Polski Kościół robi wiele, by zmiotły go własne zaniedbania.

Jak określić rok 2019 w Kościele w Polsce? Gdybym miał szukać jakiegoś historycznego obrazu, powiedziałbym, że najlepszą analogią jest rok 1939 dla Polski. A dokładniej czas sprzed 1 września.

Skąd takie porównanie? Odpowiedź jest prosta: otóż, był to ostatni rok „świętego spokoju”, pokrzykiwania o tym, że nie oddamy nawet guzika od munduru i płonnych nadziei, że poradzimy sobie bez potrzeby zmian. Wtedy Polskę zmiotły dwa złowrogie totalitaryzmy, teraz polski Kościół – powtarzając wszystkie błędy sanacji – robi wiele, by zmiotły go własne zaniedbania. A siły antyklerykalne w Polsce, wciąż jeszcze osłabione, mogą tylko zacierać ręce.

Najlepszym tego dowodem jest fakt, że Kościół jako całość nie jest w stanie poradzić sobie ze skandalami seksualnymi, a polityka komunikacyjna i każda inna leży i kwiczy, i to w stopniu o wiele większym, niż w latach 90. XX wieku. Owszem, są cenne inicjatywy, takie jak Fundacja św. Józefa, ale wszystkie one zostają niweczone – i to często po kilku dniach od ich rozpoczęcia – przez wypowiedzi czy decyzje poszczególnych biskupów (czasem tych samych, którzy firmowali owe inicjatywy). Tak było po świetnym oświadczeniu po filmie braci Sekielskich, którego znaczenie zostało przekreślone przez nieszczęsną konferencję prasową arcybiskupów Gądeckiego i Jędraszewskiego, którzy przesłonili swoimi wypowiedziami przekaz ostrożniej i roztropniej wypowiadającego się prymasa Polski arcybiskupa Wojciecha Polaka.

Jedynym długofalowym pomysłem Kościoła w Polsce na ratowanie jego dobrego imienia i autorytetu jest oskarżanie o wszystko liberalnych mediów i antyklerykałów

Jeszcze gorzej załatwiono sprawę z pogrzebem arcybiskupa Juliusza Paetza. Najpierw tak sformułowano komunikat, żeby nie było wiadomo, o co chodzi, potem unikano konkretnej odpowiedzi na pytanie, gdzie arcybiskup będzie pochowany, potem pochowano go na cmentarzu, potem przeproszono za to, że nie wyjaśniono sprawy, a na koniec nałożono nakaz milczenia na trzech księży, którzy protestowali przeciwko pochówkowi i przy okazji – ustami rzecznika (nagrodzonego później kościelnym tytułem) – obrażono dziennikarzy. I tak, choć wydawało się, że sprawa może być załatwiona, to pokazano, że wszystkie poprzednie decyzje nie miały nic wspólnego ze skruchą, ani nawet z przemyślaną strategią komunikacyjną, a były tylko reakcją na skandal.

Wszystko to razem pozwala postawić tezę, że Kościół w Polsce nie ma pomysłu na przyszły rok, nie potrafi reagować (a i to dorywczo i bez pomysłu) na skandale, a jedynym długofalowym pomysłem na ratowanie dobrego imienia i autorytetu jest oskarżanie o wszystko liberalnych mediów i antyklerykałów. W sytuacji, gdy młode pokolenie odpływa z Kościoła błyskawicznie, a starsze dzieli się na jego ślepych zwolenników i równie ślepych przeciwników, strategia ta nie wróży niczego dobrego. Nie jest także wyjściem utwardzanie – przy pomocy ostrych słów – przekonanych, które proponuje arcybiskup Marek Jędraszewski, bo w ten sposób traci się ostrożniejszych, których przesadny język (nawet jeśli sam przekaz jest słuszny) zwyczajnie zniechęca.

Nic nie wskazuje na to, by w przyszłym roku coś miało zmienić się na lepsze. A oczekiwany raport na temat Theodore’a McCarricka, a także prawdopodobne śledztwa medialne w sprawie arcybiskupa Juliusza Paetza, o nowym filmie braci Sekielskich nie wspominając, postawią kolejne bardzo trudne pytania przed polskim Kościołem i jego kluczowymi (nawet jeśli na emeryturze) hierarchami. Niewiele wskazuje na to, by ktoś miał pomysł, jak sobie z tym poradzić. To zaś oznacza, że Kościół znajduje się na stoku i nic nie wskazuje na to, by wiedział, co zrobić, by zatrzymać kulę śnieżną laicyzacji, która jest coraz bardziej rozpędzona.

KAI