Wydawało się, że do końca roku ton debatom o prawach kobiet będą nadawać feministki walczące w Sejmie o feminatywy lub tzw. droga synodalna u naszych sąsiadów za Odrą. Tymczasem swój kamyk dorzuca Prawo i Sprawiedliwość, tworząc nowe stanowisko: pełnomocnika rządu ds. polityki demograficznej.

Obejmie je Barbara Socha, była dyrektor komunikacji, rzecznik i dyrektor do spraw marketingu przemysłowego na Europę Środkowo-Wschodnią w IBM Polska. Kwestie demografii, w tym dzietności, znajdują się w gestii Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. To sprytny manewr, bo skoro do celów pełnomocnika zaliczono łącznie „zwiększenie dzietności i promocję tradycyjnej rodziny”, to poza demografią rząd chce dać odpór ruchowi feministycznemu i LGBT, które krytykują model tradycyjny, pokazując tzw. alternatywne formy życia małżeńsko-rodzinnego jako równoprawne kulturowo. Dwie pieczenie upieczone przy jednym ogniu. Kluczowe wydaje się pytanie, co pełnomocnik uzna za tradycyjne małżeństwo.

Socha jest absolwentką Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie, gdzie ukończyła dwa kierunki z zakresu bankowości i polityki gospodarczej. Ma też studia podyplomowe z dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Zna się nie tylko na biznesie i marketingu, ale także na kampaniach społecznych, które od czerwca koordynowała dla Fundacji Mama i Tata. Fundacja ta dała zaplecze eksperckie Stowarzyszeniu Ruch 4 marca (Socha jest jego prezesem). Ta z kolei organizacja powstała, aby protestować przeciwko Karcie LGBT+ w Warszawie oraz edukacji seksualnej, a więc z oddolnej potrzeby ludzi ideowych i zaangażowanych w sprawę.

Pani pełnomocnik nie będzie więc apolitycznym urzędnikiem. Obowiązki ma realizować w randze sekretarza lub podsekretarza stanu, mając nad sobą tylko premiera i w jakimś zakresie minister MRPiPS. Tak wysokie umocowanie pozwoli jej wspierać grupy, środowiska i organizacje prorodzinne, często opierające się na nauczaniu Kościoła (to one prawdopodobnie będą proszone o badania, analizy i ekspertyzy). To nie znaczy, że nie ma w nich dobrych ekspertów. Są. Odwołują się natomiast często do określonego światopoglądu, raczej obronnie niż twórczo. Dużo bardziej jest tu istotne, co Kościół naucza o różnicach między kobietą i mężczyzną w rodzinie, niż o samej rodzinie. Bo to na różnicy płci, na komplementarności ról, opierać się ma tradycyjna dzietność.

Poza demografią rząd chce dać odpór ruchowi feministycznemu i LGBT, które krytykują tradycyjny model rodziny

Da się ograniczyć rozumienie tradycji do związku heteroseksualnego, w którym normą jest partnerstwo (łączenie przez żonę i męża pracy zawodowej i życia rodzinnego). Ale można też pracę kobiet potraktować jako zło konieczne (np. narzucone przez komunę), które nie pozwala jej zrealizować jedynego prawdziwego powołania – bycia żoną i matką. Tak było to rozumiane do Soboru Watykańskiego II. Pracę kobiety poza domem uznawano za grzech przeciwko rodzinie.

W polskiej świadomości potocznej wciąż dominuje nauczanie… sprzed Soboru. A rozważania na temat antropologii, czyli koncepcji człowieka w odniesieniu do sensu różnicy płci – o którym dużo pisali Jan Paweł II, Benedykt XVI i obecnie Franciszek – pozostają głównie w sferze teorii. Mówiąc krótko – toczy się u nas spory o aborcję, o lewicowe rozumienie praw kobiet, w tym ich kapłaństwo, pomijając fundamentalne kwestie: Kim jest kobieta? Kim jest mężczyzna? Jaki jest ideał relacji między nimi, skoro są różni i równi? Jaki z tego wynika model rodziny?

Problem jest poważny i nie pojawił się dziś. Dziś po raz pierwszy może mieć konkretne znaczenie w praktyce, przełożenie na politykę społeczną. Aby unaocznić, o co chodzi, wybrałam wstępnie tylko jedną tezę z nauczania o kobiecie i mężczyźnie. Trudno stwierdzić, na ile większość katoliczek je zna i kieruje się nimi na co dzień. Z mojego długiego doświadczenia wynika jednak, że tak właśnie postrzega powołanie kobiety i mężczyzny spora liczby księży i katolików – obrońców rodziny.

Nie znajdziemy tego w dokumentach Kościoła Powszechnego, ale tezy te są (od dekad!) powielane w podręcznikach dla przyszłych księży w Polsce. Otóż – kobieta i mężczyzna są komplementarni. Komplementarność polega na tym, że kobieta z natury jest raczej altruistką, a mężczyzna – egoistą. Puzzle dopasowują się do siebie, gdyż ona spełnia się w trosce o innych, głównie o dzieci i męża, a mąż realizuje się poza domem, zarabiając na utrzymanie rodziny. Układ jest wygodny, prosty i… hierarchiczny, a nie partnerski. Wynika z niego duża zależność żony od męża, a nie na odwrót. Tak naturę płci przedstawił Czesław Strzeszewski, pionier polskiej katolickiej nauki społecznej, w pierwszym podręczniku do KNS dla kleryków i studentów teologii z 1958 r. Teza ta jest – co trudno pojąć – kopiowana bez zmian do podręczników współczesnych! Cytuję „Katolicką Naukę Społeczną”: „Badania psychologii doświadczalnej wskazały na trzy dominujące cechy psychiczne kobiet: 1. Alterocentryzm; 2. Wrażliwość uczuciową; 3. Pragnienie macierzyństwa”.

Idąc dalej za podręcznikiem: kobiety z natury nie są egocentryczne, są za to wrażliwe. Obie cechy wynikają z determinującego ich pragnienia macierzyństwa. Kobiety są także cierpliwe i odporne, dobrze znoszą prace żmudne (nudne?), monotonne, drobiazgowe – jak maszynistka, stenotypistka, sekretarka. Tu autor powołał się na „zjawisko statystycznie potwierdzone” i przyznał nawet kobietom palmę pierwszeństwa nad mężczyzną! Dodając „alterocentryzm kobiety […] wyznacza jej rolę przy boku mężczyzny, którego psychika wskazuje raczej skłonności egocentryczne”. Egocentryzm mężczyzny predestynuje go do wykonywania czynności zewnątrz domowych, do reprezentowania rodziny wobec innych społeczności, spełniania roli głowy rodziny”.

On jest mózgiem, ona jest sercem. Nie wiem co na to pani premier rządu RP Beata Szydło, choć czy nie była nieco sercem, podczas gdy mózgiem był mężczyzna, pan prezes? Matka narodu…

Która z nas marzy o pracy stenotypistki? Kocha sprzątać, zmywać, prać, ścierać kurze? Odczuwa tak swoją naturę? A tego uczą się klerycy polskich seminariów duchownych

Godność kobiety i mężczyzny jest równa, ale zakres wolności, ilość pieniędzy, władzy, możliwości osiągania sukcesu, korzystania z przywilejów – nie. To na dodatek koresponduje ze stwierdzeniem Jana Pawła II z Listu Apostolskiego „Mulieris Dignitatem”: „Chociaż Kościół posiada strukturę hierarchiczną, to jednak cała ta struktura całkowicie jest podporządkowana świętości członków Chrystusa. […] Sobór Watykański II potwierdzając naukę całej tradycji przypomniał, że w hierarchii świętości właśnie «niewiasta», Maryja z Nazaretu, jest «pierwowzorem» Kościoła. […]”.

No i mam kłopot. Maryja była bowiem niepokalanie poczęta! Święta od dnia poczęcia, od narodzin! Każda z kobiet oprócz Niej jest dziedziczką grzechu pierworodnego. Nie jest nam wcale obcy egocentryzm, ambicje i aspiracje. Nie lubimy się poświęcać dla mężczyzn bezinteresownie aż tak, jakby chcieli. I wolimy być pierwsze w hierarchii ziemskiej – lub przynajmniej równe – niż tylko w rywalizacji o świętość (opartą na pokorze, krzyżu i ascezie), docenioną post mortem. To bardzo miłe czytać o sobie piękne i wzniosłe rzeczy, ale która z nas marzy o pracy stenotypistki? Kocha sprzątać, zmywać, prać, ścierać kurze? Odczuwa tak swoją naturę? A tego uczą się klerycy polskich seminariów duchownych, bo KNS to przedmiot obowiązkowy, zakończony egzaminem… Czy mogą być autorytetami dla liderów ruchów prorodzinnych i pani pełnomocnik?

Osobną sprawą jest założenie, że mężczyzna ksiądz jest z natury egocentryczny i tego chciał Bóg. Trudno się nawet dziwić kryzysowi kapłaństwa, skoro księża z natury mają tak bardzo pod górkę do świętości. Bóg doprawdy byłby niesprawiedliwy, gdyby ich skazał na naturę grzesznika, a kobietom dał świętość bez wyboru, na mocy bezinteresownego daru. Ku pomocy mężczyznom.

Pomijam tu kwestię zmian wprowadzonych przez Jana Pawła II – kobieta nie ma być jednostronną pomocą dla męża i źle interpretowano św. Pawła. I nie ma być poddana mężowi. To też słabo znane fragmenty nauczania papieża Polaka. Poddanie i pomoc mają być absolutnie wzajemne. Tylko czy to zapewni dzietność Ojczyźnie…