W Polsce nikt do tej pory nie odważył się pisać o sprawach wiary z taką swadą, językiem lekkim i suto okraszonym (momentami angielskim) humorem.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 2-3/2011.

Przyzwyczailiśmy się w Polsce do podziałów. W ramach jednego państwa mamy przynajmniej dwie ojczyzny i jeszcze więcej Kościołów. Nie dziwi więc, że pisarstwo religijne Szymona Hołowni dzieli ludzi, wywołując całą amplitudę emocji, od nieskrywanej niechęci zaczynając, a na autentycznym uwielbieniu kończąc. Cóż, taki już los wszystkich wyrazistych postaci obecnych w życiu publicznym. Jednak pytaniem o wiele ważniejszym od tego, czy Hołownię kochamy, czy nienawidzimy, jest pytanie o wiarygodność jego przekazu wiary.

Na początku było…

Dziennikarstwo. Przyszły autor „Tabletek z krzyżykiem” przez kilka lat pracy w mediach zajmował się głównie tematyką kulturalną. Na etatowego publicystę religijnego Hołownia, niezadowolony zresztą z takiego obrotu sprawy, został namaszczony dopiero w „Newsweeku”. Zadziałał prosty schemat: o czym innym, jak nie o wierze, miałby pisać człowiek, który dwukrotnie przebywał w nowicjacie u dominikanów? Po jakimś czasie okazało się, że czytelnicy bardzo dobrze odbierają jego teksty, więc koleżanka po fachu zaczęła namawiać dziennikarza na wydanie książki. Tak powstał „Kościół dla średnio zaawansowanych” – rzetelny i żartobliwy leksykon niekiedy tajemniczych pojęć, z którymi może się zetknąć przeciętny katolik. Znajdziemy w nim takie hasła jak „apokryf”, „celebret”, „psalmy złorzeczące” czy „dewocjonalia”.

Oto fragment opisu tych ostatnich: „Jeszcze kilkanaście lat temu absolutnym hitem polskiego rynku dewocjonaliów były różańce fluorescencyjne. Szczęśliwego posiadacza łatwo było rozpoznać po krzykach, które wydawał w nocy, gdy przebudzony zerknął na ścianę, gdzie różaniec wisiał. Różaniec taki, podobnie jak obrazy Jezusa i Maryi z sercem płonącym na pół otrzewnej, gipsowe biusty papieża (nad morzem papież na dole miewał płetwę, a nad głową barometr, w górach zaś był w kształcie ciupagi) […] można było […] nabyć w placówkach prowadzonych przez «Veritas» i «Ars Christianę»”.

Ukazanie się „Kościoła…” było wydarzeniem bezprecedensowym, bowiem w Polsce nikt do tej pory nie odważył się pisać o sprawach wiary z taką swadą, językiem lekkim i suto okraszonym (momentami angielskim) humorem. Co więcej, nie można było odmówić tej książce rzetelności, a czytelnik pragnący zweryfikować wiedzę autora bądź pogłębić swoją, mógł sięgnąć do obszernej bibliografii zaproponowanej przez Hołownię. Pamiętam autentyczne poruszenie wśród moich kolegów ze studiów teologicznych (!), którzy zaczytywali się „Kościołem…”, a potem z pasją o książce dyskutowali, bo nagle okazało się, że próba rozumienia kościelnej rzeczywistości niekoniecznie musi się wiązać z intelektualną męką. To właśnie o tej publikacji Hołowni ks. Andrzej Draguła powiedział: „Genialna!”.

Hołownia wykorzystuje popkulturowe skojarzenia do demaskowania myślenia pseudoteologicznego, infantylnego

Kolejnym krokiem w religijno-literackiej działalności Hołowni były „Tabletki z krzyżykiem”, które w pewnym sensie także powstały z przypadku. We wstępie do książki autor opowiada: „W niedzielny poranek obudził mnie telefon kolegi, który wrócił z całonocnej upojnej zabawy. Szlochając i kwiląc wyznał mi, że teraz już na pewno musi iść do piekła. Uprzejmie się z nim zgodziłem, po czym nieskładnie próbowałem wytłumaczyć mu katolicką naukę o życiu po śmierci, a im bardziej brnąłem w znane z katechezy ogólniki, tym bardziej korciło mnie, by w temat zanurzyć się głębiej. Gdy skończyłem rozmowę, rzuciłem się do książek”.

W „Tabletkach…” Hołownia powtarza językowy eksperyment z „Kościoła dla średnio zaawansowanych”, mierzy się jednak z materią dużo trudniejszą, poruszając chociażby tak ważne kwestie teologiczne jak śmierć, niebo, czyściec czy piekło. Odtąd miks brawurowej narracji i fundamentalnych zagadnień teologicznych stanie się znakiem rozpoznawczym Hołowni, w podobnym stylu są bowiem utrzymane „Monopol na zbawienie” oraz jego najnowsza publikacja „Bóg. Życie i twórczość”[1].

Przypowieść o rondzie de Gaulle’a

Poruszanie tematów teologicznych językiem „odteologizowanym”, co Hołownia uparcie i konsekwentnie od kilku lat robi, to zabieg dość ryzykowny. Jednak twórca „Monopolu…” postanowił zaryzykować jeszcze bardziej i stworzył język, który sam nazwał pop-teologicznym. W opowieściach o wierze, Bogu i Kościele garściami czerpie z popkultury, wykorzystując jej obrazy, kody, ikony i wytwory. Oczywiście to zagadnienie jest niezwykle szerokie i godne osobnego opracowania, przyjrzyjmy się jednak kilku przykładom narracji Hołowni. W „Tabletkach z krzyżykiem”, w rozdziale pod tytułem „Dlaczego Bóg był tak zazdrosny o głupie drzewko” autor porusza kwestię grzechu pierworodnego. O człowieku sprzeciwiającym się Stwórcy pisze tak: „Zaprezentował powalającą logikę samochodu, który dochodzi do wniosku, że irytuje go ciągłe tankowanie i woskowanie nadwozia. Niech kierowca, konstruktor, sprzedawca i redakcja miesięcznika «Auto Świat» nie będą tacy mądrzy. Bo skoro ktoś nigdy nie był samochodem, cóż może wiedzieć o jego funkcjonowaniu. Grzech pierworodny nie polegał na jedzeniu owoców, ale na tym, że człowiek przyjął szatańską wizję Boga jako zazdrośnika, który zabrania wszystkiego – nie wiadomo po co i dlaczego. W tej sytuacji nasz przodek uznał, że sam będzie dla siebie najbardziej precyzyjnym punktem odniesienia. Zamiast jechać na niebiańskie pastwiska, zmarnuje życie, stojąc na parkingu, powtarzając, że jest wolny, niezależny i tak dalej”.

W książce „Bóg. Życie i twórczość”, w rozdziale o Sądzie Ostatecznym Hołownia ubolewa nad ignorowaniem przez chrześcijan tematu paruzji: „Kiedy Joanne Rowling wydaje nowy tom przygód Harry’ego Pottera, pod księgarniami dniami i nocami stoją spragnione lektury nowych przygód czarodzieja kolejki. Na palcach jednej ręki każdy z nas może policzyć w swoim otoczeniu chrześcijan rzeczywiście przebierających nogami na myśl o tym, «co przygotował Bóg tym, którzy Go miłują»”.

Kolejny przykład to w moim przekonaniu jedna z najlepszych historii autorstwa Hołowni – opisana w „Monopolu na zbawienie” przypowieść o tym, dlaczego z Bogiem należy spotykać się w Kościele: „Tym, którzy przekonują, że równie dobrze można pomodlić się w lesie, warto uświadomić, że zachowują się jak ktoś, z kim dziewczyna umówiła się na Rondzie de Gaulle’a, a on mimo to – bo tak czuje – pojedzie sobie do Piaseczna”.

Lekki i zabawny styl dziennikarza sprawia, że czytelnik ma w ogóle odwagę sięgnąć po, jakby nie patrzeć, książkę religijną

Hołownia wykorzystuje także popkulturowe skojarzenia do demaskowania myślenia pseudoteologicznego, infantylnego. Autor „Tabletek…”, rozpoczynając swoją książkową „katechezę” o aniołach, najpierw odwołuje się do popularnych wyobrażeń: „Jegomość w cukierkowym szlafroku i z niezdrowym rumieńcem na twarzy przeprowadza przez kładkę dwoje dzieci. Obraz, który sto lat temu był alegorią bezpieczeństwa, dzisiejszego widza skłoniłby do powiadomienia policji. Grubas w damskich fatałaszkach łazi z parą milusińskich – wiadomo, czym to pachnie. Oglądaliśmy przecież w telewizji”.

Dalej dziennikarz wyjaśnia, że prawdziwi aniołowie nie są również przystojniakami zakochanymi w ziemiankach, jak sugerowałby film „Miasto Aniołów” z Nicolasem Cage’em w roli głównej.

Pytanie o zasadność tych wszystkich popkulturowych nawiązań łączy się z pytaniem o to, dla kogo Hołownia pisze. Jego adresatami są przede wszystkim ludzie poszukujący, wątpiący, początkujący w wierze, młodzi (przy czym trzeba dodać, że ta klasyfikacja jest bardzo uproszczona i osobiście znam wielu czytelników Hołowni, nie mieszczących się w tych ramach). Taktyka autora „Monopolu…” nie jest wynikającą z bezradności kapitulacją wobec wszechpanującego modelu kultury, lecz świadomą strategią, działaniem obliczonym na skuteczne głoszenie Dobrej Nowiny. Lekki i zabawny styl dziennikarza sprawia, że czytelnik ma w ogóle odwagę sięgnąć po, jakby nie patrzeć, książkę religijną. To po pierwsze.

Po drugie, czego dowodzą zacytowane wyżej fragmenty, Hołownia pisząc o Bogu, wykorzystuje to, co nas otacza i odnosi się do tego, co dla nas jest ważne. Bo kto nie chce być wolny albo żyć w szczęśliwym związku? Kto nie ma swoich idoli i nie marzy o dobrym samochodzie? Dzięki temu łatwiej zrozumieć przekaz o Bogu, nabierając jednocześnie przekonania, że On nie należy do prehistorii, ale przenika także nasz współczesny świat i mogą nam o Nim coś ważnego powiedzieć nie tylko święci czy księża, ale także gwiazdy popkultury.

Oczywiście, konwencja języka popteologicznego ma swoje wady i zalety. Na pewno może nieść ze dobą ryzyko banalizacji przekazywanych treści, choć wydaje mi się, że – biorąc pod uwagę wszystkie poruszane przez niego teologiczne tematy – Hołownia nieźle się przed tym broni. Owszem, padają czasem takie sformułowania, które budzą mój sprzeciw czy niesmak („spalić ofiarne papu”, „«otorbić» YHWH”), ale to już kwestia gustu i wrażliwości. Poczucie niestosowności jego języka może także wynikać z tego, że przywykliśmy do mówienia o Bogu w sposób katechizmowy, utartymi formułkami. Tymczasem Hołownia mówi o Bogu „po ludzku”, łamiąc często zasady religijnej „poprawności politycznej”. Bo czy wypada podejrzewać Najwyższego, iż jest „emocjonalnie niezrównoważony” albo „strzela focha”? Przecież takie wrażenie, na przykład na początku naszych zmagań ze Starym Testamentem, mają prawo w nas zagościć, a szczerość i nazywanie rzeczy tak, jak je odbieramy, to jeden z podstawowych warunków dialogu.

Za największą i ciągle niedocenioną zasługę Hołowni uważam stworzenie nowego języka i nowych obrazów do przekazu prawd eschatologicznych

Warto jeszcze wspomnieć gatunkową różnorodność pojawiającą się w publikacjach Hołowni, gdzie nie tylko cytaty z Katechizmu Kościoła Katolickiego sąsiadują z poezją, ale można także znaleźć informacje dotyczące badań nad życiem pozaziemskim, déjà vu czy śmiercią kliniczną oraz dowiedzieć się, że nóż z zaokrągloną końcówką wynalazł nie kto inny, jak osławiony przez Aleksandra Dumasa w „Trzech Muszkieterach” kardynał Richelieu. Kiedy autorowi znudziły się klasyczne publikacje, do „Monopolu na zbawienie” dołączył grę planszową.

Nie wszystkim jednak ta gatunkowa różnorodność odpowiada. Andrzej Pierzchała polemizując z Hołownią na łamach „Rzeczpospolitej”, zauważył, że dziennikarz „[…] jak laik, miesza wszelkie możliwe pojęcia z pojęciem Kościoła na czele; na podobieństwo filmowca zmienia plany, portretuje szczegóły, zbiorowości, a nawet pejzaże. Dobiera przy tym przykłady od naukowych, przez publicystyczne, aż do plotkarskich. Cytuje na przemian publikacje, homilie, głosy, prywatne rozmowy, bon moty, a nawet dowcipy, wszystkim nadając podobną wartość”.

Wydaje mi się jednak, że Hołownia wielością gatunków, po które sięga, chce po prostu podbić atrakcyjność przekazu, wierząc jednocześnie w inteligencję czytelnika, potrafiącego nadać im właściwą rangę.

Mojżesz jak Lech Wałęsa

Mimo wielu kontrowersji styl głoszenia Dobrej Nowiny wymyślony przez Hołownię ma niezwykłą moc uwodzenia i przekonywania, o czym świadczy chociażby to, że jego dwie ostatnie publikacje, „Monopol na zbawienie” i „Bóg. Życie i twórczość” rozeszły się w nakładzie około 50 tys. egzemplarzy, co plasuje ich autora w towarzystwie takich pisarskich sław jak Jerzy Pilch czy Katarzyna Grochola. Warto też nadmienić, że „Bóg…” był najlepiej sprzedającą się książką Empiku w 2010 r. w kategorii nauk humanistycznych. Czego to dowodzi? Hołownia doskonale wyczuł niszę na polskim rynku wydawniczym, do tej pory królowały na nim pozycje bądź teologicznie zaawansowane, bądź infantylne czy wręcz dewocyjne. Co więcej, wyczuł także niszę w polskim Kościele, wciąż bowiem za mało jest w nim ofert dla ludzi poszukujących czy wątpiących. Hołownia, sam zaliczany do katolickich intelektualistów, opuścił bezpieczne gniazdo, zrezygnował z przetartych szlaków i zwrócił się do masowego odbiorcy, otwarcie przyznając w książce „Bóg. Życie i twórczość”: „Odnoszę wrażenie, że «rozkręcanie się» wiary nie zmniejsza puli pytań, które jej się stawia, a z posuwaniem się na drodze wiary – paradoksalnie – będą rosnąć też i wątpliwości (które jednak niekoniecznie muszą już wtedy «wysadzać» wszystko w powietrze, są raczej jak budzik, z którym zmaga się maszynista, by nie zasnąć na trasie)”.

Należy oczywiście zadać sobie pytanie o to, czy przypadkiem sukces autora „Tabletek…” nie bierze się stąd, że głosi on jakiegoś łatwiejszego Boga, a lekki język służy przekazywaniu wiary w wersji light. Ks. prof. Czesław Bartnik na łamach „Naszego Dziennika” nazwał styl komunikowania Hołowni komicznym wykładem nauki ewangelicznej. Jan Turnau natomiast, recenzując w „Gazecie Wyborczej” książkę „Bóg. Życie i twórczość”, ocenił ją jako nad-żartobliwą: „Żadnym dowcipem mnie Hołownia nie zgorszył, broń Boże, ale wszystko może się znudzić, nawet nienudzenie. Czy nie lepsza byłaby sałatka: komizm z patosem czy melancholią na przemian?”. Zarzuty wyłaniające się z tak różnych środowisk łatwo odeprze ten, kto publikacje Hołowni czyta uważnie – owszem, wiele w nich rzeczy do śmiechu, ale dotyczy to nie tyle treści, ile raczej samych sformułowań, np. „Mojżesz to prosty człowiek, który – jak nie przymierzając Lech Wałęsa – w odpowiednim momencie ujawnia swe przywódcze zdolności, a Bozia to pieszczotliwe określenie Absolutu”. Co zaś się tyczy treści, autor wielokrotnie podkreśla, że wiara jest przygodą dla odważnych, a Bóg nieprzewidywalnym partnerem. Gdyby Hołownia chciał głosić wiarę w wersji light, nie pisałby tyle o wyrzeczeniu, ofierze, a przede wszystkim cierpieniu i śmierci, bo te na pewno nie należą do modnych, atrakcyjnych i pożądanych tematów. Swoją drogą za największą i ciągle niedocenioną zasługę dziennikarza uważam stworzenie nowego języka i nowych obrazów do przekazu prawd eschatologicznych, np. definicja nieba: twoja ulubiona czynność pomnożona przez wieczność i nic więcej.

Zamieszanie

Biorąc na warsztat książki religijne, nie sposób pominąć pytania o ich teologiczną poprawność. Hołownia asekuracyjnie zastrzega, że nie tworzy traktatów teologicznych, lecz literaturę użytkową. Sam też szczerze przyznaje na końcu „Boga…”, że wielokrotnie spierał się z konsultantką tej pozycji dr Elżbietą Wiater – on jej zarzucał „skrzywienie katechetyczne”, ona zaś jedną z polecanych przez niego publikacji opatrzyła komentarzem: „cienka jak sik pająka”. Przy wnikliwej lekturze wspomnianej książki dotarłam do kilku passusów, które budziły teologiczną ostrożność. W moim odczuciu najmniej udaną częścią „Boga…” jest dość zagmatwany wykład o dwóch naturach Chrystusa (wiem, to ciężka materia, ale i autor nie byle jaki). Pisząc o nich, Hołownia zastanawia się: „Jak to się w Nim zmiksowało?”. To bardzo ryzykowne sformułowanie, bo sugeruje wymieszanie natur, a Katechizm Kościoła Katolickiego w punkcie 481 wyraźnie mówi: „Chrystus ma dwie natury, Boską i ludzką, nie pomieszane, ale zjednoczone w jednej Osobie Syna Bożego”. Autor zresztą sam się reflektuje: „Dwie współistniejące w Nim natury miewały według mnie – teologowie tym razem już na pewno mnie zabiją – momenty, gdy trudno im było harmonijnie zmieścić się w jednym bycie”.

Trudno mi też poprzeć Hołownię, gdy proponuje określenie „gniew Boży” zastąpić „gwałtowną reakcją”, bo nie wszystko musimy i powinniśmy zastępować „nowoczesnym” językiem, zwłaszcza jeśli chodzi o sformułowania tak głęboko związane z biblijną tradycją. Poza tym nie mogę się też zgodzić, że w relacji chrześcijanina z Bogiem etap bycia Jego uczniem nie jest „obowiązkowy”.

Opisane wyżej zastrzeżenia nie skłaniają mnie jednak do szykowania stosu dla autora „Monopolu…”, nie kliknę również „Lubię to!” pod komentarzem na Facebooku: „Hołownia nas wszystkich zaprowadzi do piekła”, wiem bowiem, jak wielu ludzi dziennikarz ten poprzez swoje publikacje zaprowadził do Boga i Kościoła. Kto nie wierzy, niech chociażby poczyta wpisy na forach internetowych. Istotną rzecz zauważyła Judyta Syrek, autorka książki „Uwierzcie w koniec świata!”: „Hołownia tłumaczy rzeczy podstawowe i ciekawie odpowiada na fundamentalne pytania, ale to do duszpasterzy należy wprowadzanie ludzi w głębię Tajemnicy”. Próbuję sobie wyobrazić sytuację, w której księża, zamiast krytykować publikacje twórcy „Tabletek…”, omawiają je w duszpasterstwach, wyłapując ciekawe tropy i odnajdując grząskie grunty. To by dopiero było studium teologii! By sprawiedliwości stało się zadość, dodam jeszcze, że zarówno w „Bogu…” (którą to pozycję uważam za najsłabiej dopracowaną w dorobku Hołowni), jak i w poprzednich książkach, znalazłam wiele informacji, które niewątpliwie podbudowały mój teologiczny warsztat.

Hołownia 2.0

Zadziwia fakt, że do tej pory na temat autora „Tabletek…” nie pojawiło się żadne rzetelne opracowanie (poza kilkoma pracami magisterskimi) ani nie odbyła się publiczna debata poświęcona wypracowanemu przez niego stylowi komunikowania wiary, choć „w kulisach” mówi się na ten temat dość ochoczo. Może dlatego, że Hołownia jest jeszcze „za młody”, a może dlatego, żeby nie legitymizować, jak ktoś to kiedyś ze złośliwym wdziękiem określił, tej „niepoważnej pisaniny”. Twórca tejże należy jednak do grupy najchętniej czytanych autorów religijnych w Polsce, ma na koncie pięć książek, w głowie pomysły na następne, a nade wszystko, spektakularnie zrealizował postulat szukania nowego języka przekazu wiary. Nie powinno się tego ignorować.

Tworząc ten artykuł, rozpędziłam się w jednym z akapitów i chciałam napisać, że pojawienie się książek Hołowni było wydarzeniem rewolucyjnym. Ale jak mówić o rewolucji, skoro bohater jest tylko jeden? Owszem, styl autora „Monopolu…” to unikatowa mieszanka i próby podrabiania go mogłyby wypaść dość żałośnie. Mam jednak nadzieję, że zwłaszcza młodzi pisarze i dziennikarze pójdą w ślady Hołowni i zajmą się ludźmi z obrzeży Kościoła, zwracając się do niech prostym, odteologizowanym językiem oraz wykorzystując cały ewangelizacyjny potencjał popkultury. I że będą to robić z pasją, bo wiele Hołowni można zarzucić, ale na pewno nie brak pasji.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 2-3/2011.


[1] Z dwóch powodów pomijam w tekście książkę Hołowni „Ludzie na walizkach”: po pierwsze nie jest to lektura ściśle religijna, po drugie ta publikacja o wiele bardziej jest dziełem rozmówców Hołowni niż jego samego.