Sprawa Polańskiego jest smutna w dwójnasób. Oprócz tego, że potwierdza patriarchalność polskiego „światka” filmowego, ujawnia także fikcyjność liberalnej sfery publicznej, w której teoretycznie wszyscy jesteśmy równi.

„Godne potępienia postępowanie artystów nie musi wpływać na odbiór ich dzieła. Niekiedy twórczość pozostaje wielka – choć jej twórców fetować nie trzeba” – pisze na łamach „Więzi” ks. Andrzej Draguła. I żeby owej tezy nie pozostawić bez argumentacji, przywołuje całą kawalkadę wielkich nazwisk, od św. Tomasza z Akwinu po Umberto Eco. Gdyby nie zdjęcie ilustrujące artykuł oraz wzmianka w drugim akapicie, można by się w ogóle nie zorientować, że tekst odnosi się do ostatnich głośnych wydarzeń z Romanem Polańskim w roli głównej.

Nazwisko reżysera, nazwiska skrzywdzonych kobiet, prawdziwość cierpiących ciał – wszystko to ginie pod szczelną osnową z filozoficznej abstrakcji. W imię – takie przynajmniej można odnieść wrażenie – czystości sfery publicznej, w której nie powinno być miejsca na to, co prywatne. Oświecony uniwersalizm sięga w głąb szuflady z narzędziami i wyciąga stamtąd chłodny, zdystansowany umysł.

Pytanie o konieczność (lub nie) rozliczenia sprawcy, wagę krzywdy oraz – wzniesioną na podwójnych standardach moralnych – hierarchiczną strukturę polskiego środowiska artystycznego zastępują rozważania z cyklu „moralność autora vs. etyczność i wartość jego dzieła”. Przegląd starych i doskonale znanych stanowisk, które po #metoo brzmią jak wezwanie do umywania rąk.

Gra w podstawianie

Przypomnijmy więc w telegraficznym skrócie, czego dotyczy ostatni spór o Polańskiego. W ubiegłym tygodniu reżyser przyjechał do Łodzi na zaproszenie Forum Kina Europejskiego Cinergia – jego obecność miała uświetnić polską premierę filmu „Oficer i szpieg”. W sobotę Polański miał wziąć udział w zamkniętym spotkaniu w łódzkiej Szkole Filmowej, które ostatecznie odwołał w piątek wieczorem ze względu na sprzeciw części środowiska studenckiego. Studenci wystosowali petycję, w której domagali się odwołania spotkania, wchodząc tym samym w otwarty konflikt z organizatorami imprezy. Rektor szkoły Mariusz Grzegorzek – w opublikowany na Facebooku oświadczeniu – nazwał Polańskiego „naszym najwybitniejszym absolwentem”, a reakcje protestujących – „epatowaniem podnieconą, ciemną energią”. Sprawę szeroko komentowały media, ludzie związani z branżą filmową oraz zwykli internauci, stając po stronie „wielkiego artysty” lub krytykując fetowanie „przemocowca”.

W samej petycji próżno jednak szukać – jak sądzi wiele osób zaangażowanych w dyskusję – nawoływania do linczu. Dominują suche fakty: przypomnienie, że Polański jest obecnie oskarżony o przynajmniej pięć napaści seksualnych, a najmłodsza z domniemanych ofiar w chwili zajścia miała zaledwie dziesięć lat; że nie chodzi o zabawę w sąd czy „polowanie na czarownice”, ale o powagę i liczbę oskarżeń.

Polański jest obecnie oskarżony o przynajmniej pięć napaści seksualnych, najmłodsza z domniemanych ofiar w chwili zajścia miała zaledwie dziesięć lat

Petycja ma przy tym wielką wagę jako swego rodzaju dokument społecznej troski, o czym w ogóle nie wspominają liczni oburzeni „kamienowaniem” reżysera. Jest to klarowne i nie pozostawiające wątpliwości opowiedzenie się po stronie pokrzywdzonych – nie tyle ofiar samego Polańskiego, ale wszystkich kobiet, które kiedykolwiek doświadczyły przemocy seksualnej i dla których przyjmowane z honorami mężczyzny oskarżonego o wielokrotny gwałt byłoby niczym wymierzenie policzka prosto w twarz. Wskazanie właściwego miejsca w szeregu oraz dobitne przypomnienie, kto w rzeczywistości wyznacza reguły tak zwanej „debaty publicznej”. Jaka wrażliwość tam obowiązuje i kiedy przemoc faktycznie może zostać uznana za przemoc.

Żeby przekonać się, jak arbitralne są wspomniane reguły, wystarczy zagrać w prostą grę w podstawienie. W miejsce „wielkiego artysty” i „naszego najwybitniejszego absolwenta” wkładamy dowolne ciało pozbawione przywilejów białego mężczyzny z klasy wyższej: młodej aktorki, reżyserki bez Oscara na koncie, księdza z podkarpackiej wsi, imigranta z Bangladeszu dowożącego jedzenie w Uber Eats, pracownika fizycznego z Radomia. Oczywiście, zrównywanie ludzi o tak różnych statusach i możliwościach działania jest wielce naciągane i ma sens wyłącznie jako pewna zabawa teoretyczna (jeśli już tak lubimy uciekać w abstrakcje). Czy w takich przypadkach – kiedy oskarżenia będą analogiczne i równie mocne – gremium „świata sztuki” także uruchomi szeroki repertuar eufemizmów, byle tylko nie wypowiedzieć magicznego słowa „gwałt”? Czy życie oświetleniowca, który na planie filmowym zmusił trzynastoletnią statystkę do seksu analnego, będzie tak samo „skomplikowanym, pulsującym zjawiskiem, które wymaga uważności i szacunku” (słowa rektora Grzegorzka) co życie Romana Polańskiego? Czy w tych przypadkach wezwania do „powstrzymania się od ocen” oraz przypominanie, że „to było dawno”, „w tamtych czasach (lata 70.) inaczej się na to patrzyło”, „ona nie wyglądała na 13 lat”, byłyby tak powszechną praktyką? Szczerze wątpię.

Reżyser w sferze publicznej

Sprawa Polańskiego jest smutna w dwójnasób, bo – oprócz tego, że potwierdza patriarchalność polskiego „światka” filmowego – ujawnia także kruchość (czy nawet fikcyjność) liberalnej sfery publicznej, w której teoretycznie wszyscy jesteśmy równi, a w rzeczywistości nasze możliwości i pozycję determinuje przynależność klasowa, płeć czy pochodzenie etniczne. Jedne ciała będą zawsze bardziej kruche i łatwiejsze do zniszczenia, inne – dzięki społecznemu impregnatowi – wywiną się z opresji i zachowają przywileje. Wiem, że zwolennicy abstrakcyjnych rozważań i wykładania uniwersaliów ex cathedra nie przepadają za uciekaniem się do konkretów cielesnych i emocjonalnych. Chciałbym natomiast przypomnieć wszystkim wątpiącym, że praca reżysera to nie jest spotkanie ciał astralnych z Wielką Magnetyczną Gwiazdą ani żadna metafizyczna „komunia dusz”, „podróż w głąb świątyni artysty” czy „tkanie tajemnicy”.

To wszystko nakładane post factum interpretacje miłośników kina, bo robota filmowca jest w gruncie rzeczy czymś bardzo materialnym. Opiera się na zarządzaniu zespołem, dyrygowaniu ruchem, odpowiednim wykorzystaniu technologii, żeby opowiedzieć historię oraz skomponować obraz. Ma się pod sobą cały segment uległych ciał, które tylko czekają na polecenia i zrobią wszystko – zwłaszcza, jeśli nie mają jeszcze wyrobionej pozycji w branży – żeby nie zebrać cięgów od szefa. Ciał, których zawodowe być albo nie być zależy od „pulsującego zjawiska”, jakim jest życie, skłonności, temperament, przekonania i Bóg wie, co jeszcze „wielkiego artysty”. Wkładanie różnych ludzkich aktywności do jednego wora z napisem „dzieło artystyczne” – jak robi to ks. Andrzej Draguła – uważam za mydlący oczy redukcjonizm.

Polański nie dopuścił się nadużycia jako „Polański-osoba prywatna”, ale wykorzystał własną pozycję zawodową i przywileje wynikające z bycia „wielkim artystą” (i znanym mężczyzną), żeby zgwałcić nastolatkę

A fakty – analogiczne do tych, które stały za początkiem ruchu #metoo – są takie, że Roman Polański nie dopuścił się nadużycia jako „Polański-osoba prywatna”, ale wykorzystał własną pozycję zawodową i przywileje wynikające z bycia „wielkim artystą” (i znanym mężczyzną), żeby zgwałcić nastolatkę. Nawet gdybym uważał – a nie uważam – że abstrakcyjne rozważania z cyklu „życia a dzieło sztuki” mają sens, to casus Polańskiego wciąż by do nich nie pasował. To nie malarz impresjonista, który w zaułkach Paryża szuka młodych chłopców.

Wystarczy zadać sobie nieco trudu i przestudiować zeznania Samanthy Gailey (to ta „stara sprawa”, która skończyła się ucieczką reżysera ze Stanów; o najnowszych oskarżeniach można przeczytać m.in. tutaj) – wynika z nich jasno, że reżyser składał trzynastolatce obietnice zawodowe, a samo spotkanie, zakończone gwałtem, przebiegało w atmosferze profesjonalnej sesji fotograficznej: jeżdżenia i chodzenia po Hollywood w poszukiwaniu plenerów, wnętrz, póz, gestów i strojów, które spełniłyby surowe kryteria artystycznego oka.

Zatem bojkot?

Świadomość, jakie przywileje daje praca na planie i jak ściśle wiążą się one z potencjalną przemocą, nie jest przy tym równoznaczna z namawianiem do bojkotu dzieła czy negowaniem wartości tego, co już i tak istnieje i zostało po wielokroć obejrzane i przeanalizowane. Sami autorzy petycji nie oceniają spuścizny artystycznej Polańskiego ani nawet nie osądzają, czy oskarżenia są prawdziwie, czy nie.

Jeśli chodzi zatem o to, jak się ma oglądanie filmu do fetowania jego autora, trudno nie zgodzić się z Andrzejem Dragułą – są to dwie zupełnie różne praktyki. Różne także na poziomie etycznym. Oglądać można przecież na wiele odmiennych sposobów – krytycznie, z myślą o dyskusji, z wiedzą o systemowym charakterze nadużyć. Także – w perspektywie historycznej albo jako symbol zmieniającego się podejścia do hollywoodzkiej modelu pracy i obyczajowości. Można wreszcie oglądać filmy jako efekt zbiorowego wysiłku, kolektywnej pracy twórczej, bo przecież podejście autorskie, które stawia w centrum reżysera-boga zgarniającego wszystkie zaszczyty, to tylko jedna z dostępnych dróg.

Można więc oglądać Polańskiego także – a może nawet przede wszystkim – dla pracy aktorek, montażystek, kostiumografek, asystentek – dla ich artystycznej wielkości i heroicznego uporu w czasach, kiedy pozycja kobiet w branży filmowej była jeszcze słabsza, a ich ciała stanowiły milczącą kartę przetargową w rozgrywkach hollywoodzkich bonzów. O ilu przypadkach przemocy seksualnej na planach i w ich najbliższych okolicach jeszcze nie wiemy, a o ilu nie dowiemy się nigdy?

Fetowanie pozostaje natomiast praktyką powierzchowną, autorytarną i sprowadza się w gruncie rzeczy do braku dyskusji – sadzamy reżysera na tronie, przypominamy plakietkę z napisałem „nasz najwybitniejszy rodak i absolwent”, a następnie spijamy miód z jego ust i staramy się zadawać jak najmniej niewygodnych pytań. W ten sposób hierarchia ważności ulega zabetonowaniu po wsze czasy.

Daleko od równości

Z zeznań Gailey wyłania się także mało abkstrakcyjny świat dziecięcego strachu – nieporadnych gestów, uników, milczenia, uległości, ucieczki do własnego wnętrza. Możemy oczywiście zrobić tak, jak czyni wielu komentujących sprawę: z automatu podważyć wiarygodność skrzywdzonej. Napisać, że przecież doskonale wiedziała, co robi; że „makijaż był zbyt wyzywający”; że poszła „na imprezę narkotykową z dorosłymi mężczyznami, więc co się dziwić”; że „matka ją tam wysłała, bo chciały upolować znanego kolesia”. Albo inaczej – wziąć całą sprawę w cudzysłów, jak robi to choćby Andrzej Draguła. Obie te strategie – stawanie po stronie silnego lub patrzenie „z dystansu”, okiem chłodnym i pozbawionym emocji, jak na część Wielkiego Filozoficznego Zagadnienia – umacniają mnie tylko w przekonaniu, że w sferze publicznej jesteśmy miliony lat świetlnych od prawdziwej równości.

I że jej liberalna formuła sprawdza się tylko w przypadku, kiedy nie dotyczy tych, którzy sprawują w niej realną lub symboliczną władzę – elit finansowych, intelektualnych, politycznych. Żeby więc elitom nie dawać ostatniego słowa, zostawiam Was ze studentkami i studentami filmówki. A przynajmniej z tą ich częścią, która w trosce o koleżanki i kolegów – wszystko jedno, będących czy niebędących w mniejszości – zobaczyła wartość większą od dobrego samopoczucia jednego silnego mężczyzny: „Spotkanie z panem Polańskim na terenie Szkoły byłoby lekceważące wobec wszystkich osób, które doświadczyły przemocowych zachowań seksualnych. Takie osoby są również wśród nas, są częścią społeczności naszej Szkoły”. Oraz – dodajmy – całego naszego kraju.