Brexit stanie się faktem w nocy z piątku na sobotę.

Cokolwiek smutno zabrzmiała wczoraj w Parlamencie Europejskim szkocka pieśń „Auld Lang Syne”, zaśpiewana na pożegnanie 73 deputowanych z Wielkiej Brytanii, tuż po zatwierdzeniu przytłaczającą liczbą głosów porozumienia o wyjściu Zjednoczonego Królestwa z Unii.

Po 57 latach spełniły się więc słowa generała Charlesa de Gaulle’a:

„Traktat rzymski został zawarty pomiędzy sześcioma państwami kontynentalnymi (Belgią, Francją, Holandią, Luksemburgiem, RFN i Włochami – przyp. aut.) o zbliżonej pod względem gospodarczym strukturze (…) Analogiczne są również tempo ich rozwoju ekonomicznego i społecznego oraz możliwości techniczne. Ponadto, pomiędzy tymi państwami nie ma żadnych zatargów politycznych (…) Przeciwnie, państwa te są solidarne przede wszystkim ze względu na to, iż muszą chronić większość podstawowych wartości naszej cywilizacji (…) Anglia jest krajem wyspiarskim i morskim, który różni się bardzo od państw kontynentalnych (…) Wspólny rynek 11 czy 12, a w przyszłości nawet 16 państw w niczym nie przypominałoby wspólnoty zawiązanej przez »szóstkę«. Należy przewidywać, że zwartość EWG, składającej się z bardzo licznych i bardzo różnorodnych państw członkowskich nie dałaby się długo utrzymać i że w ostatecznym wyniku doprowadziłoby to do powstania kolosalnej wspólnoty atlantyckiej, zależnej i kierowanej przez Stany Zjednoczone, wspólnoty, która wkrótce wchłonęłaby Wspólnotę Europejską” (cyt. za: J. Gerhard, Charles de Gaulle, KiW 1972, s. 215-216).

Nie sposób dziś traktować tamtej wypowiedzi inaczej niż archiwalną ciekawostkę, co więcej, ciekawostkę stanowiącą świadectwo nieuleczalnych fobii atlantyckich i brytyjskich de Gaulle’a. Wielka Brytania – choć wciąż tak różna od galijsko-łacińskich, germańskich i słowiańskich tradycji kontynentalnych – od 1973 roku i wejścia do ówczesnej EWG per saldo zyskała przecież na integracji europejskiej. Nie automatycznie i nie od razu – ale raczej z powodu słabej spoistości samej Unii do czasów traktatu z Maastricht, niż typowo brytyjskiej, krnąbrnej niezależności. Sama Europa zaczęła się mocniej integrować w dobie kryzysu torysów i rosnącej popularności „trzeciej drogi” Toniego Blaira w połowie lat dziewięćdziesiątych. W dalszej kolejności brytyjska gospodarka skorzystała na fali emigracji zarobkowej po wielkim rozszerzeniu Unii w 2004 roku. W końcu jednak przyszedł kryzys roku 2008, zmienili się wewnętrznie zarówno konserwatyści, jak i Partia Pracy, a w końcu uznano, że lekarstwem na wszystkie bolączki będzie Brexit.

Zdaje się, że w tych rachubach się przeliczono, czego dowodem był choćby niski wzrost brytyjskiej gospodarki w ubiegłym roku. Według niektórych szacunków od czasu referendum brexitowego w 2016 roku, ciągnące się rozstanie z Europą kosztowało Brytyjczyków już ponad 130 mld funtów. Do końca tego roku, który w kalendarzu Unii i Londynu będzie oznaczać przyśpieszone rozmowy nad traktatem handlowym, koszty mogą wzrosnąć o kolejne 70 mld funtów. Zawsze uważałem, że z brexitem jest trochę tak jak z polską reformą wymiaru sprawiedliwości. Czyli – mówiąc językiem Szekspira – „too much ado about nothing”. Podniosła narracja, grzmiące hasła, wskazywanie palcem na wrogów, tromtadracja, ale niewiele realnych zmian odczuwalnych w życiu codziennym, które czyniłyby je lepszym i znośniejszym. Cały spektakl oglądany przez nas od blisko czterech lat potwierdził tylko, że współczesna postpolityka wyprana jest z realnych treści. W trudnej sytuacji europejskiego projektu, napięć z Rosją, Chinami i wybuchową sytuacją na Bliskim Wschodzie, Unia bez Zjednoczonego Królestwa będzie jeszcze słabsza. Wszakże „united we stand, divided we fall”.

W tym samym niemal czasie, gdy w Europarlamencie żegnano szkocką pieśnią brytyjskich eurodeputowanych, w samej Szkocji tamtejszy parlament obradujący w edynburskim Holyrood 64 głosami w stosunku do 54 uchwalił rezolucję wzywającą do ogłoszenia nowego referendum niepodległościowego. 

Niewiążąca rząd Jej Królewskiej Mości uchwała głosi, że wraz z opuszczeniem Unii przez Zjednoczone Królestwo 31 stycznia o godzinie 23:00 czasu Greenwich, zmieniają się okoliczności polityczne i powinno odbyć się kolejne referendum, zwłaszcza, że „szkocki suweren” w większości zagłosował w 2016 roku za opcją „remain”. W samym dniu brexitu premier Nicola Sturgeon ma – jak to sama określiła – zaprezentować w przemówieniu kolejne kroki w kampanii na rzecz „zabezpieczenia przyszłości Szkocji jako niepodległego narodu”. Szkocka Partia Narodowa (SNP), która ma najwięcej miejsc w lokalnym parlamencie jako samodzielne stronnictwo, chce, aby referendum – już drugie w kończącej się dekadzie – odbyło się jeszcze w tym roku.

Znaczna część Szkotów widzi zabezpieczenie przyszłości kraju jako niepodległego i wciąż w ramach Unii. I być może to właśnie w Edynburgu tlić się będzie w najbliższym czasie nadzieja, że nić łącząca Wyspy Brytyjskie z trzeszczącym w szwach i cierpiącym na wiele słabości, ale wciąż nie mającym lepszej alternatywy w dzisiejszych niespokojnych czasach, projektem jedności europejskiej – nie zostanie bezpowrotnie przerwana. 

Unijna flaga dalej powiewać będzie na edynburskim Holyrood po 31 stycznia.