującym tytułem „Jakotakość”.

Michał Zioło OCSO, Litery na piasku

 „Litery na pisku” znam „wzdłuż”, a teraz poznaję je „wszerz”, czyli od czasu do czasu – kiedy chcę zrobić sobie przyjemność albo dopadnie mnie potrzeba nakarmienia się czymś bardzo dobrym – wybieram któryś z felietonów i zanurzam się w lekturze. Bo „Litery…” składają się z pasjonujących opowieści o ludziach, miejscach, zdarzeniach i rzeczach – to opowieści czasem metafizyczne, czasem łotrzykowskie. Bywają zabawne, poważne, ale też potrafi odezwać się w nich bolesna nuta. Zawsze jednak przedziera się przez nią strumień światła, wskazujący na Narratora wszystkich narratorów (To przecież On pierwszy powiedział: Niech się stanie. I stało się. I było dobre.).

Jako dawny dominikanin – wciąż wspominany w Gdańsku, gdzie spędził kilka bardzo intensywnych lat, zanim Bóg zawołał go do trapistów – ojciec Michał w „Literach…” dowcipnie opowiada o ćwiczeniu się w sztuce mówienia kazań; sztuce koniecznej, bo przecież dominikanie to Zakon Braci Kaznodziejów. Przy okazji przywołuje pyszną anegdotę o abp. Adamie Sapiesze. To, co wyrwało się z ust dostojnego kapłana, musiało wzbudzić co najmniej konsternację. Więcej nie powiem, jak ktoś ciekaw, niech czyta.

Ojciec Michał i klacz Letitia (zdrobniale zwaną Letką)
Ojciec Michał Zioło i klacz Letitia (zdrobniale zwaną Letką)

Niemałe zdziwienie musieli również przeżyć dominikanie z klasztoru Saint Maximin, do którego pod koniec listopada 1926 r. schronił się Sasza (Aleksander) Rzewuski – malarz i wzięty grafik, brylujący dotąd na paryskich salonach. Oto bowiem, opowiada ojciec Michał: „zrozpaczone wielbicielki wynajęły detektywa, który po krótkim węszeniu dotarł do klasztoru Saint Maximin i zażądał wydania zbiega”.

I detektyw, i jego mocodawczynie musieli dać za wygraną. Ale Sasza Rzewuski, który w zakonie przyjął imię Czesław, niejednokrotnie potem towarzyszył dawnym znajomym z towarzystwa w tej najtrudniejszej drodze – drodze przez śmierć. „Czasami przybiegał do nich z olejami w ostatniej chwili. Tak zaopatrzeni i pocieszeni odchodzili do Boga mieniącym się korowodem. Chce się zakrzyknąć za Miłoszem, autorem wiersza «Czarodziejska góra»: «Jaka procesja! Quelles délicest!». Bo wśród nich i Dolly Radziwił z jej ośmioma metrami pereł okręconymi wokół szyi, i Mrs. Covery – mieszkanka Ritza […]. Markiz George de Cuevas, nastepca Diagilewa, i księżniczka Roussy Mdivani, umierająca w otoczeniu bezradnych Coco Chanel i Denisa Conan Doyle’a […]”. Tak, Sasza Czesław Rzewuski to postać niezwykle barwna. Tak jest również w opowieści ojca Michała. Ale, jaką daje nam tam pointę!

„Litery na piasku” zawierają niemal tyle felietonów (które często są właściwie mini dramatami), ile jest liter w alfabecie, co nie jest tu przypadkiem. Mogłabym przywoływać fragmenty każdego z nich bez końca. Ale miałam tu przecież opowiadać o jedynym polskim trapiście, a ja – jak mawiał śp. ks. Jan Kaczkowski – uprawiam lokowanie produktu. Ksiądz Jan tam, gdzie tylko to było możliwe – czyli podczas głoszonych przez siebie kazań, rekolekcji, wykładów, wywiadów, występów w mediach… – zwykł „reklamować” puckie hospicjum oraz swoje książki. Biorę więc z Jana przykład i też reklamuję. Wprawdzie niewiele jeszcze wiem, co będą zawierały nowe felietony o. Michała, ale znając jego pisanie i odrobinę jego samego, nie mam wątpliwości, że czeka nas radość czytania. A w kwestii „Liter na piasku” dodam jeszcze tylko, że ich bohaterami bywają również echo leśne oraz fauna i flora.

Bracia mniejsi

Z naszymi braćmi mniejszymi ma ojciec Michał, co widać na załączonych tu fotografiach, więzi właśnie braterskie. Sam tak swych braci mniejszych przedstawia: „Pies Florka – to licencjonowana węszycielka trufli. Gołąbki – Cyryl i Metody – to odmiana zwana cukrówkami, ptaki znalezione przeze mnie pod naszą sztuczną grotą z Lourdes w 2009 r. Podejrzewam, że zwiały z jakiegoś wesela, były na skraju wyczerpania. Dziś żyje tylko Metody, który zna na pamięć wszystkie godziny kanoniczne – nie mogę więc oszukiwać, bo wygania mnie swoimi wrzaskami z celi”.

Metody wygania z celi – bagatela – siedem razy podczas doby. Na pierwszą wspólną modlitwę trapiści w francuskim opactwie Notre Dame d’Aiguebelle, w którym mieszka ojciec Michał (i w innych klasztorach trapistów także), zbierają się o… 3.30 w nocy. „Rytm dnia w każdej wspólnocie cysterskiej – wyjaśnia – jest oczywiście taki sam. Każdy klasztor ma jednak swój styl, a duch miejsca w każdej wspólnocie ma niepowtarzalne linie papilarne, które łatwo odnaleźć w architekturze, liturgii, zwyczajach domowych, a nawet w gestach i sposobie noszenia habitu. Wprawne mnisze oko z łatwością rozpozna, w którym klasztorze był formowany spotkany współbrat. Każdy też myśli, że u niego jest najlepiej ze śpiewem, dyscypliną i przełożonym. Tylko co do serwowanych u siebie potraw i wina nie ma takiej jednomyślności. […] Dawniej mówiono, że trapista to taki facet, który zawsze jest trochę brudny, trochę niedospany i trochę głodny. Jego codzienność to modlitwa w chórze siedem razy w ciągu dnia, czas na lectio divina, praca ręczna, czas na modlitwę osobistą, chwile wypoczynku, spotkania wspólnotowe, na których dyskutujemy ważne i mniej ważne dla klasztoru sprawy, a także konferencje ascetyczne i kapituły”.

Słowem jest, co robić, zwłaszcza, że te dość enigmatycznie brzmiące „prace ręczne”, to robota w polu, ogrodzie, w kuchni, pralni, prace porządkowe w klasztorze i dość sporym obejściu, do którego należy również prowadzony przez ojców hotelik…

Thibirine, czyli radość wspólnoty i męczeństwo

W opowieści dotyczącej ojca Michała nie może zabraknąć muzułmańskiego Tibhirine, w którym od roku 1938 żyli trapiści. To tam miał odbywać postulat polski trapista. Tak wspomina to miejsce: „Tibhirine leży w górach Atlas, a w okna skryptorium zagląda masyw Tamesguida, który w spokojne dni zdaje się zmieniać kolory w rytm dzwonka z pobliskiej, pełnej śmiechu i dziecięcego gwaru szkoły. Staje się za to zacieniony i zastygły, gdy nadlatują śmigłowce i bombardują kryjówki islamskich terrorystów”.

Katoliccy mnisi z Tibhirine zaprzyjaźnili się z okolicznymi muzułmańskimi mieszkańcami. Pomagali im, wspólnie z nimi świętowali, nie opuścili ich nawet wtedy, kiedy groziła im śmierć.

Reguła św. Benedykta, według której żyją trapiści, nakazuje mnichom praktykowanie gościnności i szczodrości. Na pierwszym miejscu stawia modlitwę oraz pracę fizyczną i budowanie więzi z sąsiadami. Zabrania nawracać, każe nawet powstrzymywać się od głoszenia kazań! Te zalecenia św. Benedykta realizowali mnisi z Tibhirine. Udało im się, pewnie nie bez trudu, zbudować serdeczną, braterską więź z muzułmanami. Ale żadna ze stron nie próbowała zacierać istniejących między nimi różnic.

Ojciec Michał Zioło

W nocy z 26 na 27 marca 1996 r. muzułmańscy terroryści porwali siedmiu z dziewięciu przebywających w klasztorze mnichów, pośród nich był przeor klasztoru – Christian de Chergé. Dwa miesiące później znaleziono brutalnie okaleczone ciała mnichów. Fabularyzowaną próbę rekonstrukcji wydarzeń poprzedzających tragedię zawarto w filmie „Ludzie Boga” Xaviera Beauvoisa.

„Klasztor z Atlasu – opowiadał ojciec Michał tuż po polskiej premierze filmu – żył logiką Bożego Królestwa, a ona posługuje się «prawem nadmiaru», czyli miłości, która domaga się dawania miarą obfitą ­– nawet jeśli wiele z tego się zmarnuje, nie zostanie zrozumiane, a raczej zostanie zinterpretowane jako naiwne czy niesprawiedliwe wobec innych braci chrześcijan, którzy są przez muzułmanów zabijani.

Logika Królestwa Bożego nie jest łatwa, bo zakłada świadectwo, czyli piękne życie dla Boga i ludzi – wszystkich ludzi. Chodzi o to, żeby ludzie ujrzeli piękno Bożej sprawy i zobaczyli w niej coś konkretnego, dotykalnego, czyli na przykład to, że wyznający inną wiarę też są dziećmi Bożymi”.

Przyjaźń i braterstwo

W 1995 r. ojciec Michał opuścił gdański klasztor dominikanów i rozpoczął postulat u trapistów. To oznaczało nie tylko wyjazd na stałe z Polski, ale też rozstanie z przyjaciółmi. „Przyjaźń to wielki i bardzo rzadki dar – mówi – ale jak Bóg woła, trzeba zgodzić się na rozstanie, na odległość i na momenty obcości w nowym środowisku. Najgorsze jest litowanie się nad sobą, nie trzeba tego robić, bo Bóg – wcześniej czy później – zlituje się nad nami i obdarzy nowym darem.

Dla mnie ten nowy dar to nie przyjaźń, ale braterstwo. Ono nie jest gorsze, mniejsze, podrzędne wobec przyjaźni. Jest inne, otwiera nowe perspektywy i spotkania. Braterstwo w klasztorze nie jest zimne, wyzbyte emocji, jest bardzo dyskretne, ale przekłada się na konkretną służbę, na gotowość do współpracy. I ważne są w nim nieważne gesty – w dzień imienin znajduję na stole w refektarzu wiecheć stokrotek w wyszczerbionym wazoniku, ktoś inny podrzucił kawałek czekolady, ktoś gazetę z artykułem o Polsce. Przychodzi taki moment, że przestajemy się napinać, teoretyzować na temat spraw duchowych, przeżuwać krzywdy i odtrącenia, mierzyć poziom zmarnowania naszych talentów.

Moje dzieciństwo przypadło na czas zatruty bylejakością i kłamstwem. Z zachwytem czytałem wtedy «Znaczy Kapitana», nie był to jednak dla mnie realny świat – opisy krajów zza mórz i oceanów przekraczały moją wyobraźnię. Nagle moje życie zaczęło nabierać szybkości i barw – spotkałem Jana Pawła II, doświadczyłem tajemnicy przyjaźni, no i siedziałem przy jednym stole z męczennikami […]. I to wszystko za darmo, czysty dar! Obrazy, barwy, sytuacje i wezwania bijące na głowę «Znaczy Kapitana»”.

„Znaczy Kapitan” to fantastyczna opowieść Olgierda Borchardta, marynarza, następnie kapitana żeglugi wielkiej. Jej autor pływał również na pasażerskich transatlantykach – m. in. na MS Piłsudski pod wodzą słynnego kapitana żeglugi wielkiej Mamerta Stankiewicza, czyli właśnie Znaczy Kapitana.

Znaczy Kapitan podsumował kiedyś pewne, delikatnie mówiąc, nieszczęśliwe działania Borcharda, który miał siłę wręcz atletyczną. Cytuję z pamięci: Znaczy – jest pan silny, znaczy – za silny.

Kiedy słucham ojca Michała – tu muszę również zareklamować arcyciekawy wywiad rzekę „Po co światu mnich?”, który przeprowadzili z nim Katarzyna Kolska i ojciec Roman Bielecki – mam ochotę sparafrazować Znaczy Kapitana. I zawołać: Znaczy – mnich jest dziś światu bardzo potrzebny, znaczy – koniecznie potrzebny!

Michał Zioło OCSO, Litery na piasku