Za mało mówi się o skali duchowego spustoszenia, jaką powoduje upolitycznienie katolicyzmu polskiego. Logika ewangelizacji zostaje podporządkowana logice konfliktu.

Początek nowego roku zawsze skłania do podsumowań, zwłaszcza obecnie, gdy dostrzegamy, że zaczął się ostatni rok drugiej dekady XXI stulecia. Nie może zabraknąć także refleksji o aktualnej sytuacji Kościoła w Polsce – tym bardziej, że widać wiele przejawów kryzysu, które postaram się tu syntetycznie omówić.

Ewangelizacja czy konflikt ideologiczny

Korzenie tego kryzysu mają w moim przekonaniu charakter kulturowy i mentalnościowy. Większość duchownych – i biskupów, i księży – przeżywając lęk przed płynnością społeczeństwa postmodernistycznego, sprowadza chrześcijaństwo do roli narzędzia oporu i walki z relatywizmem. Przejawy szybkiej sekularyzacji (spadek liczby wiernych, zwłaszcza wśród młodzieży, spadek liczby powołań, mniej zawieranych małżeństw sakramentalnych oraz ich coraz częstszy rozpad) budzą nostalgię za heroicznym Kościołem z przeszłości, stawiającym opór komunizmowi. Ludzie Kościoła zdają się żyć w stanie zagrożenia niemal ze wszystkich stron. W ten sposób logika ewangelizacji zostaje podporządkowana logice konfliktu ideologicznego.

Obrona abstrakcyjnych wartości chrześcijańskich nie może zastąpić głoszenia wiary w Jezusa Chrystusa

Nie znaczy to, że Kościół w Polsce nie podejmuje prób nowej ewangelizacji, której pastoralny priorytet uznają papieże ostatniego półwiecza: św. Paweł VI, św. Jan Paweł II, Benedykt XVI i – w sposób wyjątkowo wyrazisty – papież Franciszek. Problemem jest to, że nurt ewangelizacyjny przesłaniają inne formy działalności Kościoła – obojętne na ewangelizację lub sprzeczne z jej duchem – które osłabiają jego ewangelizacyjny potencjał. Dla soborowej oraz posoborowej wizji Kościoła i jego misji w świecie kluczowe są dokumenty takie jak „Gaudium et spes”, „Redemptor hominis” czy „Evangelii gaudium”. Rzadko stają się one natchnieniem stylu duszpasterstwa dominującego nad Wisłą.

Obrona abstrakcyjnych wartości chrześcijańskich nie może jednak zastąpić głoszenia wiary w Jezusa Chrystusa. Lęk przed światem nie może niszczyć radości wiary. Potrzebne jest głębokie i autentyczne nawrócenie duszpasterskie, oparte na rozeznaniu z jednej strony czynników kryzysu, a z drugiej źródeł nadziei. Potrzebna jest poważna rozmowa o Kościele, dopuszczająca wielość ocen i propozycji. Nawet ostry spór może okazać się wyzwalający i oczyszczający. Potrzebni są duszpasterze zdolni do bezpośredniej komunikacji z wiernymi, którzy potrafią słuchać i rozmawiać.

Pozycja wyższości w społeczeństwie pluralistycznym

Ostry kryzys polskiego Kościoła zaczął się ujawniać około roku 2010. Zdaliśmy sobie wtedy sprawę z końca epoki Jana Pawła II, w której Kościół nasz przeżywał triumfalny moment związany z upadkiem komunizmu, odzyskiwaniem własnego miejsca w życiu publicznym oraz rozwojem instytucjonalnym. Niestety recepcja nauczania Jana Pawła II dokonała się przede wszystkim na poziomie dewocyjno-sentymentalnym, pierwiastki narodowe zaczęły wypierać chrześcijański uniwersalizm papieskiego przesłania do rodaków.

Redukowanie moralności do zasad czyni chrześcijaństwo bezdusznym. To sedno aktualnego kryzysu Kościoła w Polsce

Po 1989 roku Kościół w Polsce w zbyt małym stopniu nauczył się pełnić swoją misję w społeczeństwie pluralistycznym. Gdy zaczęły się przejawiać napięcia na tle różnorodności poglądów dotyczących społecznej i politycznej roli Kościoła, wielu biskupów uznawało tę debatę za atak na Kościół i chrześcijaństwo. Lęk przed krytyką może również tłumaczyć, dlaczego wielu duchownych woli raczej władzę autorytarną niż demokrację z właściwą jej liberalną formą dyskursu.

Wciąż ciąży nam „nieszczęsny dar wolności”, o którym pisał ks. Józef Tischner w latach 90. ubiegłego wieku. Mentalność klerykalna, zabieranie głosu z pozycji wyższości, stają się przeszkodą w praktykowaniu życia chrześcijańskiego w społeczeństwie pluralistycznym, które uwzględnia odmienne, czasem nawet sprzeczne, podstawy aksjologiczne. Zaniedbano korzystanie z lekcji Kościoła dialogu, z tak wielkim przekonaniem przekazywanej przez św. Jana Pawła II. Podkreślał on przecież konsekwentnie, że Kościół nie narzuca wartości, lecz je ukazuje i proponuje.

Religia upolityczniona

Katastrofa smoleńska w kwietniu 2010 wywarła silny wpływ na życie państwowe i publiczne, a w jej konsekwencji zarysowały się w Polsce podziały głębsze niż kiedykolwiek po 1989 roku. Nie ominęły one również Kościoła.

Wielu duchownych, z biskupami włącznie, zamiast wyciszać emocje na rzecz pojednania narodowego, stanęło po stronie Jarosława Kaczyńskiego, umacniającego swą polityczną pozycję. Służyły temu organizowane w Warszawie przez osiem lat miesięcznice smoleńskie, podczas których modlitwa mieszała się z oskarżeniami, pogróżkami i brutalnymi hasłami politycznymi.

Kryzys Kościoła jest na tyle głęboki i wielopłaszczyznowy, że może stać się nie tylko kryzysem instytucji, lecz także kryzysem wiary Polaków

Zjawisko to nazwano „religią smoleńską”. Pociąga ona za sobą degradację chrześcijaństwa do katolicyzmu politycznego. Stanowi ona pożywkę dla pewnego typu mesjanizmu narodowego, obecnego już w religijności polskiej w XIX wieku w okresie zaborów. Tego typu „religia” polega na politycznej instrumentalizacji narodowego nieszczęścia i kultywowaniu bólu. Cechuje ją szukanie wrogów wewnętrznych („zdrajców narodowych”) oraz wrogów zewnętrznych wśród innych narodów.

Szerzenie tej postawy z ambon sprawia, że spora część wiernych – nie chcąc, aby myśleniem Kościoła de facto rządził Jarosław Kaczyński – odchodzi z Kościoła. Przeżywają oni prawdziwe dramaty egzystencjalne, przechodzą trudną próbę wiary i nie zawsze znajdują dość sił, aby czuć się członkami Kościoła. Za mało mówi się o skali duchowego spustoszenia, jaką powoduje upolitycznienie katolicyzmu polskiego.

Nie drażnić rządu

Aby to dostrzec, trzeba bliżej przyjrzeć się, w jaki sposób zostały potraktowane sprawy stosunku do uchodźców oraz do osób LGBT w czasie kampanii wyborczych w latach 2015 i 2019. Ujawniła się w tym okresie porażająca słabość Kościoła na płaszczyźnie praxis. W pierwszym przypadku chodzi o brak własnego podmiotowego działania i chrześcijańskiego świadectwa, w drugim natomiast o gorszący współudział biskupów we wskazywaniu „wspólnego wroga”. Tej jakże surowej oceny nie mogę pozostawić bez bardziej szczegółowego uzasadnienia.

W trakcie parlamentarnej kampanii wyborczej w 2015 roku, w czasie kryzysu migracyjnego w Europie związanego z przybywaniem milionów uchodźców do Europy, prezes Prawa i Sprawiedliwości ogłosił, że przynoszą oni pasożyty i zarazki chorób. Z trybuny sejmowej przedstawił natomiast ekskluzywistyczną interpretację kościelnej zasady „ordo caritatis”, która bardzo szybko została przyjęta jako własna w wielu środowiskach katolickich. Lęk przed zagrożeniem fizycznym wzmacniał jeszcze bardziej podsycany przez środowiska prawicowe lęk przed utratą tożsamości kulturowej wobec napływu ludności muzułmańskiej. Kilku biskupów (wcale nie tak liczni!) słusznie przeciwstawiło się tej antychrześcijańskiej demonizacji uchodźców, stwierdzając w swych oświadczeniach, że mają oni twarz Jezusa, który sam był również uchodźcą w swym dzieciństwie. Większość jednak biskupów i proboszczów milczała, a obraźliwe słowa polityków zatruwały umysły i serca wiernych Kościoła.

Przeżywając lęk przed płynnością społeczeństwa postmodernistycznego, większość duchownych sprowadza chrześcijaństwo do roli narzędzia oporu i walki z relatywizmem

Statystyki bardzo szybko zaczęły wykazywać wzrost agresji w stosunku do obcokrajowców, emigrantów czy w ogóle ludzi o egzotycznym wyglądzie. Grupa biskupów dążyła do otwarcia przynajmniej korytarzy humanitarnych dla osób najbardziej potrzebujących pomocy, ale wskutek rygorystycznej polityki antyuchodźczej polskiego rządu również ten (bardzo skromny) projekt nie został zrealizowany.

Czy w imię chrześcijańskich zasad biskupi nie powinni byli bardziej naciskać na władze? Brak działań praktycznych jeszcze pogłębił demoralizację, oświadczenia biskupów zawierające głębokie treści etyczne musiały przegrać z realną polityką, której fałszywych i groźnych założeń nikt z hierarchów nie odważył się podważać. Sądzę, że należało uczynić znacznie więcej, aby obudzić chrześcijańską świadomość, z taką łatwością wyniszczaną przez propagandę polityczną. Na przykład można było w większym stopniu mobilizować wolontariuszy przygotowanych do przyjmowania uchodźców, rozwijać współpracę z licznymi miastami deklarującymi gotowość tworzenia struktur pomocy humanitarnej. Opcja „nie drażnić rządu” jedynie pogłębiła kryzys świadomości chrześcijańskiej.

Wspólny wróg

Wiosną 2019 r. w trakcie kampanii wyborczej do Parlamentu Europejskiego lider PiS uznał LGBT i ideologię gender za zagrożenie społeczne oraz ogłosił walkę na rzecz wartości tradycyjnych. Deklarował ponadto gotowość obrony Kościoła. Przed czym rządząca partia miałaby bronić ludzi Kościoła – nie zostało wprost powiedziane. Ale ponieważ deklaracja ta miała miejsce w kontekście debaty wokół filmu braci Sekielskich „Tylko nie mów nikomu” – dotyczącego kliku głośnych przypadków pedofilii duchownych – można sądzić, że chodzi tu o stworzenie poczucia bezpieczeństwa cywilnego dla księży.

Kilka miesięcy później wspomniana „doktryna Kaczyńskiego” w sprawie LGBT stała się również treścią kazań metropolity krakowskiego, abp. Marka Jędraszewskiego. Przedstawiając „tęczową zarazę” jako zło podobne do „czerwonej zarazy”, wywołał on prawdziwy wstrząs opinii publicznej i pogłębił jeszcze bardziej podziały wśród katolików. W wielu środowiskach katolickich i pozakatolickich oczekiwano przeprosin za słowa obrażające osoby homoseksualne. Stało się zupełnie inaczej – wiceprzewodniczący KEP uzyskał poparcie biskupów z Polski i innych krajów środkowoeuropejskich. Przewodniczący KEP, abp Stanisław Gądecki nazwał go nawet „prorokiem”, podobnym do bł. ks. Jerzego Popiełuszki, męczennika epoki komunizmu.

Spora część wiernych – nie chcąc, aby myśleniem Kościoła de facto rządził Jarosław Kaczyński – odchodzi z Kościoła

Trzeba pamiętać, że słowa o „tęczowej zarazie” padły zaledwie kilka dni po wydarzeniach w Białymstoku, podczas których doszło do aktów fizycznej przemocy wobec uczestników Marszu Równości. Opinia katolicka zbyt szybko uspokoiła się po wyjaśnieniach abp. Tadeusza Wojdy, że jego apel „non possumus” nie zawierał wezwania do stosowania przemocy. Na pewno nie takie były intencje metropolity białostockiego, niemniej jednak bolesnym problemem pozostają konsekwencje słów hierarchy, które nacjonaliści i kibole uznali za zachętę do przemocy. Ponure wydarzenia na ulicach Białegostoku były niczym innym jak przejawem fanatyzmu i nienawiści i nie da się oddzielić „dobrych intencji” czy ideologicznej determinacji („non possumus”) od fizycznej brutalności – stanowią one bowiem ogniwa tego samego procesu dyskryminacji, w którym chrześcijanie nie powinni uczestniczyć ani werbalnie, ani fizycznie.

Opisana wyżej moralistyczna fiksacja prowadzi do zamętu i przekształca Kościół w siłę walczącą przy boku partii rządzącej jako jej ideologiczne zaplecze. W rzeczywistości tego typu obrona moralności prowadzi do destrukcji samej moralności. Moralność chrześcijańska ma bowiem charakter integralny, chodzi w niej o spójność zasad i czynów, dlatego odrywanie zasad od respektu dla konkretnych osób godzi w ich dobro. Przypomnijmy, że Katechizm Kościoła Katolickiego co do zasady czyny homoseksualne określa jako „z samej swojej natury wewnętrznie nieuporządkowane” i jednocześnie uczy, że osoby o skłonnościach homoseksualnych „powinno się traktować z szacunkiem, współczuciem i delikatnością” (KKK 2357-2358). Redukowanie moralności do zasad czyni chrześcijaństwo bezdusznym. Ta kwestia to sedno aktualnego kryzysu Kościoła w Polsce.

Dlaczego inni milczą?

Odnosząc się do gwałtownych zajść w Białymstoku, jałmużnik papieski kard. Konrad Krajewski z autentyczną chrześcijańską prostotą powiedział, co on zrobiłby, gdyby był biskupem w Białymstoku: „po prostu wyszedłbym na drogę i zaprosił wszystkich do katedry. Jezus robił podobnie”. Z goryczą trzeba jednak stwierdzić, że nikomu w Białymstoku ani gdzie indziej w Polsce realizacja podobnej myśli – zrodzonej z chrześcijańskiej wrażliwości – chyba nie przyszła nawet do głowy. Tymczasem zaraz po wydarzeniach w Białymstoku i słowach o „tęczowej zarazie”  biskupi zgromadzeni na Jasnej Górze wyrazili jednogłośnie solidarność z abp. Jędraszewskim i jego wizją „zderzenia cywilizacji”.

Krąży opinia, której nie potrafię zweryfikować, jakoby rzekomo nie wszyscy biskupi zgadzali się na przyjęcie takiego stanowiska. Jeśliby tak było, to tym bardziej dziwi, że nikt z nich nie wyraził publicznie swego odrębnego zdania. Czy nie zdają sobie sprawy, że ich milczenie – wbrew głosowi sumienia – przyczynia się do utraty wiarygodności Kościoła?

Szczelne ukrywanie niepokojów oraz różnic poglądów poszczególnych biskupów nie służy Kościołowi, może stawać się nawet lekkomyślnym marnowaniem charyzmatów

Zapewne kierują się oni nadal zasadą bezwarunkowej jedności stanowiska episkopatu, do jakiej biskupi zostali zmuszeni wskutek praktyk totalitarnej władzy komunistycznej. Dziś jednak zasada ta jest już anachroniczna. Wręcz przydatna byłaby publiczna – a to znaczy otwarta – debata biskupów. Pozwoliłaby ona na zerwanie z fałszywą wizją Kościoła jako „oblężonej twierdzy”, mogłaby wzmacniać ewangelizacyjny zapał oraz wyzwalać twórcze podejście do przekazywania wiary w zmiennym kontekście wyzwań współczesności.

Szczelne ukrywanie niepokojów oraz różnic poglądów poszczególnych biskupów nie służy Kościołowi, może stawać się nawet lekkomyślnym marnowaniem charyzmatów, a na pewno oddala Kościół od ideału żywej wspólnoty synodalnej. Lęk przed wielością zdań w gruncie rzeczy nie ma podstaw, wystarczy uważnie przeczytać Nowy Testament, aby przekonać się jak bardzo twórczy – w momencie kryzysu przeżywanego już przez pierwsze pokolenie uczniów Jezusa – okazał się spór pomiędzy apostołami Pawłem i Piotrem. Nikt go nie ukrywał, wręcz został on utrwalony w pismach kanonicznych jako znak rozwoju Kościoła.

Rozchodzenie się dróg

Potrzebna jest rozmowa o Kościele z ludźmi spoza Kościoła. Mają oni naprawdę wiele do powiedzenia. Obawa przed krytyką, czasami z punktu widzenia kościelnego przesadną i niezasłużoną, nie powinna blokować dialogu chrześcijan ze społeczeństwem wchodzącym coraz śmielej na drogę laicyzacji. Dialog ten nie powinien się ograniczać do kwestii modelu rozdziału Kościoła i państwa, podnoszonych konsekwentnie przez środowiska lewicowe. Mógłby on pomóc obydwu stronom nauczyć się żyć w społeczeństwie pluralistycznym, respektującym różne podmiotowości społeczne, odwołujące się do własnych systemów wartości bez ideologicznej konfrontacji.

Moralistyczna fiksacja prowadzi do zamętu i przekształca Kościół w siłę walczącą przy boku partii rządzącej jako jej ideologiczne zaplecze

Przesłanie Kościoła w Polsce jest jednak zazwyczaj adresowane do warstwy katolików „tradycyjnych”, stanowiących elektorat partii populistycznej, odwołującej się do dumy narodowej, katolickiej tradycji oraz roszczeń społecznych. Rzadko natomiast adresatem misji Kościoła są katolicy bardziej „liberalni”, poszukujący nowych dróg chrześcijańskiej obecności w społeczeństwie pluralistycznym, otwarci na dialog z niewierzącymi.

Dialog wiary i niewiary leży w Polsce niemal odłogiem. Wzrastająca liczba niewierzących sprawia, że rozchodzenie się dróg Kościoła i społeczeństwa staje się coraz bardziej radykalne, obydwie strony okopują się na swoich pozycjach i patrzą na siebie z wrogością. Błędne jest jednak założenie, że cały świat laicki jest wrogo nastawiony do wiary i Kościoła. Wielu przedstawicieli kultury laickiej wyraża szczery niepokój o przyszłość Kościoła. Kościół klerykalny i „autoreferencyjny”, czyli skupiony na obronie instytucji oraz kulturowo konfrontacyjny, nie jest w stanie prowadzić tego typu dialogu w sposób wiarygodny. Większą rolę w misji Kościoła powinni odgrywać katolicy świeccy.

Klerykalna lojalność środowiskowa

Jak wielkim problemem jest mentalność klerykalna – uświadamia skandal pedofilii. Nadzieję na przełom dają wprowadzone niedawno nowe wytyczne KEP, ale bez głębokiej przemiany mentalności duchownych pozostaną one jedynie pobożnymi życzeniami. Niezbędne jest autentyczne nawrócenie, odnoszenie się do ofiar i ich cierpień z szacunkiem i empatią oraz porzucenie klerykalnej lojalności środowiskowej i postawy defensywnej, minimalizującej zło.

Nie można lekceważyć faktu, że filmy „Kler” i „Tylko nie mów nikomu” obejrzało w Polsce kilka milionów widzów. Wskazuje to na powagę problemu – powagę tak bardzo kontrastującą z brakiem wrażliwości niektórych biskupów. Podczas prezentacji raportu dotyczącego czynów pedofilskich popełnionych przez księży relatywizujące komentarze przewodniczącego i wiceprzewodniczącego KEP wywołały szok równie wielki, jak same dane (wstępnej zresztą) kwerendy.

Wiele osób odpowiedzialnych za życie Kościoła wciąż kryzysu nie dostrzega albo widzi jego przyczyny wyłącznie na zewnątrz Kościoła

Dramatem pod tym względem jest sytuacja w archidiecezji gdańskiej. Nie można twierdzić, że jest to sprawa lokalna. Ukazuje ona ekstremalne konsekwencje klerykalizmu, obnaża słabość całego Kościoła w Polsce. Zbyt długo przymykano oczy na patologiczne zachowania obecnego metropolity gdańskiego, awansowanego kilkakrotnie z diecezji do diecezji. Ktoś musiał go przecież opiniować. Jego alkoholizm, wulgarność, a także praktyka symonii były znane w kręgach kościelnych i pozakościelnych. Zmowa milczenia, przyzwolenie na karierowiczostwo, doprowadziły do głębokiego zranienia członków Kościoła.

Przypadek gdański nie jest jednak sytuacją całkowicie mroczną. Nadzieję na odbudowę wspólnoty Kościoła bez klerykalnego piętna budzi głęboki zmysł odpowiedzialności za Kościół kilku tysięcy wiernych – w tym grupy księży – którzy potrafili podjąć interwencje i publiczne działania w tej sprawie.

*

Opisany wyżej kryzys Kościoła jest na tyle głęboki i wielopłaszczyznowy, że może stać się nie tylko kryzysem instytucji, lecz także kryzysem wiary Polaków. Wiele osób odpowiedzialnych za życie Kościoła wciąż jednak tego kryzysu nie dostrzega albo widzi jego przyczyny wyłącznie na zewnątrz Kościoła. Sęk w tym, że bez uznania, iż kryzys ma swoje źródła głównie wewnątrz wspólnoty wiary, nie zdołamy wypracować nań właściwej odpowiedzi. Naprawdę potrzeba poważnej rozmowy w Kościele.