Gdy w Rwandzie mówiłem ludziom, że moi rodzice przeżyli Zagładę, bardzo się otwierali. To było takie uczucie, jakby spotkać brata lub siostrę. Tego nie da się opisać. Jakaś nić – mówi Aleksander Edelman.

Magdalena Krysińska-Kałużna: Na tegoroczne obchody rocznicy powstania w getcie warszawskim przyjechałeś prosto z Rwandy, gdzie 7 kwietnia upamiętniano kolejną rocznicę rozpoczęcia ludobójstwa Tutsi. Czy to właśnie powiązanie między tymi dwiema historiami sprawiło, że zainteresowałeś się tym krajem?

Aleksander Edelman: Oczywiście można powiedzieć, że pojechałem do Rwandy dlatego, że mam taką, a nie inną genealogię, ale prawdą również jest, że zadecydował przypadek. Rok wcześniej szukałem kogoś, kto mógłby odnowić moje podparyskie mieszkanie, i tak poznałem Dariusza Stępińskiego. Dariusz jest Polakiem, ale wcześniej rozmawialiśmy tylko po francusku, dopiero przy tym malowaniu przeszliśmy nie wiadomo dlaczego na polski. Było tak ładnie, jak dziś, świeciło słońce, trawa była zielona – i nagle Dariusz powiedział do mnie: – Byłem w Rwandzie. – I po chwili ciszy dodał: – Byłem w Rwandzie w czasie ludobójstwa Tutsi, byłem księdzem. – A potem zaczął opowiadać o tym, co tam przeżył i czego był świadkiem. Mówił przez trzy godziny bez przerwy, bez herbaty, bez niczego. Po raz pierwszy od 25 lat. Wtedy zrozumiałem, jak bardzo potrzebuje o tym opowiedzieć. I przypomniałem sobie o Żydach wracających z obozów, których nikt nie pytał o to, co przeżyli. Może gdyby ktoś chciał ich słuchać, ich późniejsze życie byłoby inne?

Zapytałem siostrę zakonną, gdzie jest jej Bóg. Odpowiedziała, że straciła wszystko. Wierzy w Boga, bo Bóg jest jedynym, który jest

Zacząłem czytać na temat ludobójstwa Tutsi, dowiadywałem się coraz więcej. W ciągu 100 dni zamordowanych zostało milion Tutsi. Przeczytałem „Dzisiaj narysujemy śmierć” Wojciecha Tochmana. To on pierwszy powiedział mi o polskim księdzu Stanisławie Urbaniaku, który był w Rwandzie przez cały okres ludobójstwa. Później pojechaliśmy z Dariuszem do Stanisława do Polski. On uratował wielu Tutsi, nie raz ryzykował życiem. Jest człowiekiem, o którym można powiedzieć, że jest bohaterem, choć prawie nikt o tym w Polsce nie wie. Mówi się tylko o o. Kolbem, a Kolbe wcale taką świetlaną postacią nie był, przed wojną był przecież walczącym antysemitą. Rozmawialiśmy z Dariuszem często. Aż któregoś dnia powiedziałem: – Darek, musimy chyba pojechać do Rwandy. – A on na to, że przyrzekł sobie, że nigdy więcej tam nie wróci, bo tam czuje się zapach śmierci. My nawet nie wiemy, co to jest, ale on wie. Ostatecznie pojechaliśmy tam razem w 25. rocznicę ludobójstwa Tutsi.

Krysińska-Kałużna: Przeżyło jedynie 20-30 proc. Tutsi. Ci, którzy ocaleli, i ich potomkowie żyją w sąsiedztwie tych, którzy byli sprawcami. To jest dodatkowy element tej historii, niepodobny do innych historii ludobójstwa, które znamy. Jak wygląda wspólne upamiętnianie rocznicy rozpoczęcia masakry?

– To był błąd, że pojechaliśmy tam właśnie w czasie rocznicy. Rany są wciąż otwarte. Nasz szofer, Adam, pochodził z małej wioski, gdzie zabito mu całą rodzinę. Po tym, jak wszystko się skończyło, opuścił ją i pojechał do Kigali. Nie mógł żyć wśród tych, którzy zamordowali jego bliskich. Pojechaliśmy do tej wsi. Oczywiście natychmiast zbiegło się dużo ludzi. Spytałem Adama, czy wśród nich są mordercy jego rodziców. Powiedział, że są i zna ich dobrze.

Nie wiem, jak ludzie mogą z tym żyć. Księża powtarzają ciągle, że trzeba wybaczać. Ludzie w Rwandzie nie wierzą w instytucję Kościoła, ale ciągle jeszcze wierzą w Boga. Ja tego nie rozumiem. Z wybaczaniem jest różnie. W Butare poznałem siostrę Imaculeę, która wstąpiła do zakonu już po ludobójstwie. Zapytałem ją: – Gdzie jest ten Twój Bóg? – a ona mi odpowiedziała, że straciła wszystko. Nie ma już mamy, nie ma taty, nie ma wujka, nie ma brata, nie ma kuzyna, nie ma przyjaciół. Nie ma nikogo! Wierzy w Boga, bo Bóg jest jedynym, który jest. A jej pozostało tylko czynić dobro, żeby taka potworna zbrodnia się już więcej nie powtórzyła. Uczy dzieci. Jest dyrektorką wielkiej szkoły. Myślę, że ona wierzy, że wierzy… bo co jej właściwie pozostało?

Fragment tekstu, który ukazał się w kwartalniku „Więź”, zima 2019

Więź Zima 2019

Kup tutaj