Od „godziny Jezusa” nie ma już „złych godzin”. Przegrana szatana jest ostateczna.

Wszyscy znamy ten wiersz Wisławy Szymborskiej „Nic dwa razy”, wyśpiewany także przez Łucję Prus i spopularyzowany przez nieodżałowaną Korę i Maanam. Przypomnijmy sobie trzy pierwsze zwrotki:

Nic dwa razy się nie zda­rza
i nie zda­rzy. Z tej przy­czy­ny
zro­dzi­li­śmy się bez wpra­wy
i po­mrze­my bez ru­ty­ny.

Choć­by­śmy ucznia­mi byli
naj­tęp­szy­mi w szko­le świa­ta,
nie bę­dzie­my re­pe­to­wać
żad­nej zimy ani lata.

Żaden dzień się nie po­wtó­rzy,
nie ma dwóch po­dob­nych nocy,
dwóch tych sa­mych po­ca­łun­ków,
dwóch jed­na­kich spoj­rzeń w oczy.

To dobry wiersz na koniec starego i początek nowego roku. Dobrze sobie dzisiaj przypomnieć nie tylko o przemijalności tego świata, ale także o jednorazowości naszego pobytu na tym świecie. Ta świadomość nadaje naszemu życiu wymiar dramatu, ostateczności, nieodwracalności. Co się stało, to się nie odstanie. Minęły i się nie powtórzą zarówno dobre godziny, jak i te złe.

Zła godzina?

Szymborska dodaje z niejakim wyrzutem:

Cze­mu ty się, zła go­dzi­no,
z nie­po­trzeb­nym mie­szasz lę­kiem?
Je­steś – a więc mu­sisz mi­nąć.
Mi­niesz – a więc to jest pięk­ne.

Czym właściwie jest ta „zła godzina”? Według ludowych wierzeń, przekleństwo wypowiedziane w „złą godzinę” miało moc sprawczą. Oskar Kolberg pisał: „Do spełnienia wygłaszanych przez ludzi przekleństw służą jedynie minuty; bo gdyby trwało to dłużej, to niktby chyba żywym już na świecie nie pozostał. […] Najstraszniejsze bowiem przekleństwa zwykły się w owych chwilach wypełniać co do słowa”. Jak zauważa Anna Engelking w książce „Klątwa. Rzecz o ludowej magii słowa” (za którą cytuję Kolberga), „przekonanie o jej istnieniu (jak również o istnieniu «dobrej godziny», gwarantującej spełnienie się wypowiedzianych podczas niej dobrych życzeń) jest na wsi powszechne” (s. 154). To przekonanie pochodzące z kultury ludowej – choć już zapewne nie tak powszechne jak kiedyś – przedostało się także do ogółu polskiego społeczeństwa, czego świadectwem jest wiersz Noblistki (czy wszyscy nie jesteśmy ze wsi?).

Są chwile, które sprawiają nam ból i cierpienie, gdy zło zdaje się zwyciężać. Ale to tylko pozór. Nie ma już takich „złych godzin”, w których moglibyśmy przyczynić się do zwycięstwa szatana i odwrócić losy świata

Skąd wzięła się koncepcja „złej godziny”? Engelking wyjaśnia: „Być może fenomen złej i dobrej godziny – «takiej chwili», chwili szczególnej – można zinterpretować jako moment przesilenia, niezbędnego do przeprowadzenia wymaganej przez okoliczności zmiany. Słowa, które padają w «takiej chwili», niejako przeważają szalę na stronę dobra lub zła […]”. Te szczególne chwile to momenty zmagania się między dobrem a złem, Bogiem a szatanem.

Czy da się to pierwotne myślenie obronić w perspektywie chrześcijańskiej? Na to pytanie tak odpowiada ks. Grzegorz Strzelczyk w rozmowie z Dawidem Gospodarkiem: „Przekleństwo nie działa. Nie ma negatywnego Boga. Sięganie po czary to ciężki grzech (odwrócenie się od Boga), przeklinanie bliźniego to ciężki grzech (wola zaszkodzenia). Ale to jest groźne dla przeklinających i czarujących – groźbą ostateczną”. Strzelczyk wskazuje, że problemem jest „dualistyczna wizja rzeczywistości. Traktowanie szatana jak drugiego boga, negatywnego. Co stoi za przekonaniem, że przekleństwo albo czary działają? Żeby modlitwa albo błogosławieństwo zadziałały, prosimy Boga o pożądany skutek. Jeżeli wierzymy, że działa przekleństwo, to na jakim mechanizmie? Że nasz dobry Bóg sprawia skutek, kiedy przeklinam? Wątpię. Że skutek sprawia szatan? Wtedy on jawi się jako skuteczniejszy od Boga. […] Mamy tu myślenie w kategoriach dualistycznych, w których szatan zostaje zrównany z Bogiem. Krążą nawet takie memy, że Jezus się siłuje z szatanem – to jest dualizm w wersji pełzającej. Nie ma żadnej równości między szatanem a Bogiem”.

Koncepcja „złej godziny” bierze się z takiej właśnie manichejskiej, dualistycznej wizji rzeczywistości, w której Bóg walczy w zapasach z szatanem, a człowiek – swoim dobrym bądź złym słowem, błogosławieństwem bądź przekleństwem – włącza się w tę walkę i przechyla szalę zwycięstwa to w jedną, to w drugą stronę.

Niepotrzebny lęk

Dzisiejsza liturgia słowa wprowadza kontekst czasu. W Liście do Galatów św. Paweł mówi, że Syn Boży narodził się z niewiasty, „gdy nadeszła pełnia czasu” (Ga 4,4). Papież Franciszek w homilii wygłoszonej 1 stycznia 2016 r. tak interpretował pojęcie „pełni czasu”: „W chwili, kiedy Bóg postanawia, że nadszedł czas na spełnienie swojej obietnicy, wówczas dla ludzkości dokonuje się pełnia czasu. Dlatego to nie historia decyduje o narodzinach Chrystusa; to raczej Jego przyjście na świat pozwala historii osiągnąć swoją pełnię. […] Zatem pełnia czasu to osobista obecność Boga w naszej historii. Teraz możemy zobaczyć Jego chwałę, która jaśnieje w ubóstwie stajenki i możemy być zachęcani i wspierani przez Jego Słowo, które stało się «malutkie» w dziecku. Dzięki Niemu nasz czas może odnaleźć swoją pełnię”.

Czy w „pełni czasu” – która się stała i już nie odstanie – możliwe są jeszcze „złe godziny”?

Sam Jezus w Ewangelii św. Jana będzie niejednokrotnie odwoływał się do kategorii godziny, a dokładnie do „mojej godziny”. Pamiętamy, jak Jezus mówił do Maryi w Kanie Galilejskiej, że jeszcze nie nadeszła Jego godzina (J 2,4). Ale ta godzina nadejdzie. Po wjeździe do Jerozolimy Jezus uroczyście zapowie: „Nadeszła godzina, aby został otoczony chwałą Syn Człowieczy” (J 12,23). Godzina uwielbienia Syna Człowieczego to czas wywyższenia, które dokona się przez krzyż. To czas szczególny, bo właśnie wtedy następuje doskonałe uwielbienie Ojca przez Syna, a przez to zbawienie człowieka. Dzieło ziemskie Jezusa dobiega końca, zostało wypełnione, co potwierdzi sam Jezus z wysokości krzyża, wypowiadając ostatnie słowo – „Wykonało się” (J 19,30). W „godzinie Jezusa” ostatecznie wypełnia się czas.

Krzyż i Zmartwychwstanie są decydującą bitwą i wojną już wygraną

Ale czy godzina krzyża to nie była czasami „zła godzina”? W kategoriach ludzkiego oglądu można by tak powiedzieć. Widząc cierpiącego i umierającego na krzyżu Jezusa, postronny widz mógłby zobaczyć w tym Jego klęskę i zwycięstwo zła. To doświadczenie jest bliskie także nam. Papież pytał przed kilkoma laty w swej noworocznej homilii: „Każdego dnia, pragnąc być wspieranymi znakami obecności Boga, musimy napotykać znaki przeciwne, negatywne, które sprawiają, że odczuwamy Go raczej jako nieobecnego. Pełnia czasu wydaje się rozpadać w obliczu wielu form niesprawiedliwości i przemocy, które codziennie ranią ludzkość. Czasami stawiamy sobie pytanie: jak to możliwe, że nadal trwa gnębienie człowieka przez człowieka, że ​​arogancja silniejszego nadal upokarza najsłabszego, spychając go na najnędzniejszy margines naszego świata? Jak długo jeszcze ludzka niegodziwość siać będzie na ziemi przemoc i nienawiść, powodując niewinne ofiary? Jakże może być czasem pełni ów czas, który stawia nam przed oczyma rzesze mężczyzn, kobiet i dzieci uciekających przed wojną, głodem, prześladowaniem, gotowych ryzykować życie, aby były respektowane ich podstawowe prawa? Rzeka nędzy, żywiącej się grzechem, zdaje się zaprzeczać pełni czasu dokonanej przez Chrystusa”.

To w tym momencie poucza nas wiara, że w „tamtej godzinie”, kiedy Pan „skłonił głowę”, szala tej niebiańskiej wagi, jaką była belka zwycięskiego krzyża, przechyliła się ostatecznie na stronę Jezusa. I że nic jej nie zdoła przechylić w przeciwną stronę. To w tym momencie poucza nas wiara, że „Wielkanoc jest niczym decydująca bitwa jakiejś wojny, która się jeszcze nie skończyła. Pomimo tego, iż w historii tak często i nadal panuje nieprzyjaźń i nie wszyscy uznali jej ostateczny zasięg, to jednak już teraz historia oznacza zwycięstwo. Krzyż i Zmartwychwstanie są decydującą bitwą i wojną już wygraną. Zmartwychwstanie Jezusa jest ukoronowaniem historii. […] Dlatego też nadzieja pokładana w przyszłości staje się jeszcze bardziej intensywna, ponieważ opiera się na przekonaniu, że decydujące, nowe i początkowe zwycięstwo powszechnego zbawienia zostało już odniesione” („Jezus Chrystus, jedyny Zbawiciel świata, wczoraj, dziś i na wieki”, 1997, s. 30-31).

Od „godziny Jezusa” nie ma już „złych godzin”. Owszem, są takie, które sprawiają nam ból i cierpienie, gdy zło zdaje się zwyciężać. Ale to tylko pozór. Nie ma już bowiem takich „złych godzin”, w których moglibyśmy się przyczynić do zwycięstwa szatana i odwrócić losy świata. I to z jednego powodu – jego przegrana jest ostateczna. A my – jak przypomina św. Paweł – nie jesteśmy już jego niewolnikami, ale dziećmi Boga i Jego dziedzicami. Dlatego wzorem Maryi zachowujemy wszystkie te sprawy i rozważamy je w swoim sercu (por. Łk 2, 19). A Pan rozpromienia nad nami swoje oblicze (por. Lb 6, 25). Słusznie więc pisze poetka o „niepotrzebnym lęku”. I to nie dlatego, że „zła godzina” dopiero minie, ale dlatego że już minęła, „a więc to jest piękne”.