W „Nowym papieżu” nic nie jest oczywiste ani jednoznaczne, tak jak oko puszczane przez Jude’a Lawa – a zarazem wszystko jest śmiertelnie poważne i budzące niepokój, niczym zimne spojrzenie Johna Malkovicha.

Obejrzałem „Dwóch papieży” i „Nowego papieża” (dwa pierwsze odcinki serialu). Nie ukrywam, że jestem oczarowany tym drugim. Nie tylko dlatego, że Paolo Sorrentino jak zawsze pięknie operuje obrazem i że po raz kolejny niektóre sceny odgrywane są w rzymskim konwencie, w którym spędziłem 5 lat – ale dlatego, że ten drugi film, choć fikcyjny, zadaje ważniejsze pytania i daje do myślenia.

Nie miałem odwagi, aby napisać recenzję tylko pierwszego filmu, który ukazał się nieco wcześniej, gdyż z pewnością wpisałaby się ona w opinie wyrażane w tzw. mediach prawicowych, które – niezależnie od walorów artystycznych czy merytorycznych filmu – i tak broniłyby Benedykta XVI, uznając wszelką jego krytykę za fałszywą. Decydując się jednak na porównanie obu filmów – a oba stawiają pytanie o pontyfikaty Benedykta XVI i Franciszka – mogę wskazać, jakiego rodzaju sztuka daje więcej do myślenia. Nie chodzi mi więc tu wcale o to, że pierwszy z filmów obśmiewa Benedykta, a drugi Franciszka (choć przecież i Benedykta nie oszczędza) i że jedno czy drugie mi się bardziej lub mniej podoba. Kwestia jest bardziej złożona.

Prawdziwe wydarzenia czy populizm?

„Dwóch papieży” pretenduje do bycia filmem historycznym, co sugeruje nawet sam podtytuł umieszczany na reklamujących go plakatach: „Film Netflix inspirowany prawdziwymi wydarzeniami”. Pojawiają się tu konkretne nazwiska, konkretne wydarzenia itd., a więc nie można powiedzieć, że jest to tylko i wyłącznie fikcja artystyczna. I choć również w powieściach historycznych dopuszczalny jest element fikcji, to jednak teza filmu jest zbyt jednoznaczna, zbyt dosłowna, a zarazem bardzo nieprawdziwa – rzekłbym: populistyczna.

To populizm przecież żywi się prostymi podziałami: to jest dobre, a to jest złe; to jest białe a to czarne; to jest nasze (bo bliższe wrażliwości ludu), a to ich (jakichś mniej lub bardziej określonych elit). Populizm nie dostrzega subtelności. W wersji filmowej chce widzieć wojnę między Benedyktem a Franciszkiem – dokładnie tak, jak to się w tych dniach przedstawia w głośnej sprawie celibatu (pisał tu o niej Zbigniew Nosowski). Napisany przez Benedykta XVI, zapewne bardzo głęboki teologicznie, tekst włączony do książki kardynała Saraha staje się dla populistów kolejnym dowodem na istniejącą od lat wojnę między papieżami.

W 2004 r. kard. Ratzinger, będąc prefektem Kongregacji Nauki Wiary, jako jeden z nielicznych kardynałów Kurii Rzymskiej świadomie nie pojawił się na hucznie obchodzonej rocznicy święceń założyciela Legionistów Chrystusa

Mało kto zwraca uwagę na to, że papież Franciszek wielokrotnie podkreślał wartość celibatu, a w sprawie jego zniesienia czy złagodzenia norm prawnych w tej kwestii nie wydał żadnego dokumentu. Nie dostrzega się również, że Benedykt XVI, który jest nie tylko świetnym teologiem, ale i historykiem teologii, dobrze wie, że celibat jako wymóg prawny pojawił się stosunkowo późno w praktyce Kościoła – i to tylko tego zachodniego (co oczywiście nie jest zaprzeczeniem jego walorów). Takich niuansów nie znajdziemy w filmie „Dwóch papieży”, który, jak rzekłem, operuje mentalnością populistyczną. Przesłania filmu nie jest w stanie ocalić nawet końcowa scena spowiedzi i wzruszające „nawrócenie” Benedykta. Ten ostatni bowiem nawraca się, ale oczywiście na jedynie słuszną wizję Kościoła – tę właśnie, której domaga się lud (populus złożony z widzów).

To prawda, Ratzinger był konserwatywny i sam nie przepadałem za jego powrotem do koronek w szatach liturgicznych, za ustawianiem na ołtarzach, na których celebrował Mszę, wielkich barokowych lichtarzy zasłaniających jego twarz, oraz za pewnego rodzaju dystansem do ludu, który przybywał do Rzymu, często z daleka, aby go zobaczyć, a może nawet się go dotknąć. Gdyby tego rodzaju rzeczy były w filmie podkreślone, a może nawet i obśmiane, przy jednoczesnym ocaleniu skromności i prawości tego człowieka, nie wzbudziłoby to mojej niechęci do całości obrazu. Film jednak nie tylko stawia Benedykta w bardzo złym świetle, ale wręcz go oczernia. Pomijam tu już przypisywanie mu wyrachowania i pragnienia władzy, czy nawet braku kultury (niepodanie ręki kardynałowi Bergoglio podczas konklawe), lecz chodzi o sprawę znacznie poważniejszą, która kilka razy przewija się w filmie, a mianowicie o tuszowanie pedofilii.

Fakty i łatki

Należy tu więc przypomnieć, że w 2004 r., a więc gdy Ratzinger był jeszcze prefektem Kongregacji Nauki Wiary, jako jeden z nielicznych kardynałów Kurii Rzymskiej świadomie nie pojawił się on w bazylice św. Pawła za Murami na hucznie obchodzonej rocznicy święceń założyciela Legionistów Chrystusa – na którym już wówczas ciążyły zarzuty o pedofilię. Mało tego, to on w jednym ze swoich pierwszych dekretów, już jako papież, nie wahał się ukarać Maciela Degollado i zesłać go na życie w odosobnieniu, choć ten był założycielem bardzo wpływowego i bogatego zgromadzenia, którego „urokowi” ulegało wielu kardynałów.

Tymczasem w filmie Benedykt jest uświadamiany przez Bergoglia, że w Kościele istnieje problem pedofilii oraz że należy stawać w obronie ofiar, a nie krzywdzicieli. Mało tego, filmowy Benedykt przekonuje Bergoglia, że przecież spowiedź wszystko w tej kwestii załatwia i że w tym przypadku nie należy reagować zbyt pospiesznie. Wątek ten nie jest mało znaczącym epizodem filmu. Pojawia się on zarówno podczas rozmowy w Castel Gandolfo, jak i podczas spowiedzi papieża przed kardynałem. Historyczne akty prawne Benedykta XVI, i to w pierwszym roku jego pontyfikatu, pokazują jednak coś zupełnie innego. To raczej Bergoglio o wiele mniej wiedział o problemach wewnętrznych Kościoła, żyjąc w Ameryce Południowej (bo słusznie zajmował się w tym czasie problemami ubogich żyjących w slumsach) niż prefekt Kongregacji Nauki Wiary, do którego te sprawy spływały.

U Sorrentino kolejny nowy papież ma przybrać imię Jana Pawła III. Stawia to widza przed ciekawszymi i ważniejszymi kwestiami do rozważenia

Zresztą nie tylko w tym miejscu, ale w ogóle w całym filmie, Bergoglio poucza Benedykta o sprawach, w których to raczej ówczesny papież był większym ekspertem teologicznym niż kardynał z Buenos Aires. Niekiedy te pouczenia są wręcz żenujące i banalne. Jest tak np. w scenie, w której Bergoglio wpada na „genialny” pomysł, aby dziewczynki mogły być ministrantkami i objawia go Benedyktowi. Sprawa ta jest o tyle śmieszna, że w Niemczech i Szwajcarii, kobiety o wiele wcześniej mogły być nie tylko ministrantkami, ale także asystentkami pastoralnymi o szerokim zakresie przywilejów i obowiązków kościelnych – w przeciwieństwie do sklerykalizowanej Ameryki Południowej, w której figura kapłana posiadała i nadal posiada o wiele większe znaczenie niż w Europie zachodniej.

Autor „Dwóch papieży” miał pomysł – i jest to dobry pomysł – aby ubrać całość filmu w formę rozmowy-spowiedzi dwóch wybitnych wierzących hierarchów o odmiennych wizjach zarządzania Kościołem. Ważnym i ciekawym zabiegiem są tu retrospekcje ukazujące niektóre wydarzenia z historii życia obu bohaterów. Jednakże brak głębszego studium charakterologicznego czy refleksji nad rzeczywistymi poglądami Ratzingera i Bergoglia oraz nieznajomość realiów teologiczno-kulturowych sprawiają, że obu bohaterom filmu zostają przyklejone populistyczne łatki. Przez to stają się oni groteskowi i nieprawdziwi. Zimny, stanowczy, a nawet wyrachowany Ratzinger czepia się w filmie mało znaczących szczegółów o wątłej randze teologicznej, a nawet popiera tuszowanie poważnych skandali pedofilskich, natomiast Bergoglio staje się tu ekspertem teologii liberalnej i poucza swego rozmówcę w sprawach ważkich, o których w rzeczywistości miał o wiele mniejsze pojęcie. Tak postrzega i tak chce postrzegać Benedykta i Franciszka lud (populus) i taki też obraz podaje mu na tacy Fernando Meirelles.

Idealny papież

O wiele ciekawsze i bardziej złożone są postaci wykreowane przez Paolo Sorrentino. Choć nie ma wątpliwości, że reżyser nawiązuje do pontyfikatów Jana Pawła II, Benedykta XVI i Franciszka, to jednak nie tylko zmienia on imiona wspomnianych papieży, ale też – przerysowując poszczególne postaci, ukazując je w zupełnym oderwaniu od konkretnych faktów historycznych – zachęca widza do refleksji, na czym według niego miałaby polegać idealna wizja papiestwa.

Przepych szat i tiara, w którą Sorrentino ubiera swojego Piusa XIII, są oczywiście nawiązaniem do pontyfikatu Benedykta XVI, ale nie tylko. Reżyser idzie dalej. Zadaje bowiem widzowi pytanie: a co by było, gdyby papież nie tylko ubierał się w wykopane z muzeum watykańskiego barokowe szaty, lecz gdyby naprawdę zachowywał się jak monarcha absolutny, przed którym pada się na kolana i całuje w aksamitny pantofel. Co by było, gdyby papież był despotą i gdyby w ogóle nie zależało mu na jakiejkolwiek komunikacji ze swoim ludem i biskupami? Wiemy oczywiście, że Ratzinger taki nie był. Poprzez przerysowanie pewnych kwestii widz musi jednak zadać sobie pytanie o niektóre elementy pontyfikatu Benedykta XVI.

Postać Franciszka II – z drugiego sezonu serialu – stanowi natomiast nawiązanie, ale i przerysowanie pontyfikatu papieża Franciszka. Tu również stawiane jest widzowi pytanie: a co by było, gdyby papież rzeczywiście otworzył wszystkie komnaty i ogrody Watykanu dla uchodźców? Co by było, gdyby chodził już nie tylko w czarnych butach, ale boso w sandałach? Co by było, gdyby zamiast kardynałów radził się watahy przerośniętych franciszkanów, którzy za jego zgodą okradają kardynałów z wszelkich kosztowności, aby w naiwny sposób rozdać je ubogim? Czy umarłby w nieokreślonych okolicznościach jak Jan Paweł I?

Próba diagnozy Kościoła

„Nowy papież” dotyka również bolesnej kwestii pedofilii w Kościele, ale nie robi tego w sposób populistyczny. Nie wskazuje palcem, mówiąc: Benedykt zamiata pod dywan trudne sprawy, a Franciszek wreszcie objawia nam prawdę. Kwestia ta pojawia się między innymi w wyznaniu fikcyjnego kardynała, który – zapytany o to, czym jest miłość – odpowiada: „Miłość to pojęcie abstrakcyjne, ale konieczne, jak szczęście, jak inteligencja… jak Bóg. Gdy byłem chłopcem, wykorzystywał mnie mężczyzna. Gdy to robił, mówił: »Bóg nie istnieje«. A ja odpowiadałem mu… zamiast Boga: «Nawet jeśli Bóg nie istnieje, rozpaczliwie potrzebujemy wierzyć, że istnieje»”.

Serial „Nowy papież” stawia istotne pytanie: na czym miałaby polegać „droga środka” w przypadku papiestwa

Pedofilia, podobnie jak Auschwitz, stawia tu więc pytanie o istnienie Boga. Czy tak naprawdę wierzą w Niego sami kardynałowie, którzy mają zająć się tą kwestią? A jeśli wierzą, to nie tylko powinni o tym mówić, ale i działać, o czym przypomina kandydat na nowego papieża, który – jak się dowiedziałem (bo kolejne odcinki nie zostały jeszcze wyemitowane) – ma przybrać imię Jana Pawła III.

Tenże właśnie, stawia bardzo konkretną kwestię do rozważenia (nie tylko swoim wyborcom, ale i widzom): „Kościół jest nagi… ale skoro Kościół już jest nagi, przed ubraniem go na powrót, trzeba go zbadać niczym lekarz. Zdiagnozowanie Kościoła jest kolosalnym przedsięwzięciem. Kluczowe jest rozróżnienie, co jest fizjologiczne, a co jest patologiczne w łonie Kościoła”. Czy jednak nowemu papieżowi uda się wyleczyć patologiczne struktury zła obecne w Kościele? A może świetnie się w nie wpisze? Choć pojawiły się już spoilerujące recenzje całego serialu, nie chcę tego z góry wiedzieć – bo sam chcę się przekonać, czym jeszcze zaskoczy mnie Sorrentino, jakie inne pytania we mnie sprowokuje.

Droga środka i puszczanie oka

Każdy odcinek serialu jest przeżyciem artystycznym i prowokuje do kolejnych pytań, nie tylko poprzez dialogi, ale i poprzez same obrazy i muzykę. Ale jako całość serial stawia również istotne pytanie: na czym miałaby polegać „droga środka” w przypadku papiestwa. Tej drogi środka szukają przecież kardynałowie, którzy po „ekstremalnych” pontyfikatach Piusa XIII i Franciszka II, udają się do rezydencji kardynała i arystokraty Johna Brannoxa – przyszłego Jana Pawła III, w którego wciela się John Malkovich.

To pytanie przewijało się według mnie również w pierwszym sezonie serialu. Jak znaleźć drogę środka między liberalizmem a konserwatyzmem teologicznym, między otwartością i wychodzeniem Kościoła do ludu a czynieniem z niego obwarowanej twierdzy? Drugi sezon, choć jeszcze niewyemitowany w całości, nieco modyfikuje to pytanie. Jak znaleźć drogę środka między totalną prostotą i dyletanctwem a wyrafinowaniem, elegancją i sybarytyzmem; między naiwnym rozdawaniem wszystkiego ubogim a jedynie teoretycznym myśleniem Kościoła o ubogich?

W „Dwóch papieżach” najbardziej przenikliwym zdaniem jest stwierdzenie Benedykta XVI „Bóg zawsze poprawia papieża, dając światu nowego”. Ale film ten stawia to pytanie jedynie w odniesieniu do korekty papieża Ratzingera. Paolo Sorrentino idzie dalej. Stawia widza przed o wiele ciekawszymi i ważniejszymi kwestiami do rozważenia niż Fernando Meirelles (choć nigdy dość podkreślania, że jego „Miasto Boga” to wspaniałe dzieło!). Ten ostatni ułożył film w piękną rozmowę-spowiedź dwóch wierzących starców, z ciekawymi elementami retrospekcji, ale jednak ostatecznie, pomimo kilku wzruszających momentów, całość wygląda jak ciosana toporem. Wszystko jest tu jednoznaczne, oczywiste i podane na tacy. W „Nowym papieżu” natomiast nic nie jest oczywiste i nic nie jest jednoznaczne, dokładnie tak jak oko puszczane przez Jude’a Lawa – a zarazem wszystko jest śmiertelnie poważne i budzące niepokój, niczym zimne spojrzenie Johna Malkovicha.

Niezależnie od tego, jak zakończy się serial i kim będzie Jan Paweł III, otwarte pozostanie pytanie: czy znalezienie drogi środka w przypadku papiestwa jest w ogóle możliwe?