Choć wyrastają z jednego doświadczenia zauroczenia powojennym komunizmem, każdy z nich wybierze inną drogę, na końcu której będzie stało pytanie o Jezusa.

Dlaczego nie widziałem tego wcześniej? Jest to przecież historia na wyciągnięcie ręki, ale dostrzegłem ją dopiero po przeczytaniu śmiałej biografii Zygmunta Baumana autorstwa Dariusza Rosiaka. Utwierdziło mnie zaś, gdy sięgnąłem po „Chrześcijaństwo” Leszka Kołakowskiego. Ich biografie, socjologa i filozofa, są żywotami równoległymi. W cieniu Baumana stoi Kołakowski, za plecami Kołakowskiego wyłania się Bauman: inspirują się, demaskują, wywierają wpływ swymi niesamowitymi osobowościami. I choć wyrastają z jednego doświadczenia zauroczenia powojennym komunizmem, każdy z nich wybierze inną drogę, na końcu której będzie stało pytanie o Jezusa.

Wiara

Dariusz Rosiak napisał odważną biografię Zygmunta Baumana. Autorowi udało się spod imponującej ilości książek i odczytów pokazać żywego, namacalnego – nieraz bardzo boleśnie – człowieka.

Bauman pod koniec życia niechętnie mówił o swojej przeszłości, zacierał ślady, zasłaniał się niepamięcią lub umniejszał swoją rolę. Bez hamletyzowania ani rozdrapywania ran po latach, zupełnie jakby płynnie przeszedł z jednej rzeczywistości do drugiej. W czasie II wojny światowej ucieka z Polski do ZSRR, a tam otrzymuje to, czego ówczesna Polska nie chciała mu dać: może się uczyć i nie musi znosić antysemickich zachowań kolegów z podwórka. Przechodzi szlak bojowy wraz z Armią Polską z ZSRR, a po wojnie wstępuje do Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego (KBW), gdzie jego zadaniem jest poszukiwanie i likwidacja m.in. żołnierzy Armii Krajowej. Dopytywany po latach o ten okres będzie unikał odpowiedzi.

Po wojnie wstępuje na uniwersytet, chce się uczyć, pnie się po szczeblach kariery. Ważną cechą jest wiara, niemal religijna, w słuszność komunizmu, zgodność myśli z partią. Potępia tych, kogo wskażą, popiera tych, których z partyjnego nadania trzeba. Oddaje legitymację partyjną dopiero w pierwszych dniach 1968 roku.

Zygmunt Bauman i Leszek Kołakowski przypominają Nikodema z Ewangelii Jana, gdy pod osłoną nocy toczą swoje własne rozmowy z Mistrzem z Nazaretu

Leszek Kołakowski, choć ma inne doświadczenia wojenne – okupację przeżywa w Polsce – podobnie podchodzi do komunizmu. W obydwu przypadkach, socjolog i filozof, postrzegają świat powojenny w czarno-białych barwach, jako stan ciągłej walki. Przy czym to komunizm jest jasną stroną mocą. Dla dobrego zobrazowania ówczesnego stanu mentalnego, niech posłuży przypomnienie, że w pierwszych powojennych latach Kołakowski chodzi z bronią w kieszeni płaszcza. Wokół zgliszcza, ale w głowie wojna – taki jest horyzont myśli.

Obydwaj są zaangażowani, chciałoby się powiedzieć „naiwni”, ale jest to już ocena z perspektywy czasu. Lata powojenne, zniszczona Polska – łatwo ulec mitowi nowego ładu. Komunizm jawił się wtedy jako „pogromca nazizmu”, był – jak pisał Kołakowski po latach – „mitem Lepszego Świata, tęsknotą za życiem bez zbrodni i poniżenia, królestwem równości i swobody… Był celem, który może usprawiedliwić wszystko”. Dla tego celu tamten Kołakowski mógł zrobić wiele: „Wierzyliśmy, że trzeba komunizm wprowadzać nawet przemocą, bo to jest przyszłość ludzkości”. Bauman wierzył tak samo, może nawet bardziej, wierzył bowiem wiarą żołnierza: miał mundur, miał broń, miał rozkazy.

Upadek w drodze do Damaszku

Pierwszy traci wiarę Kołakowski. W 1966 roku wygłasza wykład, w którym krytycznie odnosi się do partii. Po kilku dniach zostaje wydalony z partii. Część kolegów okaże się przyjaciółmi i wystąpią w jego obronie; część – jak Bauman – pozostanie gorliwymi wyznawcami i będą publicznie atakować filozofa. Ten epizod położy się cieniem na ich wspólnej relacji. Nigdy nie uda się im odbudować przyjaźni, w podeszłym wieku ograniczą swoje kontakty do dżentelmeńskich uprzejmości.

Niespełna dwa lata po odczycie Kołakowskiego to Bauman stanie się osobą publicznie krytykowaną. Obydwaj opuszczają Polskę po Marcu 1968. Kołakowski: bo angażuje się w protesty, Bauman: bo pada ofiarą antysemityzmu.

Chrześcijaństwo

Leszek Kołakowski, „Chrześcijaństwo”. Wstęp, wybór i opracowanie Hubert Czyżewski, Wydawnictwo Znak, Kraków 2019

I tu jest ciekawy moment dwóch żywotów równoległych: w przypadku filozofa emigracja spowodowana jest przekonaniami (utratą wiary), w przypadku socjologa opuszczeniem przez partię (odepchnięciem od „kościoła”, ale nie odepchnięciem od wiary). Dariusz Rosiak podaje głosy, jak ten Anny Sfard (córki socjologa), że Bauman w głębi duszy pozostał do końca marksistą. Atakowanie Zachodu, konsumpcyjności, a przy okazji jakaś dysproporcja w krytyce Rosji, nasuwają wniosek, że generalnie Bauman pisze używając innego języka, ale wciąż stawiając te same akcenty.

Na początku 1969 roku publikuje tekst, w którym przedstawia listę swoich (i swojego pokolenia) rozczarowań komunizmem, swój list rozwodowy z partią: „Mówiono im: ludzie są równi. (…) Mówiono im: historia jest walką klas, a polityka ścieraniem się klasowych interesów. (…) Mówiono im: socjalizm uskrzydla człowieka”. Brakuje w tej wyliczance zwrotu osobowego: mówiono mi. Bauman jest gdzieś schowany za tłumem, który opisuje. Takie jest prawo socjologa. Ale chciałoby się, raz na jakiś czas, aby ktoś opisujący społeczeństwo, przestał zasłaniać się innymi i przemówił w pierwszej liczbie pojedynczej.

Kołakowski pytany po latach przez Zbigniewa Mentzla o swoją fascynację komunizmem, odrzucał tak łatwo przywoływane na obronę przez innych intelektualistów „ukąszenie Heglowskie”. Jego odpowiedź na pytania o „tamte” lata jest spokojna, a jednocześnie zakotwiczona w jakiejś ciemności, jakby dochodziła z głębokiej studni: „Nikt nie jest usprawiedliwiony przez to, że padł ofiarą oszustwa, a brak odwagi nie tłumaczy nikogo, choćby dał się historycznie objaśnić, bo człowiek jest odpowiedzialny za wszystko, co czyni”. I choć w tej odpowiedzi również brak jednoznacznego „ja”, czytelnik odczuwa zupełnie inny wymiar odpowiedzi.

O samym sobie i chrześcijaństwie Kołakowski mówił tak: „w jakimś luźnym sensie mógłbym się chwalić, że jestem chrześcijaninem”

Nie zapominajmy jednak w tych, siłą rzeczy pobieżnych, żywotach równoległych, że życie Kołakowskiego wyraźnie dzieli się na dwie połowy. Zastanawiam się, jak zareagowałby na swoje własne słowa „tamten” Kołakowski, który nosił broń w płaszczu. Czy chciałby ich słuchać i czy byłby w stanie je naprawdę usłyszeć? Bauman takich dylematów nie miał.

Emigracja pędzi obydwu po różnych miejscach w świecie – jest przystanek w Stanach Zjednoczonych, jest pobyt w Izraelu – ale finalnie obydwaj zakotwiczają się w Anglii. Ciekawe są ich główne dzieła, które tam powstają. Kołakowski jakby konsekwentnie i niemal chirurgicznie bada utratę swej wiary w komunizm, publikując potężne dzieło „Główne nurty marksizmu”. Po nim zajmuje się przybliżaniem dawnej filozofii, jest świetnym popularyzatorem. I coraz więcej i więcej pisze o religii oraz chrześcijaństwie.

Bauman z kolei zdaje się pisać o wszystkim, dopóki pod niemal sam koniec kariery akademickiej przeczyta wspomnienia swojej żony, która ocalała z pożogi Holokaustu. Paradoksalnie temat, który był obecny w jego domu, ale którego nie chciał słuchać zbyt zajęty problemami świata. Historia, która była dosłownie na wyciągnięcie ręki, sprawia, że pisze „Nowoczesność i Zagłada”. Temat, od którego uciekał – byciem Żydem – dał mu niemal drugą młodość, złapał wiatr w żagle i z tej perspektywy, jak pisze Dariusz Rosiak w biografii „przez kolejne lata głównym tematem Baumana będzie spoglądanie w oczy sumieniu świata”.

Nikodemów dwóch

Monumentalne „Chrześcijaństwo” Leszka Kołakowskiego, to blisko tysiąc stron tekstów czasem rozproszonych w pismach tak polskich, jak i zagranicznych, przedmowy do książek oraz obszerniejsze fragmenty publikacji autorskich – to wszystko zmyślnie ułożone przez Huberta Czyżewskiego – każe zapytać raz jeszcze o chrześcijaństwo polskiego filozofa. Piszę raz jeszcze, bowiem teksty wydobyte z „szuflady biurka” Kołakowskiego po jego śmierci takie pytania już stawiały. Lektura „Herezji” oraz „Jezusa ośmieszonego” kazały się zastanowić nad miejscem Boga w życiu filozofa. Skoro tyle o Nim pisał, o wierze i Kościele, pokazując doprawdy świetną znajomość problemów teologicznych, to czy pisał jak mędrzec ukryty za „szkiełkiem i okiem”, czy może pisał też od siebie? Pytanie nie jest bezzasadne, bowiem nie istnieje dzieło oddzielone od biografii jego twórcy.

O samym sobie i chrześcijaństwie Kołakowski mówił tak: „(…) w jakimś luźnym sensie mógłbym się chwalić, że jestem chrześcijaninem”. Powiedzmy sobie szczerze: luźne chrześcijaństwo nie istnieje. Karl Rahner głosił „anonimowe chrześcijaństwo” i odczuwam, że Kołakowski mógł mieścić się w tej koncepcji. Problem polega tylko na tym, że nie istnieje ani luźne, ani anonimowe chrześcijaństwo. To ważne rozróżnienie i wydaje mi się, że Kołakowski był tego świadom.

Dariusz Rosiak, „Bauman”, Mando, Kraków 2019

Potężny tom „Chrześcijaństwo” w układzie Czyżewskiego świetnie oddaje postawę religijną filozofa: książka zaczyna się od tekstu o Erazmie z Rotterdamu, jakby alter ego Kołakowskiego, a kończy zmierzając w stronę Pascala. Tych dwóch wiar nie sposób zestawić ze sobą: jedna jest poszukująca, druga to prawdziwy skok w przepaść. Zapewne w takim rozdarciu musimy pozostać, pisząc o Kołakowskim i Bogu. Bo choć w „Jezusie ośmieszonym” pisał znamienne zdanie, że „Jezus jest ośmieszany, ale wiemy, że ma rację”, to esej ten pozostaje niedokończony, zupełnie jakby Kołakowski powstrzymał się przed udzieleniem ostatecznej odpowiedzi.

Trudno u Baumana znaleźć czegoś na kształt aktu wiary. Nie mniej w ostatnich latach, zarówno w swoich książkach, jak i wystąpieniach publicznych, jawi się jako świecki kaznodzieja. Dopomina się o ubogich, przyrównuje aborcję do Holokaustu. Cytuje Jana Pawła II, jego z kolei cytuje Benedykt XVI i Franciszek. Tym ostatnim jest wyraźnie zafascynowany. W 2016 roku, na kilka miesięcy przed śmiercią, spotyka się z papieżem Franciszkiem. Bauman jest już złym stanie zdrowia, ale za nic nie chce zrezygnować ze spotkania. „Jesteś dla mnie światłem w tunelu” – mówi do papieża. „Jeszcze nigdy nie porównano mnie do tunelu” – odpowiada w swoim stylu Franciszek. Żadna deklaracja konfesyjna nie padła z usta Baumana. Czy odnalazłby się w „luźnym chrześcijaństwie”, czy sam zaliczyłby siebie do „anonimowych chrześcijan”?

Kołakowski i Bauman przypominają Nikodema z Ewangelii Jana, gdy pod osłoną nocy – czyli w zakryciu przed naszymi oczami – toczą swoje własne rozmowy z Mistrzem z Nazaretu.

Nowoczesność pyta o diabła

Obydwaj – nieprzeciętnie inteligentni, nagradzani, utytułowani. Ich żywoty równoległe, gdzie pasja do nauki i wiedzy idzie w parze z uświadomioną mniej lub bardziej rywalizacją naukową, poczuciem winy i zbliżaniem się, swoistym orbitowaniem wokół Jezusa. Gdy próbuję wybrać jedno zdanie, które mogłoby podsumować każdego z nich, staję przed nie lada problem. Bauman genialnie opisał naszą teraźniejszość jako „płynną nowoczesność”. Czy chrześcijaństwo także może być płynne, czyli zacierające swoje granice, dostosowujące się do czasów współczesnych do tego stopnia, że rozmywać będzie radykalizm Ewangelii? Nie wiem.

Być może jakąś odpowiedzią dla tych żywotów równoległych mogłoby być zdanie Kołakowskiego „Czy diabeł może być zbawiony?”. I choć pytanie wcale nie jest oryginalne, bowiem stawiono je już od początków teologii (Orygenes, Grzegorz z Nyssy), a sam filozof nie udziela jednoznacznej odpowiedzi, to jednak sugeruje, że nie, diabeł nie może być zbawiony. Inaczej musielibyśmy zrezygnować już teraz, za tego życia, z poczucia winy, a co za tym idzie z rozróżniania dobra od zła. Ciekawe, czy myślał wtedy o drodze, którą przeszedł razem z Baumanem.