Książka Olgi Wiechnik przypomina, że nie było żadnej symetrii między możliwościami działania, które świat oferował mężczyznom i kobietom.

Czytam i czuję, że zgrzytam. Zębami. Bynajmniej nie dlatego, że jest to rzecz źle napisana. Olga Wiechnik, autorka książki „Posełki. Osiem pierwszych kobiet”, świetnie panuje nad warsztatem, jej język jest jędrny i potoczysty, przykuwa uwagę i sprawnie prowadzi czytelnika przez kolejne biografie ośmiu kobiet, które jako pierwsze w historii zasiadły w polskim parlamencie.

A bez dwóch zdań są to biografie fascynujące! Mamy tu pozytywistyczną pracę u podstaw, walkę z analfabetyzmem i alkoholizmem, wielkie eksperymenty społeczne, ale są też ryzykowne pościgi, szpieg w spódnicy i ciągłe przepychanki z zaborcą. Bo chcąc działać dla dobra nieistniejącej jeszcze na mapie Polski, trzeba było bawić się w ciuciubabkę z narzuconą władzą. I była to oczywiście bardzo niebezpieczna zabawa. Dlatego nowo wybrane posełki choć nie mają wykształcenia (bo nie mogły takowego wówczas mieć), to nie brakuje im doświadczenia, odwagi i zapału. Ich pierwsze sejmowe przemowy są kapitalne i poruszające nawet dziś, a lista zadań, których podjęły się – z sukcesem! – wkrótce po odzyskaniu niepodległości, jest imponująca.

Kobieta musiała działać pomimo uprzedzeń, podejrzeń, lekceważenia. Co jeszcze trudniejsze, jej praca nawet przez najbliższych była traktowana jako dodatek do codziennych zobowiązań domowych

Czytam tę książkę po nocach z wypiekami na twarzy i jeśli zgrzytam zębami, to raczej ze złości na reguły gry, którą narzucono bohaterkom. Nie czarujmy się: nie było żadnej symetrii między możliwościami działania, które świat oferował mężczyznom i kobietom. I nie chodzi mi jedynie o powszechne wówczas opinie, że praca umysłowa kobietom szkodzi, wysychają od niej piersi, a dzieci rodzą się chuderlawe i słabowite (co tłumaczy, dlaczego uczelnie wyższe tak długo były dla kobiet niedostępne). To oczywiste, że kobieta musiała działać zawsze pomimo. Pomimo uprzedzeń, podejrzeń, lekceważenia. Jednak chyba jeszcze trudniejsze stawało się to, że jej praca nawet przez najbliższych była traktowana jako dodatek do codziennych zobowiązań domowych. Kobieta była wiecznie w rozkroku między publicznym a prywatnym, służbą rodzinie a służbą społeczeństwu.

Zofia Moraczewska, której biografia spaja wszystkie rozdziały tej książki, podsumowała to celnie a lapidarnie:

„Na kawałku kartki notuje listę zakupów:

trzy pary kalesonów
dwie pary mankietów
trzy kołnierzyki
trzy pary skarpetek

A na odwrocie zapisuje najważniejsze sprawy do załatwienia:

równa płaca za równą pracę
dopuszczenie kobiet do stanowisk
rewizja prawa cywilnego
ochrona macierzyństwa”.

Co prawda Moraczewska używa tu bezpiecznej 3 os. l.p., ale jej historia aż nadto wyraźnie pokazuje, że to notatka autobiograficzna. Jej mąż, Jędrzej Moraczewski (ukochany Jędruszek, jak go czule nazywała) był do szpiku kości socjalistą i aktywistą, ze szczerym oddaniem walczył o lepszy byt dla polskich rodzin, swojej żonie pozostawiając troskę o codzienny byt ich własnej rodziny. On wiecznie był pochłonięty pracą dla Sprawy, więc ona musiała dbać o to, żeby ich dzieci miały co jeść.

Posełki

Olga Wiechnik „Posełki. Osiem pierwszych kobiet”, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2019

Jej dzień pracy zaczynał się przed szóstą, Jędrzej wstawał o ósmej, jadł śniadanie i wychodził do pracy. Biedowali, więc ona sama uprawiała ogród, gotowała posiłki, oporządzała zwierzęta, sprzątała, prała, paliła w piecach, cerowała, szyła, szykowała posiłki dla 10 osób, aż przed północą wykończona leciała z nóg.

Najgorzej było w święta. Zofia pisała do siostry: „Miałyśmy tak ciężką orkę, że upadałyśmy ze zmęczenia. Nie miałam już energii do pieczenia. Ale trzeba się było przymusić dla zadowolenia życzeń Jędrucha i dzieci”. Piekła zatem do czwartej rano te serniki i makowce. „Mięsiłam i tarłam aż do skurczów w rękach. Byłam rada, bo Jędrzej sobie wypoczął, wyleżał, wyspał i bardzo był kontent i wesół, więc wszystko inne – głupstwo!”.

Zatem ona czas na rozwój intelektualny czy aktywność społeczną musiała wykradać między codziennymi obowiązkami właściwymi dla większości kobiet tamtych czasów. Musiała stale dokonywać wyborów, wymagać od siebie coraz więcej, rozciągać dobę coraz bardziej. I choć Zofia walczyła w sejmie o równouprawnienie i zniesienie absurdalnych przepisów uzależniających kobiety od mężów (w 1919 r. żona musiała uzyskać od męża zgodę na podjęcie pracy zawodowej, przyjęcie spadku czy sprzedaż własnego mienia!), sama była wymownym przykładem na to, że do prawdziwej równości, która realizuje się zarówno na mównicy sejmowej, jak i przy zlewozmywaku, było jeszcze naprawdę daleko.