O zdradzie w Kościele każdy przeciętnie wykształcony katolik sporo wie. Tyle tylko, że zdrada kojarzy mu się z innymi.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 2/2007.

Zdrada wpisana jest w narodziny Kościoła: symbolem jest Judasz, inni – uciekający apostołowie, razem z Piotrem („pierwszym papieżem”!) – nie byli lepsi.

Oprócz Jana wszyscy zdradzili Jezusa.

Ale także liczebnie niewielki, rodzący się Kościół, dokonał jeszcze czegoś innego, co w jednej ze swych książek podkreślił Simon Tugwell OP, pisząc: „Oni zdradzili Judasza” – oni, to jest apostołowie. Koledzy Judasza!

Jan zapisał, relacjonując okoliczności, wśród których zdrajca opuścił salę Ostatniej Wieczerzy: „[…] po spożyciu kawałka chleba zaraz wyszedł. A była noc” (J 13, 30). Przejmujący dotyk ciemności!

I nikt, żaden z owego wybranego przez Pana grona nie wyszedł za nim, by go powstrzymać.

Gdy Judasza już nie było z nimi, zapewne z ulgą odetchnęli…

Oni. Osoby.

A czy Kościół – czy to jako instytucja czy wspólnota – nie zdradzał nie tylko swoich członków, ale i podstawowych swych zasad, wręcz Chrystusa? Na przykład wchodząc między wilki jak wilk, zamiast jak bezbronna owca; gdy przez siedemnaście wieków, od tak zwanego edyktu mediolańskiego, tyle razy nie tylko szukał wsparcia we władzy świeckiej, ale nawet z nią się utożsamiał. Kiedy wiedziony był bojaźnią (czy tylko o wiarę chodziło, a może jednak także o wielkie dobra doczesne, o wymierne źródła materialnego zysku?) tak w okresie Reformacji, jak i po rewolucji francuskiej.

Bo przecież Kościół przestał się bać świata (tak, jak nie bał się go przed 313 rokiem) dopiero po II Soborze Watykańskim.

Czy i owych siedemnaście wieków lęku, strachu, bojaźni nie nosiło w sobie elementów zdrady Chrystusa?

Kiedy się wertuje akta nagromadzone przez UB i SB, przebijają się przez nie wszelkie grzechy i słabości zarówno osób, jak i instytucji.

Dziś obraz Kościoła w oczach Polaków – szczególnie po pontyfikacie Jana Pawła II, a zarazem w czasie nieskąpiącym wstrząsów związanych z lustracją – to obraz Kościoła może nie tyle świętego świętością Założyciela i grzesznością członków, co raczej monumentalnego. A przy tym – jak każdy monument – potężnego, a nadto bohaterskiego, wielkiego kombatanta, a pewnie i jedynego prawdziwego bohatera czasów wojny z komuną.

Tłumy podczas pielgrzymek papieskich (także Benedykta XVI.), tłumy przed Jasną Górą, wielkie rzesze w świątyniach, kolejki do konfesjonałów (przynajmniej – lub tylko – w okresie adwentowym i wielkopostnym). To wszystko – wszak dostrzegane gołym okiem – wzmacnia widzenie owego monumentu i często także (a szkoda!) skutecznie blokuje pytania dotyczące stosunku liczby obecnych (tłumu!) do nieobecnych czy przełożenia oficjalnych dowodów pobożności na życie polityczne, społeczne, gospodarcze…

Kościół przestał się bać świata (tak, jak nie bał się go przed 313 rokiem) dopiero po II Soborze Watykańskim

Tym ciężej jest – w blaskach monumentu – dostrzec cienie, wręcz ciemności zdrady. Zwłaszcza w szeregach duchowieństwa.

Bo w ogóle o zdradzie w Kościele każdy przeciętnie wykształcony katolik (świecki i duchowny, choć ten ostatni mógłby posiadać lepszą wiedzę historyczną, społeczną i polityczną) sporo wie. Owszem, tyle tylko, że zdrada kojarzy mu się z innymi – Ariuszem, albigensami, Lutrem, Kalwinem, Henrykiem VIII.

Ci inni w chrześcijaństwie zdradzali.

Już mniej wiemy – jeżeli w ogóle coś wiemy – o tym, że w czasie wielkiej rewolucji francuskiej paryski arcybiskup Jean-Baptiste Gobel (1727-1794) zamienił mitrę na czapkę frygijską… chcąc ocalić głowę. Potem zresztą stracił i głowę, i jej rewolucyjne nakrycie, zaś u współczesnych i potomnych także cześć. Że jeden z najważniejszych architektów porządku politycznego systemu stworzonego przez Kongres Wiedeński Charles Maurice Talleyrand (1754-1838) nie tylko służył i zdradzał wielu panów (i panie!), ale był biskupem-apostatą. Że Leopold hr. von Sedlnicky (1787-1871) wolał w 1840 roku porzucić swą stolicę biskupią we Wrocławiu i zostać w Berlinie protestanckim pastorem.

Że echo 2000 lat srebrników, może być – miast brzęku – cichym szelestem złożonego przez esbeka na blacie biurka paszportu.

Że judaszowe pragnienie bycia – wreszcie! – kimś (opieka nad trzosem, wspólna kasą było czymś niewystarczającym – na Tabor weszli z Jezusem inni) przekłada się na bycie kimś ważnym w kurii lub klasztorze.

Analogie można snuć bez zbytniego naciągania – przecież Pismo Święte jest żywą Księgą żyjących ludzi – wówczas, dziś i po nas. Po wszystkie czasy.

Oczywiście, po doświadczeniach ostatnich lat i miesięcy można wysnuć i taki wniosek: wszyscy jakoś utytłali się w rynsztoku komunizmu. Co jest szczerą prawdą, bo każdy chciał żyć: skończyć szkołę, założyć rodzinę, posiadać mieszkanie itd.

Kwestią jest: kto, kiedy, na ile i za ile pragnął tego wszystkiego.

I im bardziej miało się ku końcowi pragnącej uszczęśliwić ludzkość utopii – stosunek do niej (zwłaszcza osób duchownych) winien nie budzić (i nie budził u 85-90 proc. kapłanów) żadnej wątpliwości. Tym bardziej, że papieżem był Jan Paweł II!

Zostaje owych 10-15 proc. – ukąszonych.

W kazaniu sylwestrowym, jak podała Katolicka Agencja Informacyjna, biskup koszalińsko-kołobrzeski Kazimierz Nycz powiedział, że chciałby, aby „w 2007 roku Kościół do końca, szczerze, nawet czasem do bólu, potrafił się uporać z problemami, jak chociażby z lustracją, która jest «bombą z opóźnionym zapłonem»”.

Czy Kościół – czy to jako instytucja czy wspólnota – nie zdradzał nie tylko swoich członków, ale i podstawowych swych zasad, wręcz Chrystusa?

Scenariusz uporania się ze zdradą też jest zapisany w dziejach młodego Kościoła:

– Judasz pragnął się unicestwić, odbierając sobie życie i nie wiemy co się z nim stało w wieczności, wiemy natomiast, że w doczesności rozległo się nad nim słowo Tego, kogo zdradził: „przyjacielu”;

– Piotr zapłakał – publicznie – i Pan nie tylko mu przebaczył, ale obdarzył go największym, niejako instytucjonalnym zadaniem (J 21, 15nn.) i ten chwiejny w decyzjach, porywczy w słowach człowiek stał się Skałą, wobec której piekło jest bezradne;

– i jeszcze Szaweł-Paweł, ktoś miedzy esbekiem i prokuratorem forującym wyroki śmierci – stanął obok Skały.

Apostołowie dotknęli Pana Zmartwychwstałego, a raczej On ich dotknął. Dotykiem jasności życia.

Tym dotykiem żyje Kościół. Winien żyć.

Także polski, by stale mógł się nawracać – in capite et in membris [w głowie i w członkach]. Nawracać się, to znaczy odwracać się w swej historii ze złej drogi, z drogi zdrady.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 2/2007.