Potrzeba nam, chrześcijanom, spotkać się z wyznawcami różnych religii oraz niewierzącymi i wspólnie zapytać: co dalej z tym światem? – mówi ojciec Wiesław Dawidowski.

Damian Jankowski: Kolejny rok ogromnego kryzysu Kościoła – związanego przede wszystkim z seksualnymi przestępstwami duchownych oraz wewnątrzkościelnym mobbingiem – kalendarzowo dobiega końca. W maju pisał Ojciec na łamach „Więzi”, że to nie jest czas, aby odchodzić z Kościoła. A jednak – jak zauważa choćby ks. Tomáš Halík – wiele osób opuszcza Kościół nie dlatego, że opuszcza Chrystusa, lecz dlatego, że Go w Kościele nie znajduje. Co w tej sytuacji można zrobić?

Wiesław Dawidowski OSA: Niedawno pewien nigeryjski ksiądz zapytał mnie, czy Polska potrzebuje katechizacji czy ewangelizacji? Odpowiedziałem, że ani tego, ani tego. Kościół w Polsce potrzebuje radykalnej zmiany mentalności samych duchownych. Od ich nawrócenia będzie zależała przyszłość katolicyzmu w naszym kraju. Nie wystarczą zmiany strukturalno-prawne albo wymiana generacyjna.

W Kościele potrzebujemy ponadto nowego języka, którym będziemy mogli współczesnemu światu opowiedzieć o pierwszym i najważniejszym doświadczeniu chrześcijaństwa – osobistym spotkaniu z Jezusem.

Zgoda, dodam tylko, że o „osobistym spotkaniu z Jezusem” usłyszałem ostatnio od ulicznych protestanckich ewangelizatorów. Ich słowa szybko okazały się dla mnie zbyt infantylne.

– Dlatego do tego, co przed chwilą powiedziałem, muszę dopowiedzieć istotną uwagę – gdy mówię o spotkaniu z Chrystusem, nie mam na myśli emocji. One są ważne w doświadczeniu religijnym, ale nurt chrześcijaństwa sprowadzający wiarę do „odczuwania” uważam za niebezpieczny, wyzbywający nas wrażliwości na filozofię, na sztukę, na głęboką teologię. Przeciwnie – chodziłoby mi o odkrywanie „miejsc teologicznych” w świecie – locus theologicus, czyli szukanie Boga w różnych, czasem nieoczywistych, obszarach życia.

Wierzę, że Chrystusa możemy oczywiście spotkać w przestrzeni sakramentalnej. Dzieje się jednak coś niedobrego, gdy sakramenty – zamiast ozdrowieńczo wpływać na naszą postawę wobec bliźnich – stają się jedynie pustym rytuałem. Albo gdy Msza święta jest okazją do politycznego wiecowania i dziękczynienia politykom za ich wątpliwe zresztą wspieranie religii.

Olga Tokarczuk w swojej mowie noblowskiej diagnozuje, że „nasza duchowość zanika albo staje się powierzchowna i rytualna”. Jej zdaniem dziś to literatura ma moc, by „uruchomić w umyśle czytelnika zmysł całości, zdolność scalania fragmentów w jeden wzór”. Czy rzeczywiście religia utraciła tę siłę?

– Obawiam się, że tak. Jezus mówi do uczniów w Ewangelii św. Łukasza: „Nie bój się, mała trzódko, gdyż spodobało się Ojcu waszemu dać wam królestwo” (12, 32). Na podstawie tych słów Joseph Ratzinger prorokował, że chrześcijaństwo przyszłości będzie religią małych wspólnot, a wielkie katedry staną się dla mieszkańców Zachodu muzeami. Proces ten widać gołym okiem, także w Polsce.

Dlaczego tak się dzieje? Niestety, prym przez całe wieki wiodła wykoślawiona interpretacja innej obietnicy Chrystusa o tym, że gdy zostanie nad ziemię wywyższony, przyciągnie wszystkich do siebie (por. J 12, 32). Ojcowie Kościoła wyciągnęli z tych słów wniosek, że świat będzie idealny wtedy, gdy wszyscy staną się chrześcijanami. Tego typu myślenie znalazło swoją kulminację w edykcie mediolańskim, który uczynił z chrześcijaństwa religię państwową. Przez ostatnie siedemnaście wieków przyzwyczailiśmy się – w Polsce szczególnie – do tego, że władza świecka jest rusztowaniem, za pomocą którego Kościół buduje swoją siłę i „przyciąga wszystkich do siebie”. Wierzono, że chrześcijaństwo, a bardziej jeszcze katolicyzm, będzie lepiszczem, które sklei społeczeństwo. To oczywiście iluzja, która dziś już nikogo rozsądnego do siebie nie przekona, co więcej – kojarzy się z myśleniem totalitarnym, staje się ciężarem dla głoszenia Dobrej Nowiny.

W Kościele wciąż jeszcze zdarza nam się demonizować tych, którzy nie przynależą do naszej wspólnoty. Zapominamy wtedy, że nie jesteśmy w stanie powiedzieć, co kryje się w ludzkim sercu i umyśle

Potrzeba nam, chrześcijanom, znaleźć dziś formułę, pozwalającą spotkać się z innymi ludźmi – wyznawcami różnych religii oraz niewierzącymi – i wspólnie zapytać (często z bezradnością): co dalej z tym światem, skoro stać nas jako ludzkość nawet na zabicie samej siebie?

„Coś jest ze światem nie tak” – mówi Tokarczuk.

– Martin Heidegger uważał – a w tym punkcie się z nim zgadzam – że po doświadczeniach wieku XX tylko „jakiś Bóg” może nas zbawić. Po zbrodniach faszyzmu i komunizmu wciąż wracamy do podstawowego pytania: gdzie jest Bóg?

A gdzie był? Okropności minionego wieku zakwestionowały przecież klasyczną teodyceę i naiwną wiarę w to, że czuwa nad nami Opatrzność.

– Wydaje mi się, że po siedemdziesięciu latach refleksji nauczyliśmy się dawać odpowiedź: Bóg był w ludziach, którzy ginęli w komorach gazowych Auschwitz i innych obozów koncentracyjnych, cierpiał i umierał w wywiezionych w nieludzkie warunki Syberii. Przyznaję jednak, że ta odpowiedź wciąż jeszcze odpowiednio nie wybrzmiewa.

Dlaczego?

– Chyba dlatego, że zamiast z zadumą opowiadać dramatyczne losy świata, wolimy za wszelką cenę dogmatyzować i upraszczać. W efekcie na przykład licytujemy się na liczbę ofiar w Auschwitz i kto ma lub nie ma prawa do celebracji pamięci w tym miejscu.

Znowu sięgnijmy po pomoc do literatury. Tokarczuk zwraca uwagę w mowie noblowskiej, że literatura zaczyna się od pytania „dlaczego?”, nawet jeśli mielibyśmy na nie bez przerwy odpowiadać: „nie wiem”. Podobnie przed laty mówiła, odbierając Nobla, Wisława Szymborska: „Wysoko sobie cenię dwa małe słowa: «nie wiem»”. Może właśnie proste zadziwienie światem mogłoby być kluczem dla współczesnego przekazu chrześcijaństwa?

– Dokładnie tak. Nieprzypadkowo użyłem słowa „dogmatyzować”. Nauczyłem się bowiem wielkiej podejrzliwości w stosunku do dogmatycznego chrześcijaństwa, które chce na wszystko znaleźć szybką odpowiedź, które pragnie uprawiać tanią apologetykę. Co ciekawe, sama dogmatyka nie polega na zamykaniu opowieści o Chrystusie w jednym zdaniu – dogmat jest zamknięciem pewnego etapu namysłu i otwarciem na dalszy rozwój.

Będąc wykładowcą dogmatyki i teologii fundamentalnej, mam świadomość, że formuła autorytatywnych wypowiedzi urzędu nauczycielskiego Kościoła dziś właściwie się wyczerpała. Czy jest możliwe przejście w stronę teologii narracyjnej, która zamiast szukania formuł, definicji i scholastycznych rozwiązań dogmatycznych będzie zajmowała się znaczeniem słów i tym, by one trafiały do współczesnego odbiorcy? Chciałbym, ale mam świadomość niewystarczalności także i tej formuły. Wiem, że taka teologia nie da od razu ludziom jednoznacznych odpowiedzi, a na to wielu chrześcijan nie jest po prostu przygotowanych.

A może brakuje nam we współczesnym chrześcijaństwie zwyczajnej tęsknoty? Noblistka przytacza piękne słowa swojej Mamy: „Jeżeli się do kogoś tęskni, to on już jest”. Od razu przypominał mi się tytuł jednej z książek Halíka: „Chcę, abyś był”.

– Św. Augustyn mówił, że nienarodzone dzieci już są kochane przez rodziców. Tęsknota to dobry trop. Tokarczuk w swojej wielkiej mowie nieśmiało mówi o „czwartoosobowym” narratorze, który „widzi więcej i szerzej, który jest w stanie zignorować czas”. Jako teologa interesuje mnie pytanie: kim on jest?

To Bóg?

– Tak, dla mnie to wyraz tęsknoty za Bogiem, za Kimś tworzącym naszą tożsamość. Przychodzi mi do głowy żydowski przykład. Niewierzący Żyd zjawia się w synagodze w Yom Kippur, a wtedy drugi, wierzący, pyta go: „Po co Ty tu przychodzisz?”. Tamten odpowiada: „Nie wierzę, ale jestem Żydem, więc mam siedzieć w synagodze i pościć”.

Rytuał.

– Coś znacznie więcej – tożsamość. Przekładając to na polskie warunki: istnieje u nas coś takiego jak kulturowe chrześcijaństwo. Jest się w kościele raz do roku, na pasterce lub ze święconką.

Często księża na to pomstują…

– Niesłusznie. Kto z nas wie, co motywuje takiego człowieka? Może on właśnie wtedy określa swoją tożsamość? A może to jest moment, kiedy Ten, który wydaje się poza zasięgiem, nagle się pojawi? Co więcej, może to jest ta wyjątkowa szansa duszpasterska, żeby tego człowieka z Kościoła nie wyrzucić, ale do Chrystusa przekonać?

Odprawiając mszę, staram się nie patrzeć na osoby obecne w kościele jak na masę, ale widzieć pojedynczego człowieka. I za każdym razem, gdy ktoś wychodzi z kościoła w trakcie mojego kazania, naprawdę zastanawiam się, czy przypadkiem go czymś nie uraziłem. Każdy jest przecież ważny.

Mówi Ojciec o wyrozumiałości dla kulturowych chrześcijan. Warto, jak myślę, pójść dalej. Kilka lat temu w tekście „Znaleźć Boga tam, gdzie się o nim milczy” pisał Ojciec: „Dla osoby wierzącej wymarzonym partnerem do dyskursu o Bogu jest nie kto inny, jak właśnie ateista”.

– Sprawa podstawowa (choć może brzmi to dość banalnie): liczy się każdy człowiek, bo każdy jest dzieckiem Boga, bez względu na swój światopogląd.

Co do ateizmu – prowokuje on do pytania o Boga, wręcz do szukania Go. „Sławią Cię ci, którzy Ciebie szukają” – zapisuje Augustyn w swoich „Wyznaniach”. Oczywiście na przykład Marek Edelman obruszyłby się pewnie i powiedział: ale ja już niczego nie szukam, Boga nie ma, liczy się świat, tu i teraz, materia, człowiek jest pożywieniem dla robaków i tyle. A jednak przez swoje zaangażowanie w ratowanie bliźnich pokazał on, że – nawet jeśli Boga nie ma – liczy się miłość.

Chciałbym być dobrze zrozumiany – dla mnie największą radością kapłańskiego życia jest towarzyszenie dorosłym, którzy proszą mnie o chrzest. Jestem duszpasterzem obcokrajowców, więc nie są to znowu sytuacje tak rzadkie. Cieszę się z tego, choć – zaznaczam – nie jest moim celem w rozmowie z ateistą, by „złapać go za rękę”, przyprowadzić do kościoła i ochrzcić.

Jako teologa interesuje mnie pytanie: kim On jest?

W Kościele wciąż jeszcze zdarza nam się demonizować tych, którzy nie przynależą do naszej wspólnoty. Zapominamy wtedy, że nie jesteśmy w stanie powiedzieć, co kryje się w ludzkim sercu i umyśle, nie mamy tam przecież możliwości wglądu. Człowiek może co prawda określać się przez deklaracje, ale nawet one nie mówią o nim pełnej prawdy.

U nas, augustianów, jest takie powiedzenie, że kandydat jeszcze nie jest nowicjuszem, że nowicjusz nie jest profesem, profes nie jest profesem wieczystym, a o tym, czy ktoś był prawdziwym zakonnikiem, dowiadujemy się dopiero wtedy, gdy znajdujemy jego imię i nazwisko w księdze zmarłych – wówczas wiemy, że na pewno spędził z nami całe życie. Można w ten sposób popatrzeć na otaczający nas świat. Nie nam oceniać to, czy ktoś jest chrześcijaninem czy nim nie jest. W konstytucji „Lumen gentium” Soboru Watykańskiego II znajdziemy wielkie ostrzeżenie: „Nie dostępuje zbawienia, choćby był wcielony do Kościoła, ten, kto nie trwając w miłości, pozostaje wprawdzie w łonie Kościoła «ciałem», ale nie «sercem»”. Warto, by zwłaszcza zdeklarowani katolicy pomyśleli nad tym zdaniem.

A czego jako chrześcijanie potrzebujemy dziś w dialogu ze światem?

– Estetyki, wrażliwości na piękno (znajduję ją choćby w prozie naszej Noblistki), uważności. I z tym – przyznajmy – mamy wciąż ogólnoludzki problem. Już Augustyn powtarzał, że ludzie dużo podróżują, podziwiają góry i morza, ale sami do siebie nie podróżują i siebie nie podziwiają. Jak bardzo aktualnie to brzmi! Ciągle jesteśmy w samolotach, potrafimy wydać nieprawdopodobne pieniądze na wakacje w dalekich krajach. A przy tym żyjemy w gonitwie, bezrefleksyjnie, nie pytamy siebie o to, kim jesteśmy, jaki jest sens tego wszystkiego.

Nie pytamy, bo odpowiedź mogłaby nas przerazić. Może się okazać, że te podróże nic nie będą znaczyć, a my – jak pisał Jarosław Iwaszkiewicz – „będziemy we wszechświecie / jak te dwie martwe muchy”.

– Sprzeciw wobec słów poety byłby czymś naturalnym, bowiem naszym najbardziej podstawowym pragnieniem pozostaje życie, nie-przemijanie. Zawsze będziemy się buntowali przeciwko skróceniu egzystencji i sprowadzeniu jej do niebytu. Warto sobie też uświadomić, że albo jesteśmy (niedoskonałymi, ale jednak) dziećmi Boga, albo inteligentnymi zwierzętami. Opowiadam się za pierwszą opcją.

Chciałbym jeszcze wrócić do mowy noblowskiej Olgi Tokarczuk. Pisarka dużo mówi w niej o czułości. Określa ją jako „najskromniejszą odmianę miłości”. Kiedy słuchałem jej wykładu, uderzyło mnie, że noblistka praktycznie nie użyła w nim słowa „miłość”…

No właśnie – jak Ojciec myśli – dlaczego?

– Może dlatego, że dziś to słowo jest wyświechtane, infantylne, nadużywane w niemal każdej piosence. Zamiast niego pojawia się czułość, która jest „współdzieleniem losu (…), głębokim przejęciem się drugim bytem, jego kruchością, niepowtarzalnością, jego nieodpornością na cierpienie i działanie czasu”.

Rozmawiamy kilka dni przed Wigilią. Może Boże Narodzenie to święta czułości?

– Być może, ale przestrzegałbym przed sprowadzaniem tego czasu do ckliwej wizji: słodkiego Jezuska, Maryi, w nabożny sposób trzymającej Dzieciątko i starego Józefa, łapiącego się za głowę na widok pastuszków. Boże Narodzenie wyraźnie pokazuje nam sytuację ludzi zmarginalizowanych, odrzuconych, przegranych, którzy nie doświadczyli czułości od innych, a mimo to pozostają czuli dla siebie, dla dziecka. Widzimy w nich los migrantów przymuszonych, by uciekać przed zagrożeniem, los niechcianych dzieci.

Formuła autorytatywnych wypowiedzi urzędu nauczycielskiego Kościoła dziś właściwie się wyczerpała

Poza wszystkim jednak narodzenie Jezusa to opowieść o tym, że miłość jest możliwa, nawet gdy dookoła dzieje się piekło. To radosna nowina o tym, że wielkość, bóstwo, transcendencja mogą się zmieszać z ziemią. W tym sensie święta przypominają nam, że Bóg o nas pamięta.

W niedawnym liście apostolskim o znaczeniu żłóbka papież Franciszek zwraca uwagę, że Boże Narodzenie dokonało się „w ciszy nocy”, zaś bliskość Boga „niesie światło tam, gdzie jest mrok i oświeca tych, którzy przechodzą przez ciemności cierpienia”.

– O tak, mówienie o Bogu musi zawierać w sobie realizm życia. Proszę zwrócić uwagę jak ikonografia Wschodu przedstawia Boże Narodzenie. Chrystus jest tam pokazany jako owinięty w pieluszkę, która zarazem staje się całunem. Wschodnia teologia słusznie wiąże soteriologię (naukę o zbawieniu) i tajemnicę wcielenia w jedno wydarzenie. Pięknie zresztą mówią o tym niektóre nasze kolędy. Dziecię „w żłobie nie ma tronu i berła nie dzierży, a proroctwo Jego zgonu już się w świecie szerzy”.

Tak sobie myślę – może cały obecny kryzys Kościoła, od którego zaczęliśmy rozmowę, wynika stąd, że kiedyś kapłani byli potrzebni do tego, żeby wyjaśnić ludziom świat? Dzisiaj jest dużo trudniej to robić. Zmienił się obraz rzeczywistości, stała się ona znacznie bardziej płynna i zróżnicowana. A my, księża, nie potrafimy nawet o tak podstawowej prawdzie naszej wiary, jaką jest Wcielenie, opowiedzieć z pasją, z fascynacją, z błyskiem iskry bożej w oku. Dlatego powiedziałem na początku naszej rozmowy, że może trzeba zacząć wszystko od nowa. Może trzeba zacząć od pytania, kim naprawdę dla nas jest Ten, którego chcemy naśladować.

Wiesław Dawidowski OSA – ur. 1964. Augustianin, doktor teologii fundamentalnej, publicysta. Doktorat uzyskał na Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie na podstawie rozprawy „Reguła wiary w metodzie teologicznej św. Augustyna”. Od 2004 r. rektor anglojęzycznego duszpasterstwa w Warszawie. W latach 2009-2013 był chrześcijańskim współprzewodniczącym Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów. Od 2012 r. jest przełożonym prowincjalnym polskich augustianów. Autor tomików „Święty Augustyn” i „Święta Rita” w serii „Wielcy ludzie Kościoła”. Członek Zespołu Laboratorium „Więzi”. Mieszka w Łomiankach pod Warszawą.