Należę do generacji, która wierzy, że sztuka potrafi zmieniać życie. Naprawdę dobry film żyje w odbiorcy, pulsuje, powraca po latach. I czyni go lepszym człowiekiem – mówi Wojciech Marczewski.

Damian Jankowski: Pamięta Pan swoją pierwszą wizytę w kinie?

Wojciech Marczewski: To było wielkie przeżycie. Ojciec zabrał mnie na francuski film, którego tytułu dziś już niestety nie pamiętam. Nie chciano mnie wpuścić ze względu na wiek (miałem dziesięć lub jedenaście lat), ale ojciec powiedział bileterce, że bierze pełną odpowiedzialność za to, że obejrzę ten film i się udało. Pamiętam, że w trakcie projekcji na salę wchodziła pani z węglem i dosypywała go do kozy, to było jedyne ogrzewanie. Nie pamiętam natomiast dokładnie, o czym był film, chyba o miłości. Rozgrywał się zimą.

A pierwszy, który Pana zachwycił?

– Zdecydowanie „Osiem i pół” Felliniego. Obejrzałem go w wieku osiemnastu lat, na trzech kolejnych projekcjach.

Tego samego dnia?

– Tak. Wyszedłem z kina na ulicę i po chwili wróciłem na kolejny seans. I potem jeszcze na jeden. To było olśnienie, podróż w świat zupełnie inny niż ten, który znałem.

Jakiś czas później – byłem już w szkole filmowej – wybraliśmy się z kolegami na „Małgorzatę, córkę Łazarza” Františka Vláčila. Po seansie powiedziałem moim towarzyszom, że najbardziej w tym filmie podobało mi się fantastyczne operowanie kolorem. A oni na to: „Przecież film był czarno-biały”. Nie mogłem uwierzyć, wróciliśmy więc do kabiny projekcyjnej i dopiero na taśmie zobaczyłem, że koledzy mieli rację – film Vláčila był czarno-biały, a ja go obejrzałem w kolorze…

Do dziś pamiętam te sceny – śnieg, wilki gonią sanie, akcja rozgrywa się w średniowieczu, jest jednocześnie groźnie i pięknie. Prześniłem ten film, podobnie zresztą jak „Osiem i pół”. Odczułem niemal fizycznie jego świat przedstawiony – coś, z czym mam problem na przykład przy produkcjach amerykańskich.

Dlaczego?

– Może ze względu na poziom realizmu. Wszystko jest perfekcyjnie sfilmowane, opowiedziane i dopowiedziane, znika gdzieś poetycki naddatek.

Ale amerykańskim kinem Woody’ego Allena potrafił się Pan zachwycać. W „Ucieczce z kina «Wolność»” pojawia się bezpośrednie nawiązanie do jego „Purpurowej róży z Kairu”.

– Tak, Allen to fantastyczny twórca, choć nie znam jego najnowszych dokonań. „Purpurowa róża…” zachwyciła mnie tym, że jest robiona z pewnym dystansem – inteligentny człowiek opowiada nam bajkę o czymś, o czym nie mielibyśmy odwagi nawet pomyśleć, a my słuchamy jej z uśmiechem na ustach.

Pozostając w obrębie kina anglojęzycznego: cenię sobie „Rozmowę” i „Ojca chrzestnego” Francisa Forda Coppoli, „Zawód: Reporter” Michelangela Antonioniego, „Mechaniczną pomarańczę” i „Lśnienie” Stanleya Kubricka, „Fortepian” Jane Campion czy „Manhattan” wspomnianego już Allena, choć nie pamiętam niemal nic z fabuły tego ostatniego. Opowiadam Panu o swoich ulubionych filmach, ale prawda jest taka, że przed szkołą filmową nie byłem wcale kinomanem, interesowałem się grafiką, architekturą, trzymałem się ze środowiskiem poetów.

Wtedy i dzisiaj w kinie szukam przede wszystkim emocji. Zapominam o czym był dany film i kto go nakręcił, ale pewne obrazy, sceny, nastrój i emocje zostają we mnie na zawsze. Tak też zresztą pamiętam moje życie – nie potrafię odtworzyć całości, pamiętam pewne sceny, spotkania, twarze.

A kiedy ostatnio udało się Panu wyjść z kina zachwyconym?

– Chyba tylko „Zimna wojna” Pawła Pawlikowskiego miała takie momenty, które mnie zachwyciły.

Muszę sobie zadać pytanie czy fakt, że większość nowych filmów przestała na mnie silnie oddziaływać to efekt nabudowania pewnego dystansu z mojej strony i stępienia wrażliwości, czy też kultura zmieniła się na tyle, że jej wytwory już mnie nie poruszają, nie trafiają. Nie znaczy to, że odwracam się tyłem do współczesności; wiem, że wciąż powstają wspaniałe dzieła, ale jednak dawniej tego mojego zachwytu nad kinem było zdecydowanie więcej.

A jak Pan patrzy na zmiany, które dokonują się w kinie? Myślę przede wszystkim o serialach dostępnych na platformach streamingowych.

– Jeszcze dwadzieścia pięć lat temu praca przy serialu nie była dla twórców powodem do chluby. Teraz to się zmieniło – seriale premium oddziałują na widzów silniej niż pełnometrażowe filmy, mają bardzo duże budżety, bywają robione z klasą.

Inna sprawa, że stają się trochę namiastką literatury – działają na widza jak XIX-wieczna powieść…

– Która nieprzypadkowo była często pierwotnie drukowana w odcinkach. To dobry trop. Sukces rynku seriali przypomina, że jest w odbiorcach potrzeba głębszego osadzenia się w danym świecie i pozostania w nim dłużej niż dwie kinowe godziny.

Życie rozumiane jako tajemnica elektryzuje mnie i męczy. Nie jestem człowiekiem wierzącym, ale czysto materialistyczne patrzenie na świat, na ludzi, na przyrodę nie wystarcza mi

Z drugiej strony – wychodząc poza filmowe podwórko – internet i telewizja dostarczają nam codziennie mnóstwo informacji, podanych najczęściej w formie możliwie najbardziej skondensowanej i uproszczonej. Kto dziś z młodych ludzi ma czas i chęć, by czytać wielkie – także objętościowo – powieści Dostojewskiego lub Manna? Jestem pewny, że niewielu.

Podsłuchałem kiedyś na lotnisku w Zurychu rozmowę dwóch Polek, dziewiętnastolatek. Jedna z nich przyznała, że lubi starych ludzi, bo oni – jak to określiła – potrafią „jakoś inaczej opowiadać – dłużej”. Myślę, że dotknęła tą krótką obserwacją czegoś istotnego. Widzę wyraźnie, że zmienił się rytm życia, wszystko przyspieszyło, nastąpiła fragmentaryzacja rzeczywistości.

Do czego nam w tej przyspieszonej rzeczywistości potrzebne jest jeszcze kino?

– Należę do generacji, która wierzy, że sztuka potrafi zmieniać życie, że nie jest zabawką, która nie pozostawia u odbiorcy emocjonalnych czy intelektualnych śladów. Obejrzane filmy i przeczytane książki ukształtowały mnie jako człowieka. Jeśli na przykład udałoby nam się uratować z tonącego statku, to ten moment zostanie w nas do końca życia. Wierzę, że podobną moc może mieć obcowanie ze sztuką. Film, naprawdę dobry film, nie kończy się wraz z napisami końcowymi i opuszczeniem sali kinowej. Żyje w odbiorcy, pulsuje, daje do myślenia, powraca po latach, wreszcie – czyni go lepszym człowiekiem.

Zapytali mnie kiedyś studenci, dlaczego w „Ucieczce z kina «Wolność»” umieściłem scenę, w której byle jacy ludzie w byle jakiej knajpie zaczynają śpiewać „Requiem” Mozarta. Odpowiedziałem, że zależało mi na pokazaniu tęsknoty tych ludzi za pięknem, że mimo wszystko wyrwało im się z duszy coś wspaniałego. Moi rozmówcy popatrzyli na mnie z politowaniem.

Pytanie „po co nam jeszcze kino?” dotyczy też samych twórców. Warto ich zapytać, czy film, który właśnie przygotowują, już im się śni – nie tyle całość, co pojedyncze sceny, bohaterowie. Jeśli tak, będą wiedzieli, kolokwialnie mówiąc, jaką muzykę grać.

Przed laty zachęcał Pan w Gdyni twórców, by odpowiedzieli sobie na pytanie, po co robią filmy.

– Dziś bym to powtórzył. To zresztą nie jest tylko problem ostatnich lat. Gdy zaczynałem robić filmy, w środowisku trwała gorąca dyskusja na temat tego, czym jest reżyseria filmowa: profesjonalnym zajęciem czy posłannictwem. Stałem i stoję na stanowisku – za co byłem krytykowany, a nawet ośmieszany – że tym drugim, że sam profesjonalizm nie wystarcza, że jest on pewną techniczną umiejętnością, którą trzeba nabyć, by móc powiedzieć to, co się naprawdę chce. Ale finalnie liczy się osobista wrażliwość, wyobraźnia, skupienie twórcy, poetyckość.

Niedawno rozpoczęliśmy w Szkole Wajdy nowy rok akademicki. Wygłosiłem wykład inauguracyjny, w którym mówiłem moim studentom: musicie pielęgnować w sobie wiarę, że filmy będziecie robić po to, żeby coś zmienić w rzeczywistości. Jeśli stracicie takie poczucie i będziecie tylko zapełniać swoje zawodowe cv, nie zbliżycie się do istoty kina. Wciąż ich uczę, że reżyser jest odpowiedzialny za to, co tworzy, że jego film ma być formą rozmowy z widzem, a nie mniej lub bardziej poprawną rzemieślniczą chałturą.

 A jeśli kino nie może zmienić rzeczywistości?

– Ale przynajmniej może pomóc ją zrozumieć. Kto, jak nie twórca, powinien w to jako pierwszy uwierzyć?

Jeszcze inna sprawa: tu nie wystarczy być inteligentnym, utalentowanym, wrażliwym i mieć wyobraźnie. Trzeba jeszcze znaleźć dla siebie taki temat, w którym te kompetencje mogą się zrealizować. One nie są stałe.

Czyli artystą się bywa, a nie jest?

– Dawniej mówiono o „wenie twórczej”, o „natchnieniu”. Te określenia zostały niesłusznie obśmiane. Istnieje bowiem w pracy twórczej moment – wcale niedługi, kilkuminutowy – takiej koncentracji, że scena wyświetla ci się w wyobraźni, widzisz dokładne kolory i szczegóły. To jednak nie przychodzi samo, trzeba pozwolić temu powstać, właśnie poprzez dobór interesującej historii i jej bohaterów. Można oczywiście powiedzieć: „jestem profesjonalistą” i potraktować film jak kolejne zlecenie, ale jeśli jego temat nie stanie się twój, jeśli nie poczujesz emocji swojego bohatera, raczej nie powstanie utwór z tym trudno uchwytnym naddatkiem, który sprawia, że film porusza.

Wie Pan, na planie filmowym zawsze bałem się poniedziałków. Ludzie wracali do pracy po przerwie, zrelaksowani i czuło się, że emocjonalnie nie weszli w historię, którą chcemy opowiedzieć, albo inaczej – przez weekend z niej wyszli i trudno im było wrócić. Co ciekawe, często podczas kręcenia bardzo pomaga zmęczenie – gdy jesteśmy wypoczęci, używamy zazwyczaj profesjonalnego, wyuczonego warsztatu, co sprawia, że uruchamiamy wyobraźnię w nie więcej niż trzydziestu procentach.

Jak pokazać na ekranie to, co niewidoczne? Dobry film zostawia pole na to, co skryte, tworzy widzowi przestrzeń dla jego wyobraźni, wrażliwości i inteligencji

Daniel Szczechura, reżyser filmów animowanych, powtarzał, że czeka, aż dany pomysł do niego przyjdzie, że woli – zamiast wymyślać na chłodno – położyć się na kanapie, pozwolić swoim myślom fruwać i wygrzebać coś z podświadomości. Myślę, że miał rację.

Przestrzegam studentów, że nie wolno im robić filmów o Eskimosach, jeżeli nie przebywali wśród nich i nie wiedzą, co tym ludziom się śni: śnieg po horyzont czy palmy na plaży? Dopóki tego nie rozumieją, napiszą tylko zewnętrzną powłokę opowieści.

Zastanawiam się, na ile współczesne polskie kino odpowiada koncepcji, którą Pan właśnie zarysował.

– Nie chcę narzekać. Polskie kino jest bogate i różnorodne. Moja główna wątpliwość dotyczy jednak tego, czy opowiada o współczesności. Niestety, wydaje mi się, że odkleiło się od tego, czym tutaj żyjemy. Proszę zwrócić uwagę, że zginęło dziś kino społeczne i polityczne, tak świetnie funkcjonujące za komuny, która została wyśmienicie przez film opisana. Obecnie wiele niezwykle istotnych społecznie tematów – jak kryzys uchodźczy, ekologia, odradzający się nacjonalizm – nie znajdują żadnego odbicia w naszym kinie.

Mamy przecież filmy Agnieszki Holland i Andrzeja Jakimowskiego…

– Tak, to prawda, ale ja bym się spodziewał, że filmowy głos w tych sprawach zabiorą młodzi twórcy.

Może boją się cenzury?

– I z powodu tego lęku kierują się autocenzurą? Radzę czasem młodym: powiedz to mocniej, w sposób bardziej wyrazisty, z pazurem. W odpowiedzi najczęściej słyszę: „A jak mi wtedy nie dadzą funduszy?”.

Jest też widoczna coraz wyraźniej ucieczka w biografizm. „Bogowie” Łukasza Palkowskiego to znakomite kino, każdy kolejny film w tym nurcie jest gorszy.

– Niech Pan porówna filmowe biografie, które powstały u nas w ciągu ostatnich dwóch-trzech lat, z „Amadeuszem”. Arcydzieło Formana jest gatunkowo filmem biograficznym, ale opowiada kompletnie o czym innym niż nasze rodzime dokonania na tym polu (które czasem dodatkowo niestety wpisują się w „politykę historyczną” państwa). To dzieło wielopoziomowe i uniwersalne.

Jeszcze inną sprawą, która szkodzi kinematografii (nie tylko zresztą naszej) jest kwestia finansowa, a konkretnie bezwzględny dyktat zysków. Za czasów komuny film nie musiał przynosić pieniędzy. Oczywiście, chciałem, by jak najwięcej osób zobaczyło to, co kręcę, ale nie myślałem wcale, ile na tym zarobię. Obecnie niewielu podejmie się wyprodukowania filmu lub serialu, który może się nie zwrócić.

Zatrzymajmy się teraz na Pana twórczości. Mówił Pan o śnieniu filmów. Wszystkie Pana filmy wcześniej się Panu śniły?

– Niestety nie wszystkie. Zrobiłem w życiu dwa filmy telewizyjne – „Wielkanoc” i „Bielszy niż śnieg” – w poczuciu, że jestem profesjonalnym reżyserem i potrafię nakręcić wszystko. Ich scenariusze były poprawne pod względem dramaturgii, ale nie czułem materiału i wyszło jak wyszło, czyli źle. Były to dla mnie wprawdzie bolesne, ale też wartościowe doświadczenia – przyniosły ostrzeżenie, że nie zawsze jestem na tyle utalentowany, aby zrobić wielkie kino. Podobnie zresztą było z Andrzejem Wajdą, któremu zdarzyła się jedna artystyczna wpadka – myślę o „Pannie Nikt”, która była kiepskim filmem i Andrzej doskonale o tym wiedział. Źle dobrany temat nie uruchomił jego geniuszu.

Jestem przekonany, że każdy twórca powinien przede wszystkim próbować odkryć, kim jest, i co go w świecie najbardziej interesuje. To wcale nie oznacza, że trzeba samemu napisać scenariusz. Przy „Zmorach” miałem wyraźne poczucie, że robię film o bohaterach, których dobrze znam, a przecież scenariusz według powieści Emila Zegadłowicza, powstałej na początku XX w., napisał Pavel Hajny. Podczas realizacji tego właśnie filmu odkryłem, że przesłaniem, które chcę przez moją twórczość przekazać jest pytanie: „jak uratować samego siebie z zamętu?”. Ono będzie powracało w kolejnych moich filmach.

Zbliżył się Pan już do odpowiedzi?

– Sens i siła tego pytania polega na tym, że nie ma na nie jednej odpowiedzi. Trzeba z dnia na dzień rozstrzygać – codziennie, w każdej sytuacji, przez całe życie samemu sobie na nie odpowiadać. Życie przecież stale nas zaskakuje.

I – dodam, na podstawie Pana twórczości – jest tajemnicą.

– To prawda. Toczymy w sobie codzienną walkę, wybieramy dobro lub zło. Próbujemy być przyzwoitymi ludźmi, nie wiemy jednak, jacy naprawdę jesteśmy, nie znamy siebie w pełni.

Życie rozumiane jako tajemnica elektryzuje mnie i męczy, każe mi nieustannie stawiać pytania. Nie jestem człowiekiem wierzącym, ale czysto materialistyczne patrzenie na świat, na ludzi, na przyrodę mi nie wystarcza. Uznaję, że dociekania, co oznaczają: życie, świat, Bóg, wiara, gonią za mną od dzieciństwa i będą mi towarzyszyły do samego końca. Stawiam znaki zapytania, ze świadomością, że nie znajdę łatwych, jednoznacznych odpowiedzi. Jestem utkany z wątpliwości, ale nie zwalnia mnie to z podejmowania decyzji. Rację miał filozof, gdy pod koniec życia mówił: wiem, że nic nie wiem. Ta zasada wynika z głębokiej refleksji i zrozumienia złożoności życia.

Pamiętam taką scenę z „Ziemi jałowej” Elliota. Przyglądamy się ludziom, którzy wracają z pracy i nagle pada zdanie: „nie wiedziałem, że aż tak wielu nie żyje”. Wszystko już o nich wiemy – że nie śmią marzyć, że są to ludzie, którzy zgodzili się na egzystencję, a nie na świadome życie. Świadome, czyli – jak rozumiem – nie uciekające od fundamentalnych pytań o sens życia i śmierci.

No właśnie – śmierć. Ona przewija się w całej Pana twórczości. Da się ją oswoić?

– To trudne pytanie… Myśli związane ze śmiercią pojawiły się u mnie już w dzieciństwie, które nie było wcale szczęśliwe. Mieszkaliśmy na podłych przedmieściach Łodzi i parę razy się zdarzyło, że ktoś popełnił samobójstwo. Widziałem kobietę, która się powiesiła – ten obraz został we mnie na długie lata, umieściłem go później w „Dreszczach”.

Wrócę jeszcze do „Ziemi jałowej”. Jest w niej piorunujące zdanie: „Najokrutniejszy miesiąc to kwiecień”. Zaraz – myślimy – dlaczego najokrutniejszy, przecież zaczyna się wiosna? A kwiecień w poemacie Elliota jest po prostu metaforą życia, które wprawdzie się zaczyna, ale też musi zmierzać do końca.

Wiele niezwykle istotnych społecznie tematów – jak kryzys uchodźczy, ekologia, odradzający się nacjonalizm – nie znajdują żadnego odbicia w naszym kinie

Pyta mnie Pan, czy można oswoić śmierć. Nie wiem, ale łapię się na tym, że paradoksalnie kiedyś, w młodości, bardziej się śmierci bałem niż obecnie. Jeśli mógłbym wybrać, nie chciałbym się długo męczyć i umierać latami, jak moja Mama, która na koniec wyznała, że jest bardzo zmęczona i chciałaby już odejść. Dziś ją rozumiem. Wolałbym, żeby śmierć mnie zabrała nagle, jak Ojca. Następuje we mnie pewnego rodzaju pogodzenie z losem, wynikające pewnie z mojego częstszego obcowania z naturą, z jej potęgą i ciszą. Wiem, że życie będzie się toczyło nadal i beze mnie, że ono ostatecznie zawsze zwycięża, że przychodzą kolejne pokolenia i ten świat jakoś trwa. Taka kolej rzeczy. Całkiem podobnie chyba podchodzi do tego katolicyzm, prawda?

Tak, jako chrześcijan wierzę, że w życiu jest czas rodzenia się i umierania. Ale mam też nadzieję, że jednostkowe życie się zmienia, ale się nie kończy…

– Tej nadziei trochę Panu zazdroszczę. Bywałem świadkiem pogrzebów, podczas których najbliżsi zmarłego nad wyraz pogodnie przyjmowali fakt śmierci. Byłem zszokowany, z jakim wewnętrznym spokojem jeden z moich przyjaciół, osoba głęboko wierząca, chował swojego ojca.

Co jeszcze może pomóc „ocalić samego siebie”?

– Pielęgnowanie naiwności! Przypominam sobie pewną rozmowę ze Stanisławem Dygatem. Byłem wtedy w Pana wieku, on był młodszy niż ja teraz, chociaż wydawał mi się bardzo stary. Powiedział, że najważniejsze, by w życiu zachować naiwność. Wydawało mi się to wtedy strasznie absurdalne. Byłem bardzo racjonalny, chciałem jak najwięcej sobie przyswoić. Dopiero po pewnym czasie zrozumiałem, o co mu chodziło – by nie dać się emocjonalnie uśpić, żeby potrafić się czymś zachwycić, oburzyć, zdenerwować. Z biegiem lat pojawia się przecież pokusa, by „oswoić” życie na tyle, że już nic nas nie potrafi zaskoczyć. Bardzo trudno pozostać naiwnym w znaczeniu: otwartym na rzeczywistość zarówno tę filmową, jak i tę tu i teraz.

Przeczytawszy skrypty moich studentów pytam ich czasem: no dobrze, ale gdzie mi się tu łza utoczy? Czy będzie moment, że coś mnie poruszy lub oburzy? Nie wolno spłaszczać opowiadanej historii, nie warto też spłaszczać życia.

Filmy nas chyba przeżyją. Może więc właśnie kino czy szeroko rozumiana sztuka ocalą również coś z nas?

– O tak, kino już tyle razy miało się skończyć, a my wciąż chodzimy do kina, wciąż oglądamy filmy. Mówi się, że artyści nie umierają, bo zostają po nich ich dzieła. Ja myślę nieco inaczej. Umierają jak wszyscy, ale poprzez swoją pracę pozwalają sobie i odbiorcom choć na chwilę zapomnieć o szarej rzeczywistości, uciec od tego, co nas boli i gnębi. Jest w nas potrzeba snucia opowieści i słuchania bajek, a przecież kino to sztuka oszustwa – chcę, by ktoś mnie pięknie oszukał, zaprosił do wykreowanego przez siebie świata, który bywa lepszy i ciekawszy niż życie. W tym sensie sztuka jest bliską krewną religii – obie pozwalają nie zamykać się tylko i wyłącznie w świecie materii, pokazują, że gdzieś są piękniejsze światy.

Zadaniem sztuki nie jest wcale zerojedynkowo pokazywać życie takie, jakie znamy z codzienności. Trzeba poszukać głębiej. Trzeba też zadać sobie samemu pytanie: co chcę pokazać w moim filmie? I równie ważne – czego nie chcę pokazać? Co chcę ukryć, co chcę jedynie zasugerować w pozornie banalnym szczególe, w pojedynczym geście bohatera? Czym chcę widza zaintrygować, zaciekawić? Kluczowe pytanie ambitnego kina brzmi: jak pokazać na ekranie to, co niewidoczne? Dobry film zostawia pole na to, co skryte, tworzy widzowi przestrzeń dla jego wyobraźni, wrażliwości i inteligencji. Z tego właśnie względu bardzo cenię „Dziurę w głowie” Piotra Subbotki – film z duszą. Piękny, bo niczego nie mówi wprost.

Na koniec pytanie, które muszę zadać i to nie tylko w swoim imieniu: nie brakuje Panu tworzenia? W przyszłym roku minie dwadzieścia lat od premiery „Weisera”, Pana ostatniego filmu.

– Wie Pan, całkiem świadomie wyłączam się z bieżącego pędu życia, zwalniam, ignoruję czas. Przez wiele lat powtarzałem, że moje przerwy w kręceniu spowodowane są tym, że nie chcę się poddać rygorom pracy reżysera. Teraz myślę, że chodzi o coś więcej. Nie deklaruję, że nie zrobię już filmu, albo że nie mam już nic światu do powiedzenia. Wiem też, że pewnie nie miałbym problemów ze znalezieniem funduszy i skomplementowaniu ekipy. Straciłem jednak poczucie, że ktoś czeka na moją twórczość, a tylko takie przeświadczenie uruchamia wyobraźnię i siły twórcy na sto procent.

Kieślowski powiedział kiedyś – na krótko przed śmiercią – że on już filmów robił nie będzie. Część ludzi odebrała to jako grę z jego strony. A ja myślę, że Krzysiek naprawdę mógł poczuć, że niczym więcej nie poruszy widzów albo że nie będzie w stanie na nich wpłynąć. Bez tej naiwnej wiary wchodzenie na plan filmowy nie ma sensu.

Wojciech Marczewski – ur. 1944, reżyser i scenarzysta, profesor sztuki filmowej. Autor takich filmów jak „Zmory”, „Dreszcze”, „Ucieczka z kina «Wolność»”. Wykładał reżyserię w Niemczech, Danii, Szwajcarii i Holandii. Był dziekanem Wydziału Reżyserii w National Film and TV School of Great Britain w Londynie. Wykładał na Wydziale Reżyserii PWSFTviT w Łodzi. Współzałożyciel i wykładowca Wajda School, w której pełni też funkcję dyrektora programowego. Członek Polskiej Akademii Filmowej i Europejskiej Akademii Filmowej (EFA). Od roku 2017 przewodniczący Rady Programowej Festiwalu Filmowego w Gdyni. Laureat Srebrnego Niedźwiedzia na festiwalu Berlinale za film „Dreszcze”, zdobywca Srebrnych i Złotych Lwów na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni – za „Dreszcze” (1981) i „Ucieczkę z kina «Wolność»” (1990). Odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski.

Rozmowa ukazała się w kwartalniku „Więź”, zima 2019

Więź Zima 2019

Kup tutaj