Tym, których przeprowadza przez Auschwitz, Piotr Cywiński nie proponuje „zwiedzania”. Proponuje im „rytuał przejścia”, i to „przejścia” o charakterze paschalnym, głęboko osobistym i angażującym. Opisując to przejście, nie mówi „oni – naziści sprzed 75 lat”. Mówi „my”.

Laudacja abp. Grzegorza Rysia wygłoszona z okazji odznaczenia Piotrowi Cywińskiemu, dyrektorowi Państwowego Muzeum Auschwiz-Birkenau, krzyża „Pro Ecclesia et Pontifice” 14 stycznia br. w rezydencji arcybiskupów warszawskich

Odznaczenie otrzymuje człowiek jeszcze nie 50-letni, który swoją aktywnością mógłby spokojnie obdzielić kilka życiorysów. Odznaczenie jest „kościelne”, więc na początek wypada wyróżnić z niej te obszary działania Laureata, które dotyczą wprost życia eklezjalnego.

Na pierwsze miejsce wysunie się tutaj najpierw członkostwo (od 1993 r.), następnie 5-letnia wiceprezesura, a w końcu 10-letnia prezesura w warszawskim Klubie Inteligencji Katolickiej (do 2010 r.). Jezus mówi: „Poznacie ich po owocach…” (Mt 7, 16. 20) – nie od rzeczy będzie więc tutaj powiedzieć, iż stołeczny KIK jest dzisiaj z całą pewnością najważniejszym i najbardziej twórczym Klubem Inteligencji Katolickiej w Polsce, podejmującym nie tylko odważną refleksję, ale równie odważne (i ważne) działania; tak wewnątrzkościelne (np. Inicjatywa „Zranieni w Kościele”), jak i szersze: społeczne. Obecny jest też twórczo na polu ściśle pastoralnym (np. w duszpasterstwie rodzin i młodzieży) i duchowym (organizując rekolekcje). W jakiej mierze ta dzisiejsza znacząca rola warszawskiego Klubu bierze się z pracy i zaangażowania poprzedniego Prezesa – powinni powiedzieć członkowie.

To w warszawskim KIK-u powstało w 2002 r. Forum Świętego Wojciecha, a Piotr Cywiński został (aż do roku 2009) pierwszym przewodniczącym Rady tegoż Forum, i w konsekwencji współtwórcą pierwszych Zjazdów Gnieźnieńskich (2003, 2004, 2005 i 2007). W 2004 r. – również w związku z działalnością w KIK-u – został Piotr Cywiński wybrany na prezesa europejskiej „Pax Romana” i pełnił tę funkcję przez następne cztery lata).

Dodajmy do tego jeszcze pracę z zespole Episkopatu Polski ds. rozmów z Kościołem Greckokatolickim na Ukrainie, członkostwo w Polskiej Radzie Chrześcijan i Żydów, a także w radach fundacji na rzecz Maximilian-Kolbe-Werk oraz Centrum Informacji, Spotkań, Dialogu, Wychowania i Modlitwy w Oświęcimiu – sam katalog, i to jedynie wewnątrzkościelnych funkcji staje się trudny do ogarnięcia…

Można by w tym momencie zacytować pieśń neokatechumealną: „To by już nam wystarczyło. Dayenu, dayenu, dayenu…”. Ale myślę, że prawdziwy przełom w życiu Piotra Cywińskiego i, moim zdaniem, najważniejszy tytuł do przyznania mu medalu „Pro Ecclesia et Pontifice” nie został jeszcze zasygnalizowany. Wyznaczają go dwie daty: w roku 2000 Piotr Cywiński został członkiem i pierwszym sekretarzem Międzynarodowej Rady Oświęcimskiej, powołanej do życia przez ówczesnego premiera prof. Jerzego Buzka; zaś sześć lat później został dyrektorem Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau – najważniejszego miejsca pamięci na świecie.

Co to znaczy być dyrektorem miejsca pamięci Auschwitz-Birkenau?

To znaczy najpierw wziąć na siebie odpowiedzialność za udostępnienie tego miejsca 2,3 mln ludzi (w 2019 r.), którzy chcą je nawiedzić (z czego absolutna większość chce to uczynić z wykwalifikowanym przewodnikiem). To samo w sobie niewyobrażalne wręcz wyzwanie logistyczne. A przecież „udostępnienie” nie sprowadza się jedynie do rozwiązania problemów logistycznych. Oprowadzenie kogokolwiek po tym miejscu pamięci jest punktem dojścia – zwieńczeniem (owszem, celem) niewyobrażalnej wręcz pracy i różnorodnych działań, takich jak konserwacja obiektów (bardzo zróżnicowanych, ale również już wtedy, gdy powstawały, mało trwałych, raczej tymczasowych i prowizorycznych); pozyskiwanie nowych obiektów i źródeł, praca badawcza, głównie archiwalna; a na niej zbudowana działalność wydawnicza i edukacyjna; sesje naukowe i popularno-naukowe; seminaria; kursy; prawdziwe studia (organizowane samodzielnie lub we współpracy); projekty edukacyjne, e-learning; praca wystawiennicza; wydarzenia rocznicowe; wolontariat etc.

To wyliczanie można by ciągnąć w nieskończoność… Na to wszystko potrzeba wielkiego zmysłu organizacyjnego; finansów; trzeba też niezwykłej wręcz umiejętności zbierania, dobierania i przewodzenia ludziom. Przede wszystkim jednak potrzeba – w tym miejscu – niesłychanej wrażliwości. Wrażliwości wobec potencjalnego słuchacza. I wobec najważniejszego narratora. Narratorem jest samo miejsce. I ocaleni.

Stąd też głównym imperatywem wszelkich działań Piotra Cywińskiego na terenie dawnego obozu jest zachowanie autentyzmu – konserwacje najbardziej kompetentne i wykorzystujące najnowocześniejsze metody, ale równie ascetyczne i pokorne.

Ocaleni – ich głos w miejscu pamięci wysłuchiwany jest z największą uwagą. Także wtedy, gdy na teren obozu wprowadzane są najnowocześniejsze technologie, to jedynie po to, by w każdym miejscu można było usłyszeć historię opowiedzianą przez byłego więźnia.

To właśnie można zidentyfikować jako główny wyznacznik i kierunek działań Piotra Cywińskiego: mając przy sobie oddane grono kompetentnych historyków (i sam będąc z wykształcenia historykiem), koncentruje się na dokumentacji pamięci. Wystarczy przywołać tytuły jego publikacji: „Marsz śmierci w pamięć ewakuowanych więźniów Auschwitz”, „Rampa w pamięci Żydów deportowanych do Auschwitz”, „Początki Auschwitz w pamięci pierwszego transportu polskich więźniów politycznych”, „Zagłada w pamięci więźniów Sonderkomando”. Szczególną – prawdziwie wstrząsającą – dokumentacją pamięci jest też książka „Sny obozowe”, a także rozmowa z prof. Władysławem Bartoszewskim w książce „Mój Auschwitz”.

Koncentracja na pamięci, przyznanie jej absolutnego pierwszeństwa w narracji w tym szczególnym miejscu służy wyzwoleniu w odwiedzających postaw już ku słuchaniu. W Auschwitz-Birkenau człowiek musi przyjąć jego przesłanie, a nie narzuca mu swoją własną naukę czy (jeszcze gorzej) politykę historyczną. Ten wybór wydaje się oczywisty – w rzeczywistości jednak bywa inaczej, i wymaga ogromnej odwagi, by go obronić. Nagradza jednak człowieka niezwykłą zdolnością do prowadzenia dialogu, a nie ideologicznego sporu z innymi. Dyrektor Cywiński jest człowiekiem męstwa i dialogu. I odpowiedzialności za dziś. Auschwitz to nie historia: to konfrontacja. 

Tym, których przeprowadza przez Auschwitz, Piotr Cywiński nie proponuje „zwiedzania”. Proponuje im „rytuał przejścia”, i to „przejścia” o charakterze paschalnym, głęboko osobistym i angażującym. Opisując to przejście, nie mówi „oni – naziści sprzed 75 lat”. Mówi „my”. Pisze: „W dniu wielkiej próby nie zdaliśmy egzaminu. W dobie Zagłady zawiodły wszystkie filary europejskości – starożytne fundamenty myśli i prawa, chrześcijański ład moralny, cały dorobek humanizmu i oświecenia. To wszystko okazało się zbyt słabe. Europę zdominowała bierność wobec zła, które sama wygenerowała”.

Za tą konstatacją kryje się nie rezygnacja, lecz wiara, że może być inaczej – że przejście przez Auschwitz nie musi ani przetrącić, anie wygenerować gniew wobec innych. Może – przeciwnie – zmobilizować do opowiedzenia się za dobrem w życiu osobistym i wspólnym. Może zrodzić determinację i wewnętrzny imperatyw budowania lepszego świata.

To właśnie jest najwłaściwszy tytuł do otrzymania medalu „Pro Ecclesia et Pontifice”.

Celem Kościoła nie jest przecież sam Kościół. Kościół ma swoją misję poza sobą (KK 1): „w każdym człowieku i w całym rodzaju ludzkim”. Człowieka prowadzi do wewnętrznego zjednoczenia z Bogiem; rodzaj ludzki zaś – do jedności.

Miejsce pamięci Auschwitz-Birkenau jest dziś dzięki ludziom takim jak Piotr Cywiński wielką przestrzenią budowania jedności całego rodzaju ludzkiego, a nie petryfikowania dawnych podziałów. Kto wie, czy to właśnie nie ci ludzie przywracają dziś nadzieję i wiarę w odniesieniu do chrześcijaństwa i Kościoła, które 75 lat temu się „nie dość sprawdziły”.

Na koniec chciałem podzielić się myślą, która rezonuje mocno także w moim osobistym doświadczeniu. Nie byłoby Piotra Cywińskiego, strażnika pamięci w Auschwitz-Birkenau, gdyby nie wcześniejszy dużo Piotr Cywiński – mediewista, badacz świętych Wojciecha i Brunona z Kwerfurtu. I nie chodzi mi w tym momencie jedynie o to, że mediewista to historyk, który – jak żaden inny – wie, co to jest krytyka źródła i kocha pracę archiwalną.

Chodzi mi raczej o doświadczenie źródłowe polskiego chrześcijaństwa, zakodowane w osobach i życiu tych dwóch męczenników, ludzi misji prowadzonej ewangelicznymi, ubogimi środkami – gotowymi raczej położyć głowę pod miecz, niż samemu się nim posługiwać. Ich zasiew skutkuje całą naszą dalszą historią, pozwalając jasno odróżniać w niej ogniwa żywej tradycji od ciągu starych błędów.

Może właśnie dlatego Pan Bóg czasami wzywa mediewistów do działań bardzo odległych od ich studiów? Jest w tym Boża logika i humor – potwierdzone krzyżem „Pro Ecclesia et Pontifice”.

Tytuł od redakcji

XPK / KAI, JH