W swojej poezji Józef Wittlin wskazuje na specyficzny rodzaj ateizmu, który jest etyczną niezgodą na brak Bożej Opatrzności. Gorycz, rozpacz i żal poety stają się modlitwą.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 7/2010.

Józef Wittlin (1896-1976) znany jest głównie jako prozaik („Sól ziemi”), eseista („Orfeusz w piekle XX wieku”) oraz autor przekładów (m.in. „Odysei”). W cieniu pozostaje jego twórczość poetycka. Objętościowo niewielka, zamknięta w jednym tomie, zawiera niezwykle intensywny zapis, często pełnego sprzeczności, doświadczenia wiary poety.

Wittlin urodził się w rodzinie żydowskiej i w takiej też wierze i tradycji został wychowany. Dopiero późniejsze, samodzielne poszukiwania doprowadziły go do chrześcijaństwa. Mimo konwersji zachował silną identyfikację z narodem żydowskim, a jego poezja zakorzeniona jest w judaizmie i chrześcijaństwie.

Jako neofita patrzył na chrześcijaństwo krytycznie, wiele wątpliwości stawało przed nim wyraźniej niż przed ludźmi w chrześcijaństwie wychowanymi. Aktywnie włączał się w przezwyciężanie wiekowych niechęci i uprzedzeń narosłych pomiędzy Żydami a chrześcijanami. Dążenia do jedności i pokoju nie zatrzymywał w granicach judeochrześcijańskiego świata. Jego poezja jest wołaniem o pokonanie, sztucznie wzniesionych między ludźmi, barier i podziałów zarówno tych religijnych, jaki i narodowych czy politycznych.

Ważnym elementem tej twórczości jest doświadczenie wojny. I wojna światowa, w której Wittlin brał udział jako żołnierz, była przezeń postrzegana jako polityczna rozgrywka przywódców, bezwzględne manipulowanie masami ludzkimi i sankcjonowanie zbrodni. Z kolei polsko-ukraińska wojna z 1918 roku i walki o Lwów, z którym był niezwykle mocno związany, postawiły go przed dramatycznym wyborem między dwoma wartościami równie bliskimi sercu: pacyfizmem i patriotyzmem. Przed wybuchem II wojny światowej w 1939 roku zdołał z rodziną schronić się w Stanach Zjednoczonych. Mimo odległości geograficznej Zagłada odcisnęła jednak tak mocne piętno w jego świadomości, że wracał do niej nawet wiele lat później.

Twarzą w twarz z Bogiem

Wydane w 1920 roku „Hymny” to wyraz porażających doświadczeń wojny. Opisowi wojennej traumy towarzyszy tu brak zgody na zapomnienie o przeszłości. Tonacja emocjonalna tych utworów rozpościera się między rozpaczą, buntem, bluźnierstwem a psalmodycznym spokojem i chrześcijańską pokorą.

Formy hymnu, pieśni i modlitwy leżą u korzeni narodzin kultu, są więc wyrazem pierwszych ludzkich prób wyjścia poza siebie. Właśnie hymniczność nadała przedstawionemu przez poetę przeżyciu wojny wymiar sprawy ostatecznej, największej. Współcześni poecie twierdzili, że jego „Hymny” recytowano jak modlitwy i wplatano je w teksty prawdziwych modlitw. W ten sposób Wittlin zasłużył sobie na miano „muezina” swojego pokolenia. Czy potrzeba innego komentarza ponad to, że muezini wybierani są spośród mężczyzn wyróżniających się dobrym charakterem i równie dobrym głosem?

Akt modlitwy to dialog, w którym mówiący o sobie „ja”, zwraca się do Boga jako do najwyższego Ty. W wierszach Wittlina to bardzo częsta praktyka. Człowiek staje tu twarzą w twarz z Bogiem – „Otom przed Tobą, Abraham”[1] zwracał się poeta do Stwórcy w wierszu „Trwoga przed śmiercią”. A w swoim „Psalmie” czynił to jeszcze dobitniej:

Ja Józef Wittlin, z pokolenia Judy,
staję przed Tobą w nagości mych grzechów.

A jeśli to twarzą w twarz z Bogiem staje się niemożliwe, człowiek cierpi i prosi jak w „Hymnie nad hymnami”:

Dotąd znam Ciebie jedynie ze słuchu,
a ninie pragnę zajrzeć Ci w oblicze
twarzą w twarz! – – 

Człowiek w poezji Wittlina staje w obliczu Stwórcy, aby się modlić. Modlitwa jest bowiem najbardziej pierwotnym i autentycznym sposobem wyrażania doświadczenia religijnego. Akt ten pozwala w języku uchwycić wszystkie te uczucia, które niewypowiedziane pozostałyby bezkształtne. Jednocześnie chyba język modlitwy jako jedyny może opisać doświadczenie religijne, nie wkraczając na płaszczyznę teologii i spekulacji. W ten sposób podmiot modlący się wypowiada to, czego doświadcza, nie nadając temu rangi prawdy uniwersalnej. A słowa modlitwy ze względu na zakorzenienie w subiektywnym odczuciu są wyrazem najbardziej osobistego przeżycia. Modlący zwraca się bezpośrednio do Boga, dając wyraz nie tylko czci, ale też wszystkich nurtujących go wątpliwości. Jest to konieczne, jeżeli akt modlitwy ma wyrazić całość doświadczenia. Modlitwa bowiem nie wyklucza nie tylko niepewności, ale nawet sprzeciwu.

Jego „Hymny” recytowano jak modlitwy i wplatano je w teksty prawdziwych modlitw. W ten sposób Wittlin zasłużył sobie na miano „muezina” swojego pokolenia

W poezji Wittlina obok utworów wyrażających pełne uwielbienie i głęboką ufność, znajdują się takie, które są wyrazem rozpaczy i nie cofają się przed bluźnierstwem. Poeta z ogromnym wyczuciem sięga do tradycji biblijnej, aby wydobyć z niej, częściowo już zapomnianą, modlitwę skargi. Ta forma modlitewna ma swoje źródło w Księdze Psalmów i jest najprostszym chyba sposobem wyrażenia rozdarcia wewnętrznego i jednocześnie poszukiwania ukojenia. W „Trwodze przed śmiercią” skarga wypowiedziana zostaje w imieniu całej udręczonej ludzkości:

Do moich uszu płynie ustawiczna
Skarga z ochrypłych gardzieli
Wszystkich, co na tej wojnie cierpieli,
Całej ludzkości,
Która od wieków woła do Ciebie
Milczeniem zbielałych kości!

Paradoksalnie skarga, pomimo że pobrzmiewa w niej oskarżenie, poprzez fakt bezpośredniego zwrócenia się do Najwyższego, jest modlitwą. Skarga nie jest bowiem próbą stworzenia teorii, która objaśniałaby ludzkie cierpienie, czy próbowała je wartościować – w swojej istocie jest wyrazem bezradności człowieka. Kiedy zawodzą wszelkie ziemskie sposoby złagodzenia egzystencjalnego niepokoju, pozostaje wypowiedzenie swego żalu, lęku i rozpaczy w obliczu Boga. Skarżący się formułuje często buntownicze tezy, w szerszej perspektywie mają one jednak charakter skierowanego do Stwórcy pytania: „dlaczego?”. Wittlin nie cofa się jednak również przed bluźnierstwem. W „Trwodze przed śmiercią” zabrzmiało ono mocno:

Panie!
Mierzę Cię siłą swojego zachwytu!
Nie elektryczność i nie proch strzelniczy
Tyś – najpiękniejszym naszym wynalazkiem.

Raz jeden poeta rzuca Bogu w twarz oskarżenia i to oskarżenia takiej wagi. Decyduje się tu na całkowite odwrócenie hierarchii – człowieka mianuje kreatorem, Boga degraduje do rangi stworzenia, wręcz… wynalazku człowieka. Jeżeli bowiem Bóg tylekroć był wzywany przez ludzi i nadal uparcie milczy, to może jest tylko wytworem ludzkiego pragnienia, fantazmatem nadwrażliwej duszy. Dlaczego więc człowiek odczuwający potrzebę odniesienia do Absolutu, nie mógłby go sobie stworzyć na miarę swoich pojęć i zdolności. Imitacja stylistyki buntu służy w tym wierszu polemice z koncepcją Boga jako kreacji wyobraźni. Wittlin w ten sposób – zauważał Kazimierz Nowosielski w tekście „Hiobowe wołanie Józefa Wittlina” domaga się Jego realności[2]. Wydaje się także, że poeta traktuje te słowa jak prowokację. Jeśli Bóg milczy w odpowiedzi na błagania, to może zareaguje na obrazę:

Rzucam Ci w twarz,
Jak rękawicę – ostatnie wyzwanie.

Bóg nie staje do pojedynku, a bluźnierca po gniewnym uniesieniu wraca do tonu błagalnego. Zmienność tonacji emocjonalnej poezji Wittlina jest dowodem na różnego rodzaju próby przekonania się o realności Najwyższego, jak w rozpaczliwym wołaniu: „Spraw, żebyś był, jeśli wszystko sprawiasz!”. Ważne, że Wittlin nie traktował owych buntowniczych wersów jako grzechu. Zoya Yurieff, która znała poetę osobiście, przekonywała, że bluźnierstwo uważał on za formę rozmowy z Bogiem.

Sam poeta tak to widział: „Ale zdaje mi się, że jestem heretykiem i jako taki do wszystkiego ustosunkowuję się religijnie. W utworach moich dotykających ran Chrystusa, stygmatów św. Franciszka i tej wielkiej rany, jaką ludzkości zadała wojna, chodzi mi o absolutną szczerość. Nigdy tej szczerości nie osiągnę, chroniąc się do warowni jakiegoś dogmatu. Muszę dać folgę wszystkim tym sprzecznym siłom, które sobie we mnie urządziły boisko. Niech się ścierają, niech sobie łby rozbijają. Wolę to od wygody «ustalonych przekonań»”[3].

Bluźnierstwo uważał poeta za formę rozmowy z Bogiem

„Hymn nad hymnami” również jest wyrazem pragnienia wejścia w kontakt ze Stwórcą. Podmiot liryczny, utożsamiający siebie z całą ludzkością, stoi u wrót do pałacu Boga, domaga się widzenia z Nim i wszelkimi sposobami stara się zmusić Go do reakcji. Wzbudza litość:

– Wpuść mnie!! – ja wołam wśród nocy! – –

W pustce straszliwej zmarzł mój duch!
lodowe sople – okryły go mrozem,
trzęsę się z zimna

A nawet szantażuje:

– Wpuść mnie! Bo zdołam uwierzyć w pogłoski,
rozpowszechniane już długo wśród ludzi,
że Ciebie nie ma i nigdy nie było, –
albo żeś – umarł!…

Nietzscheańska teoria śmierci Boga jest jednak dla błagającego nie do przyjęcia. Ma on silne, choć racjonalnie nieuzasadnione, przekonanie o Jego istnieniu. To z kolei skłania do poszukiwania innego wytłumaczenia boskiego milczenia. Oskarżające hipotezy – Bóg śpiący lub przebywający na innej planecie – przeradzają się w modlitwę błagalną. Jednak nawet brak Bożej odpowiedzi nie skłania tu człowieka do porzucenia wiary. Wręcz przeciwnie, dokonuje on niezwykle trudnego aktu, wyznając miłość Temu, który sam nie daje się poznać i nie pozwala człowiekowi w pełni poznać samego siebie.

Cud, który się nie zdarzył

Od wybuchu II wojny światowej refleksja Wittlina koncentruje się wokół faktu zaistnienia Zagłady. Głębokie współczucie dla braci sąsiaduje z próbą skonfrontowania chrześcijańskiego przekonania o miłości Boga z istnieniem zła. Dla wielu Żydów Zagłada stała się źródłem religijnej rozpaczy. Przerażało ich to, co też dla innych było niepojęte: milczenie Boga w obliczu takiego morza cierpienia. Wiara podsuwała im jednak jeszcze jedno pytanie: czy aby skazanie narodu wybranego na unicestwienie nie unieważnia Przymierza?

W 1942 roku – wtedy to tylko z warszawskiego getta wywieziono do obozów zagłady (głównie do Treblinki) ok. 300 000 Żydów – Wittlin napisał dwa wiersze poświęcone cierpieniu swojego narodu. Jeden z nich, zatytułowany: „Żydom w Polsce”, opowiada o cudzie, który się nie zdarza:

Gdzie jesteś, manno niebieska na nowej świata pustyni?
Gdzie jesteś, lasko Mojżesza, co dziwy dotknięciem swym czyni?
Gdzie jesteś, Łaski Krynico, co zmywasz grzechy żywota?

Gdzie jesteś, zorzo światłości, przed którą pierzcha ciemnota?

Przywołane tu zostały cudowne zdarzenia z historii Narodu Wybranego. Dla Izraelitów wiara to zakorzenienie w pamięci o wydarzeniach, które są dowodem opieki Jahwe i Przymierza, jakie zawarł ze swoim ludem. Sama pamięć nie wystarcza już jednak za pocieszenie. Jak można wierzyć w Bożą opiekę, jeśli cud nie zdarza się tam, gdzie jest tak potrzebny? Wittlin nie odpowiada na to pytanie, rozumie jednak, że cud nie nastąpi:

Daremnie czekacie na cud, śmierć was papierem otula.
Papierem: nowego Anioła Śmierci brudnymi skrzydłami.

W drugim utworze, wierszu „Na sądny dzień żydowski roku 1942 (5703)”, poeta nazywa dzieje ludzkości „parodią Sądnego Dnia”. W prawdziwy żydowski Sądny Dzień (Jom Kippur) Bóg zapisuje imiona Żydów w księdze życia, zaś w tragedii, jaką jest Zagłada Bóg jest nieobecny! Błaganiu o interwencję towarzyszy tu oskarżenie:

Jehowo! Zjaw się na Sądzie i wykryj błąd w protokóle,
Z nadobłocznego zejdź tronu i sam przed Sobą nas broń!

Bóg jawi się tu jednocześnie jako oskarżyciel i obrońca, a sam Wittlin obnaża absurd tragicznej rzeczywistości, który budzi jego rozpaczliwą niezgodę.

Kwestia niewinnej i bezbronnej ofiary Żydów nie przestała nurtować Wittlina nawet, kiedy wojna dobiegła końca. W 1968 roku powstał jeden z jego najważniejszych wierszy: „Lament barana ofiarnego”. Tym razem człowiek już się nie modli, bo i po co, skoro w historii świętej jest jedynie rekwizytem – baranem ofiarnym, zepchniętym nie tylko poza obszar działania łaski, ale też poza margines odczuwania. Tu Bóg jawi się jako istota rządna ofiary i bezwzględnej władzy:

I był Mu przyjemny
dym mojej męki, woń mego konania.
[…]
Musiałaż być spełniona ta ofiara?
Nie dość mu, że poigrał sobie z sercem starca
i ślepego posłuchu żądzę tym nasycił?

Przyjęcie takiej perspektywy dla historii wyklucza poetykę skargi, która dotąd służyła poecie jako narzędzie wyrażania wątpienia i rozpaczy. Nie istnieje już osobista relacja ze Stwórcą, pozostaje świadomość Jego istnienia i działania.

Wittlin nie godzi się na zdobywanie świętości przez okaleczanie człowieczeństwa

Druga część wiersza odsłania szerszą perspektywę historyczną. Mechanizm kozła ofiarnego jawi się tu jako element konstytuujący nie tylko historię świętą, ale też ten leżący u narodzin cywilizacji i kultury. Ofiara rozumie logikę tego faktu, nie może jednak pojąć, dlaczego znalazła się poza wspólnotą ocalonych: „Czemuż i mego życia nie oszczędził?”. Uświadomienie sobie nieredukowalności ofiary jako podstawy cywilizacyjnej wspólnoty, sprawia, że znikają pytania o przyczynę, pozostaje, pojawiająca się w epilogu wiersza, deklaracja nieuczestniczenia w niej.

Sprzeciw poety wywołuje nie tylko sakralizacja mordu jako fundamentu cywilizacji, ale także sposób, w jaki człowiek dąży do transcendencji: „[…] ludzka gotowość do krwawych ofiar – zauważa Wojciech Wyskiel – bierze się z tego, co w człowieku jednocześnie najpodlejsze i najszlachetniejsze. Abraham jest zbrodniarzem (w aspekcie moralnym) i świętym (w aspekcie religijnym). Gotów jest zabić, ale zabić z potrzeby transcendencji”[4]. Wittlin nie godzi się na zdobywanie świętości przez okaleczanie człowieczeństwa. „Lament barana ofiarnego” można odczytać jako akt wrogości wobec Boga, który sam wskazuje drogę takiej ofiary.

Skarga barana ofiarnego może zostać odczytana jako głos wszystkich bezbronnych ofiar w historii ludzkości. Barankiem ofiarnym stał się także Bóg. Jednak śmierć Chrystusa na krzyżu wskazuje inną drogę do transcendencji: miłość i wspólnotę w cierpieniu. Tymczasem Bóg milczy lub przemawia do człowieka niejasno, ten zaś z powodu przyrodzonej potrzeby transcendencji, tworzy o Nim legendy. Stworzona tak opowieść o Bogu Surowym Sędzi skłania ludzi do ślepego posłuszeństwa, zbrodni i samookaleczeń. Wittlin ocenia tę opowieść jako nieprawdziwą, a jej rezultaty jako podłe. Wybiera inną historię: o Bogu, który z miłości do człowieka sam przyjmuje cierpienie. Przyjęcie tej opowieści otwiera drogę do transcendencji i jednocześnie pozwala zachować integralność własnego człowieczeństwa. Ostatnie dwa wersy Lamentu… wyrażają pragnienie prawdziwej świętości, jednocześnie przypominając, że droga do niej wiedzie nie przez zbrodnię, lecz przez miłość. W tej perspektywie odrzucenie czy rezygnacja z formy modlitwy nie jest równoznaczne z odrzuceniem Boga. Wittlin ośmiela się polemizować ze sposobem Jego postrzegania, utrwalonym przez kulturę a nawet tradycję biblijną. Nie są to próby usprawiedliwiania Stwórcy, lecz dostrzeżenie, że człowiek poszukując transcendencji, sam tworzy obraz Boga i często błądzi.

Bóg na ławie oskarżonych

Refleksja Wittlina nad pochodzeniem zła w świecie ma kilka aspektów. Surowo ocenia uchylanie się człowieka od wszelkiej odpowiedzialności za szerzenie cierpienia, ale też pyta, skąd w człowieku skłonność do jego zadawania. Usiłuje odkryć rolę Boga w ludzkiej historii cierpienia. Nie zgadza się na łatwe usprawiedliwiania Stwórcy. Nie przestaje zadawać pytań. Za często gwałtownym domaganiem się reakcji Stwórcy, kryje się strach przed odkryciem Jego obojętności. W swoim „Psalmie”, niepokojącym współistnieniem dobra i zła w boskim dziele stworzenia, poeta zmusza do zadania pytania o przyczynę dopuszczania przez Boga do zła. Czy jest w tym jakiś nadrzędny porządek, czy może przejaw obojętności? Podobne podejrzenia pojawiają się również w innych wierszach poety.

Wittlin wskazywał na zniekształcania przez człowieka ewangelicznego przesłania i deformowania obrazu Boga, jednak swoją refleksją starał się sięgnąć głębiej i zadać pytanie o sam początek zła. W swoim „Psalmie” – obok tego, co piękne i dobre w świecie – opisuje również ludzkie cierpienie:

Bądź pochwalony przez wszystkie zapachy, jakie wydaje Twa ziemia
I wszystko zboże, którego ubodzy nie mają na chleb,

[…]
O, piękny jesteś we wszystkich kolorach, których nie widzą ślepi!

Jest to wizja cierpienia, które przynależy wraz z dobrem do dzieła stworzenia. Przekonanie to nie daje w żadnym wypadku odpowiedzi na dręczące człowieka pytania i choć poeta stara się przywołać dziecinną, bezgraniczną ufność, nie potrafi rozwiązać tej sprzeczności i uciszyć wątpliwości. Przekonanie, że cały świat jest dziełem Boga, sprawia, że pada wstrząsająca teza o pochodzeniu zła w człowieku:

O, pochwalony bądź obłędem ludzi,
którym kazałeś, aby byli źli,
którym zgasiłeś przed oczyma światło,
a oni żyją i giną w ciemności.

Widoczny jest wyraźnie krytycyzm z jakim Wittlin podchodził do prawd wiary. Dostrzegał sprzeczność w postawie, kiedy mianujemy Boga stwórcą wszystkiego, a jednocześnie odrzucamy możliwość Jego udziału w istnieniu zła. To radykalne sprzeciwienie się praktyce usprawiedliwiania Boga owocuje tutaj podważeniem pojęcia wolnej woli. W lekturze „Psalmu” bardzo ważne wydają się jeszcze dwa momenty:

Pochwalony, pochwalony, o, pochwalony bądź Wiekuisty Panie,
[…………………………………………………………………………………….]
i pochwalony goryczą, i pochwalony żalem, i pochwalony rozpaczą
tych, co są głodni i płaczą,
i krzyczą, że Ciebie nie ma!

[…]

I bądź pochwalony modlitwą tych, którzy w Ciebie nie wierzą.

Doświadczenie braku reakcji Boga na ludzkie cierpienie może skutkować odrzuceniem wiary w Niego. Czym jednak jest modlitwa niewierzących? Być może Wittlin w ten sposób wskazuje na specyficzny rodzaj ateizmu, który jest etyczną niezgodą na brak Bożej Opatrzności. Owa niezgoda wyraża ludzkie pragnienie realnego doświadczenia miłości i opieki Stwórcy, a gorycz, rozpacz i żal dokonujące się w próbie kontaktu człowieka z Bogiem, stają się modlitwą.

Nigdy nie znika w tej poezji nadzieja. Nawet wojna i Zagłada nie paraliżują jej ostatecznie

Problem ten dojrzewał w poecie przeszło czterdzieści lat i ponownie doszedł do głosu w wierszu „Z drzewa poznania”. Poeta buduje tutaj paralelę pomiędzy epizodem z letniego pobytu w „rajskim Monteluco”, a biblijną historią o kuszeniu pierwszych rodziców. Główną figurą w wierszu jest wąż:

Z drzewa poznania dobrego i złego
nie rwałem owoców, nie jadłem.
Nigdy mnie wąż do grzechu nieczystości
nie kusił, ale we mnie nieczystość jest
i wiem:
wąż z ludzką twarzą był diabłem

Kluczowa dla zrozumienia tej refleksji jest interpretacja symbolu węża, ciekawie rozwiniętego przez Paula Ricoeura. W micie upadku symbol ten jest znakiem, że człowiek nie inicjuje zła, lecz je znajduje – nie jest więc jego twórcą, lecz kontynuatorem. Akt kuszenia opisuje tu moment kontaktu z zewnętrznym względem człowieka radykalnym złem. Człowiek czyni zło, ale było ono obecne już w Raju. Choć pierwotne pokuszenie już się dokonało i żaden z ludzi nie ma w nim bezpośredniego udziału, w każdym z nas pozostaje niezniszczalne dziedzictwo grzechu. Owa nieczystość to konsekwencja podjęcia przez ludzkość zła.

W tradycji żydowskiej, w której Wittlin został wychowany, przez długi czas każde cierpienie traktowane było jako retrybucja, czyli odpłata za grzech i niewierność. Uznawano, że człowieka spotyka zasłużona kara za popełnione, często nieuświadomione, przewinienia. Za najwłaściwszą reakcję na takie wymierzenie sprawiedliwości uważano skruchę i pokutę. Jednak już biblijny Hiob upierał się przy swojej niewinności, nie zgadzając się z przyjaciółmi, którzy nakazywali mu pokutę. „Jak długo żyć będę, twierdzę, żem czysty” – upierał się (Hiob, 25, 5).

W „Trwodze przed śmiercią” znajdujemy przerażenie wizją cierpienia, mającego być karą za grzechy i jeszcze większe przerażenie wizją Boga, który mógłby tak srogo odpłacać człowiekowi. Podmiot liryczny wiersza, podobnie jak Abraham, targuje się z Bogiem błagając nie tylko o darowanie grzechów, ale też o zaniechanie stosowania przez Boga zasady odpowiedzialności zbiorowej. Istnienie niezawinionego cierpienia jest tu dowodem przeciwko wyłącznemu zastosowaniu zasady retrybucji. Mechanizm odpłaty nie jest postrzegany jako fikcja, pojawia się bowiem prośba o zmiłowanie: „Odpuść nam grzechy i nie karaj śmiercią!”. Mamy tu do czynienia ze swoistą walkę o wizję Boga – toczy ją człowiek nie tylko z samym sobą, ale też z Bogiem. Domaga się od Niego, aby okazując łaskę grzesznikom, zaprzeczył wizerunkowi siebie jako srogiego sędziego.

Etapy

Józef Wittlin, „Etapy. Italia − Francja – Jugosławia”, Wydawnictwo Więź, Warszawa 2014

Teologia retrybucji straciła rację bytu w obliczu Zagłady. Zarówno teologicznie, jak i psychicznie Żydzi nie byli w stanie zaakceptować tragedii całego narodu jako odpłaty. Jak wielki musiałby być ich grzech, by kara była aż tak straszna? A gdyby nawet został popełniony, to Bóg, który zażądałby takiego zadośćuczynienia, musiałby być bezlitosny i okrutny. Czy wtedy zwracanie się do Niego miałoby jakikolwiek sens?

Klasyczna koncepcja składająca odpowiedzialność za cierpienie na człowieka zatem upadła. Sam poeta kieruje się tu również własną intuicją religijną i moralną, która wyraża zdecydowany opór wobec idei Boga, jako bezwzględnego sędziego. Wytłumaczenie ludzkiej historii cierpienia nieskomplikowaną zasadą retrybucji (abstrahując od jej okrucieństwa), jest kolejnym uproszczeniem, którego człowiek dokonuje w zamian za złudzenie, że posiadł najbardziej niewytłumaczalną tajemnicę świata i zdołał przeniknąć Boskie motywacje.

Szukaniu odpowiedzi na pytanie o naturę Boga i zła w poezji Wittlina nieobce są również momenty, kiedy najpełniejszym głosem przemawiają w niej ufność i nadzieja. Jego „Hymn pogody ducha” stanowi jedno z najpiękniejszych wyznań wiary, jakie zna polska literatura. Jest to radosny hymn uwielbienia i dziękczynienia za łaskę odzyskania spokoju, wyzbycia się nienawiści, bólu i „powrót do siebie”:

Kto mnie oczyścił z grzechu, że czysty jestem jak łza?
– Ten mnie oczyścił, kto miłosierdzie bez granic ma.
Kto uspokoił we mnie szaleństwo młodzieńczych burz?
– Tyś uspokoił, Tyś we mnie zasadził szpalery róż.

Tony uwielbienia pojawiają się jeszcze w „Psalmie”. Później poeta nie zdobywa się już na przyjęcie takiej postawy. W wierszu „Ściśle osobiste” daje obraz egzystencjalnej nędzy człowieka, która wręcz wyklucza możliwość sławienia Boga za dzieło stworzenia.

Nigdy jednak nie znika w tej poezji nadzieja. Nawet wojna i Zagłada nie paraliżują jej ostatecznie. Ostatni z wierszy w autorskim wyborze poezji ma niezwykle wymowny tytuł: „Postscriptum do mojego życia” i jest kwintesencją religijnej refleksji Wittlina:

Lecz, Ty, o którym chcę wierzyć, że jesteś,
Poślij tam, gdzie – jeśli ją mam – będzie moja dusza,
Pocieszyciela Twego – Wolfganga Amadeusza
.

W śledzeniu – właściwych nie tylko Wittlinowi – zależności między wiarą a wątpieniem z pomocą przychodzi rozróżnienie między aktem a postawą wiary, dokonane przez Louisa Dupré. Do aktu wiary, który wyklucza wątpienie, dochodzi się przez wahanie i konieczność pokonania lęku. W samym akcie wątpliwości znikają, lecz decyzja podjęta raz w życiu nie wyklucza ich na zawsze. „Wiara – twierdzi Dupré – pozostaje ryzykiem, a walka między wątpieniem i oddaniem się nigdy nie ustaje”.

Wittlin odrzuca teodyceę na rzecz szczerego formułowania pytań, wyrażania wątpliwości i sprzeczności tkwiących w człowieku. Nie są tu one klasyfikowane negatywnie, a przyznanie się do niemożności ogarnięcia Tajemnicy nie jest równoznaczne z rezygnacją z jej zgłębiania. Sedno tkwi w ciągłym zmaganiu się z własnym wątpieniem i konieczności wypowiedzenia go. Poezja ta każe patrzeć na wiarę jako proces, ciągłą walkę z przeciwnościami i drogę do całkowitego zaufania. Przejawia się to jako ciąg radykalnych pytań, często pozostających bez odpowiedzi.

Dlaczego taka właśnie droga wydawała się poecie wiarygodna, sam daje wyraz w „Orfeuszu w piekle XX wieku”: „Nie rozumie się u nas jeszcze tego, ze sformułowanie i postawienie wielkiego znaku zapytania jest produktywniejsze od wynajdywania odpowiedzi prawie zawsze przekreślanych przez życie. Odpowiedzi, zwłaszcza ogłaszane w tonie proroczym, mogą być mylne, pytania zaś przeważnie bywają trafne”.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 7/2010.


[1] Wiersze Wittlina są cytowane za wydaniem: Józef. Wittlin, „Wybór poezji”, oprac. Wojciech Ligęza, Kraków 1998.
[2] „Znak” 1984, z. 5/6, s. 635.
[3] „Józef. Wittlin o sobie”, w: J. Wittlin, „Eseje rozproszone”, oprac. Paweł. Kądziela, Warszawa 1995, s. 181.
[4] W. Wyskiel, „Na górze Moria i gdzie indziej”, w: „Ktokolwiek jesteś bez ojczyzny… Topika polskiej współczesnej poezji emigracyjnej”, pod red. W. Ligęzy, W. Wyskiela, Łódź 1995, s. 192-193.