Jako działacz pro life zrozumiałem, że nie wystarczy prawdę głosić, lecz trzeba do niej przekonywać. A sekret przekonywania leży w łagodności, w spotkaniu z drugim człowiekiem, który jest inny.

Wkrótce minie dziesięć lat, od kiedy zajmuję się tematyką aborcji. W ciągu tych tysięcy dni setki razy dyskutowałem o przerwaniu i terminacji ciąży, albo o indukcji poronienia. Wiele razy brałem udział w konferencjach „za życiem”, pokazując różne konsekwencje działań aborterów. Rozmawiałem z kilkoma kobietami, które aborcji dokonały: każdą z tych rozmów doskonale pamiętam.

Ostatnio zrobiłem pewne podsumowanie. Gdy zaczynałem moją drogę w tym obszarze bioetyki, wykonywano w Polsce około 600-700 tego typu zabiegów rocznie. Obecnie, pod koniec drugiej dekady XXI w., liczba zarejestrowanych  przypadków wynosi ok. 1100 aborcji rocznie. Mamy silne działania pro choice oraz inicjatywy ruchu pro life. Mamy także coraz wyraźniejsze zjawisko, które doskonale oddaje sparafrazowany fragment piosenki Kuby Sienkiewicza z filmu „Kiler”: „Wszyscy (nie)zgadzamy się ze sobą, a będzie nadal tak, jak jest”.

Spójrzcie na siebie

Wielki mistrz polskiej psychiatrii, prof. Antoni Kępiński, mawiał podobno, że człowiek jest w stanie zrobić względem drugiej osoby jedynie dwie rzeczy: po pierwsze, może się do niej przybliżyć, a po drugie, może – wprost przeciwnie – oddalić się od niej. Patrząc na polską debatę aborcyjną, widać raczej ostatnią z wymienionych postaw.

Jak stwierdził niegdyś prof. Rocco Buttiglione, dyskusja społeczna dotycząca ludzkiego życia opiera się bardzo często na filozofii okopywania się. Jedna i druga strona sporu ma swoje racje. Dojść wręcz możemy do wniosku, że zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy przerywania ciąży stworzyli ze swojej aktywności swoistą „religię”: są męczennicy sprawy, są niepodważalne dogmaty, są też „święte” miejsca i świadectwa cennych postaci, będące gotowym narzędziem do „nawracania”.

Film „Nieplanowane” jest obrazem nieoczekiwanym dla przeciwników aborcji. Fundamentalna zmiana w głównej bohaterce następuje w bezpośredniej relacji, gdy oponenci porzucają ostry język antyaborcyjnych obrazów i słów

A gdyby tak spojrzeć inaczej? Gdyby spytać: „Co zwolennik aborcji wie o jej przeciwniku? Co działacz pro life wie o pracownikach klinik aborcyjnych, np. na terenie USA?”. Pytania te mocno wybrzmiały w emitowanym w ostatnim czasie w polskich kinach filmie „Nieplanowane”. Opowiada on historię Abby Johnson, byłej dyrektorki kliniki aborcyjnej prowadzonej przez organizację Planned Parenthood. Film pokazuje z jednej strony działania podejmowane na terenie podobnych placówek. Z drugiej, zapewne bardziej kluczowej perspektywy produkcja ta przedstawia nam wewnętrzną ewolucję Abby, która – krok po kroku – zmienia swoje nastawienie do zabiegów przerywania ciąży. Kilka zdarzeń sprawia, że z aktywnej działaczki, wierzącej w ideę praw reprodukcyjnych, staje się osobą, która dołącza do antyaborcyjnej koalicji na rzecz życia.

W trakcie jednej z emisji filmu „Nieplanowane” w Łodzi protestowały młode osoby związane z organizacją „Dziewuchy – dziewuchom”. Stałem obok nich nieco dłużej i zastanawiałem się, co o mnie myślą, jakie mają o mnie wyobrażenie. Podobne pytania postawione zostały niegdyś przed dr Maggie Little, wówczas dyrektor Centrum Etyki Uniwersytetu Georgetown. W trakcie kursu „Wprowadzenie do bioetyki” słuchałem jej opowieści o jednym z najbardziej niezwykłych doświadczeń, jakie miała w ostatnim czasie. Jako badaczka krytykująca aborcję w USA brała udział w spotkaniu z osobami, które są jej zwolennikami. W pewnym momencie wszystkich zaproszono na kolację. Organizatorzy posadzili przy stole naprzemiennie zwolenników i przeciwników przerywania ciąży. Gdy wszyscy się w tym zorientowali, usłyszeli prośbę ze strony osób ich zapraszających. Poproszono, by spojrzeli na siebie i odpowiedzieli sobie na kluczowe pytanie: Czego się w sobie nawzajem najbardziej boicie?

Kultura antydialogu

Sam miałem w ostatnim czasie podobne doświadczenie. Niespodziewanie zaproponowała mi je moja żona, kiedy wspólnie prowadziliśmy szkolenie dla działaczy pro life. Nagle wpadła na (nie w pełni uzgodniony ze mną) pomysł, abym – wraz z trójką znajomych – wcielił się w rolę zwolenników, a nawet propagatorów edukacji seksualnej dla dzieci i młodzieży, zgodnej ze standardami Światowej Organizacji Zdrowia (WHO).

Po spotkaniu usłyszałem, że doskonale wszedłem w rolę zideologizowanego seksedukatora. Odrzucałem każdy argument, wyśmiewałem innych, a nawet ochrzaniłem księdza na sali, zwracając się do niego „per pan”. W zasadzie byliśmy w pewnym szoku. Po pierwsze bowiem doświadczyliśmy emocji całkiem nam nowych, a po drugie, okazało się, że nawet nie zbliżyliśmy się do dialogu między sobą. Pozostała, większa część uczestników miała nas przekonać, że tak rozumiana edukacja seksualna jest zła. Jedyne, do czego się przekonaliśmy, to fakt, iż świetnie się nie słuchamy.

W dyskusjach bioetycznych nie potrafimy – a kto wie, może nawet nie chcemy – ze sobą rozmawiać. Kłótnia i spór stały się wartością samą w sobie

Osobiście – jako pedagog specjalny i teoretyk prawa – mam na temat wytycznych WHO bardzo krytyczne zdanie. Uważam, że opierają się one na kilku błędach. Po pierwsze, promują niczym nieuzasadniony paradygmat, w którym seksualność człowieka jest najważniejszym wymiarem jego bycia i funkcjonowania. Rzecz jasna, jest to sfera wręcz bezcenna, ale nie definiuje całej osoby, w tym noworodka, jak w standardach wskazano. A w tym dokumencie czytamy: „Od momentu urodzenia dzieci uczą się wartości i przyjemności wynikających z kontaktów cielesnych” (s. 13). W innym miejscu wskazano, że „edukacja seksualna rozpoczyna się w momencie narodzin” (s. 27), a „seksualność jest kluczowym aspektem istnienia człowieka; nie jest ona ograniczona do określonych grup wiekowych” (s. 17).

Po drugie, uważam, że błędem jest postawienie przez WHO na formalną edukację seksualną dzieci przez specjalistów, kosztem nieformalnej edukacji seksualnej podejmowanej przez rodziców. Nie jest dla mnie zrozumiałe wyrugowanie pojęcia „wychowania seksualnego” – kosztem „edukacji seksualnej”. W standardach przedstawiono, np. na stronie 20, że wychowanie seksualne rozumiane jest jako edukacja seksualna. Przekazywanie i kształtowanie wartości u dziecka miesza się tutaj z elementami dotyczącymi przekazywania wiedzy.

Bez względu jednak na powyższe, mój niespodziewany udział w debacie po stronie standardów WHO uświadomił mi namacalnie, że w dyskusjach bioetycznych nie potrafimy – a kto wie, może nawet nie chcemy – ze sobą rozmawiać. Kłótnia i spór stały się wartością samą w sobie: czymś, co można genialnie sprzedać, uzyskując realny „zysk” w postaci wpływu społecznego – opartego jednak niestety na niczym innym, jak na lęku.

Kruche dziedzictwo

Ks. Alfred M. Wierzbicki, „Kruche dziedzictwo. Jan Paweł II od nowa”, Wydawnictwo Więź, Warszawa 2018

Myli się ten, kto winą za powyższe obarczałby tylko środowiska liberalne. Sam utożsamiam się z konserwatywną stroną opinii publicznej (choć pewnie kilka osób właśnie mnie z tego grona wyrzuca). Popatrzmy więc na nasze, konserwatywne działania. Przecież my cały czas operujemy retoryką wojenną. Jest wróg, jest walka i jest forteca, której mamy bronić. Nie ma dialogu, negocjacji i mediacji. Jest zagrożenie i niespodziewany w tym wszystkim paradoks, dostrzegany w ostatnich tygodniach.

Okazuje się bowiem, że film „Nieplanowane” jest obrazem nieoczekiwanym nie dla zwolenników aborcji, lecz właśnie dla jej przeciwników. Jak bowiem mogą zobaczyć widzowie w kinie, działacze krzyczący pod kliniką aborcyjną Planned Parenthood oraz promowane tam wizerunki śmierci nie przynoszą nic, poza utwierdzeniem o „oszołomowatym charakterze” przeciwników „prawa kobiet do własnego ciała”. Zmiana (w tym fundamentalna zmiana w głównej bohaterce tej opowieści) następuje dopiero w bezpośredniej relacji, w momencie, gdy druga osoba do niej podchodzi. Zmiana zaczyna się, gdy pomimo sporu ktoś chce znać twoje imię. Zmiana wydarza się, gdy porzucasz kusząco ostry język obrazów i słów, a skupiasz się na inaczej rozumianej walce – walce o dialog – i na modlitwie w milczeniu, która, jak się okazuje, burzy aborcyjne statystyki (jak wskazywała bowiem Abby, gdy przedstawiciele organizacji pro life modlili się pod jej kliniką, liczba zabiegów przerwania ciąży spadała o 70 proc.).

Nie wystarczy głosić, trzeba sobą przekonywać

„Cóż z tego, mój drogi, że masz rację… Powiedz mi raczej, jakie z tego płynie dobro?” –stwierdził kiedyś ks. prof. Józef Tischner. Zdanie to trafia w sedno dzisiejszej kultury antydialogu, której każda ze stron uległa.

Sam doświadczyłem tego ostatnio bardzo namacalnie. Kilka lat temu niemal cała Polska żyła sprawą z Polic, gdzie w klinice in vitro jeden z pracowników popełnił tragiczny w skutkach błąd. Do ośrodka leczenia niepłodności zgłosiła się para starająca się o dziecko. Okazało się jednak, że plemnikiem pochodzącym od mężczyzny zapłodniono przez przypadek komórkę jajową nie jego żony, lecz obcej kobiety. Żona natomiast urodziła nie swoją córkę. O wszystkim dowiedziała się w wyniku badań genetycznych, jakie przejść musiała dziewczynka, u której stwierdzono poważną wadę.

Wiele razy o tej sprawie pisałem. Pamiętam, jak mędrkowałem, że „skomplikowaliśmy biologię”. Kolejne teksty publicystyczne i naukowe pompowały moją proliferską dumę. Nagle kilka tygodni temu dowiaduję się, że dziewczynka ta – nazywana „Hanką Firanką” – zmarła. Jej tata podzielił się tą informacją ze wszystkimi, bo przez ostatnie lata opowiadał o jej niezwykłym życiu, czego już jako bioetyk niestety nie zdecydowałem się zgłębiać.

Tata Hani napisał tak: „Przygody Hanki Firanki… Każda przygoda się kiedyś kończy, raz jak u Kopciuszka happy endem, raz zupełnie odwrotnie. Wczoraj o godzinie 23:15 nasza Hania zakończyła swoją ziemską podróż. Wybrała czas i miejsce… w ciepłym domu, który zawsze staraliśmy się jej stworzyć, w ramionach mamy, która kocha jak nikt inny i bez bólu, którym była naznaczona od pierwszego dnia swoich narodzin”.

Czytałem te słowa i – samemu będąc ojcem innej Hani – domyślałem się, że wspomniany powyżej Tata opisze jakiś dramat, którego doświadczył. I tak było: „Mały Dzik, bo tak uwielbiałem do niej mówić, musiał się poddać, przeszedł w co wierzę na «lepszą stronę mocy». Zostaje pustka i pęknięte serce. Pamiętajcie o Hani, bo dała świadectwo – świadectwo miłości i walki!”.

Co zwolennik aborcji wie o jej przeciwniku? Co działacz pro life wie o pracownikach klinik aborcyjnych, np. na terenie USA?

Czy zdania te zmieniają moją opinię o in vitro? Nie! Uświadamiają mi jednak, że rację miał ks. prof. Alfred Wierzbicki, który w książce „Kruche dziedzictwo” słusznie zwrócił uwagę, że nie nauczyliśmy się jeszcze w Kościele mówić o zapłodnieniu pozaustrojowym, pamiętając mocno o szacunku dla dzieci, które właśnie w ten sposób przychodzą na świat.

Wkładamy energię w pokazanie, jakie są biotechnologiczne i genetyczne „skutki próbówki”, zapominając później dobitnie krzyczeć, że każde życie jest cudem, bez względu na sposób poczęcia. Specjalizujemy się w pokazywaniu na plakatach rozczłonkowanych ciał małych dzieci, nie myśląc np. o kobietach, które poroniły i wychodzą ze szpitala wprost na podobny obraz. Szokujemy obrazami z historii III Rzeszy, w której masowo mordowano chorych, jednocześnie zapominając o pokazywaniu piękna życia, nawet tego trwającego pół minuty. Trąbimy o świętości życia, a jednocześnie w jakiś sposób profanujemy je, tak często nie mając pojęcia, w jakiej sytuacji są rodziny tych dzieci, które – pomimo licznych wad rozwojowych – przeżyły poród i dalej walczą o życie.

Czy jestem surowy? Tak. Wpierw dla siebie, patrząc na ostatnie lata mojego życia. Może to mi jednak uświadomi ostatecznie, że nie wystarczy prawdę głosić, lecz trzeba do niej przekonywać, i to przekonywać przede wszystkim sobą. A sekret przekonywania leży w łagodności, w spotkaniu z drugim człowiekiem, który jest inny – także ideologicznie inny – ale w sumie jest dokładnie takim samym człowiekiem, jest taki sam jak ty i ja.