Umiłowanie patosu połączone z krzykiem nie skażonym refleksją prowadzi do zaniku wartościowań etycznych i do postawy monopolisty w dziedzinie patriotyzmu.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 11/1998. To odpowiedź na list Gustawa Herlinga-Grudzińskiego.

Drogi Panie Gustawie,

Podzielam Pański pogląd, iż u źródeł przeżywanego głęboko patriotyzmu musi znajdować się głęboka sfera wartości okrytych milczeniem. Nie wywołuje ona publicznej admiracji przy świetle jupiterów, nie daje się sprowadzić do poziomu haseł ani programów głoszonych bądź to przez polityków, bądź też przez populistów występujących w roli samozwańczych mężów stanu.

Ta sfera ciszy nie jest bynajmniej wyłączną cechą postaw patriotycznych. Jej rola jest nie mniej doniosła np. w dziedzinie pracy naukowej. Istnieją osoby, które „posługę myślenia” chciałyby uprawiać w atmosferze teatralnego podziwu i powszechnego zachwytu. W swym dorobku mają znacznie więcej wywiadów o charakterze reklamowo-ideologicznym niż twórczych artykułów. Nad ciszę laboratorium czy nocne ślęczenie przy komputerze stawiają zmodyfikowane odpowiedniki trybuny pierwszomajowej. Tymczasem umiłowanie specyficznego połączenia nastroju 1 Maja z klimatem Niedzieli Palmowej może prowadzić najwyżej do łatwych efektów, w których wyżej się ceni powierzchowny slogan niż głęboką refleksję. W postawie tej trudno będzie odnaleźć autentyczny patriotyzm, kiedy olśniewający styl i efektowną grę pozorów podniesie się do rangi najważniejszej wartości.

Chrześcijaństwo w swej wizji świata uczy nas konsekwentnego odchodzenia od tej, tak łatwej psychologicznie, postawy. Najważniejsze dzieła zbawcze nie dokonały się przy akompaniamencie rozradowanych tłumów, skandujących radosne „Hosanna” w pejzażu jerozolimskiej wiosny. Chrystusowe dzieło Odkupienia osiągnęło swój przełomowy punkt w przygniatającej atmosferze Wielkiego Piątku. Samotny, młody skazaniec dźwigał wtedy belkę krzyża potykając się na wyboistych uliczkach Jerozolimy. Tłum przydrożnych gapiów nie wykazywał bynajmniej skłonności do entuzjastycznej ekspresji podziwu, poprzestając na komentarzach zdominowanych przez poszukiwanie taniej sensacji.

Tajemnica Zmartwychwstania również dokonała się w atmosferze, która nie pasjonowałaby ekip telewizyjnych. Kilka umęczonych kobiet śpieszyło rankiem do grobu ze swym zapasem olejku i niewypłakanych łez. Jakiś anioł, z którym nie dałoby się zrobić nawet porządnego wywiadu, udzielał informacji nie kierując się elementarnymi zasadami socjotechniki, tak dobrze opanowanymi przez naszych specjalistów od public relations. Milczenie, niedomówienia, brak patosu, o który prosiłaby się obiektywna doniosłość sytuacji.

Duchowość Nazaretu

Ten styl nie był następstwem przypadkowych uwarunkowań. Długie lata spędzone przez Chrystusa w Nazarecie stanowią wielką afirmację stylu, który łączy Pan z „cichą cnotą patriotyzmu”. Oswoiliśmy się już z tym stylem i skłonni jesteśmy przyjąć jako coś normalnego to, że w swej ziemskiej misji Jezus spędził 30 lat na prowincji okrytej ciszą. W swej głębokiej wymowie jest to jednak prawda szokująca dla umysłu ludzkiego. Bóg, który jeden raz w dziejach ludzkości przychodzi na ziemię, mógł przecież zgoła inaczej zagospodarować dar czasu wspaniałomyślnie ofiarowanego człowiekowi. Mógł poświęcić ten czas na dodatkowe cuda czy wygłaszanie teologicznych pouczeń, których jednoznaczność pozwalałaby uniknąć późniejszych herezji, konfliktów i sporów. Mógł wreszcie zorganizować wielką akcję charytatywną, podczas której przywróciłby do zdrowia wszystkich chorych i cierpiących, przynajmniej z terenów między Nazaretem i Kafarnaum.

Tymczasem, na przekór naszej logice, wybrał On środki, w których nie było spektakularnego rozgłosu. Nie chciał ani przekrzykiwać, ani miażdżyć argumentami teologicznymi tych, którzy ukochali prosty slogan i schronili się w przytulnym życiowym gniazdku, odrzucając Jego prawdę. Milczał wtedy, pozostając nieznanym i nieefektownym, jak w Betlejemską Noc, kiedy przyszedł niezauważenie wśród mroku stepów, wówczas gdy oczy świata wpatrywały się w Rzym i Jerozolimę. Milczał w wielu innych sytuacjach, jak gdyby chciał podkreślić rolę sfery wyciszenia w życiu Jego naśladowców. Milczał, pisząc palcem po piasku, kiedy pryncypialni specjaliści od kamienowania postawili przed Nim zatrwożoną kobietę. Milczał przed Piłatem, łączącym życiowy konformizm z pozorami zainteresowań intelektualnych. Milczał na krzyżu, gdy prześmiewcy prowokowali, aby zstąpił z krzyża.

Najważniejsze dzieła zbawcze nie dokonały się przy akompaniamencie rozradowanych tłumów, skandujących radosne „Hosanna” w pejzażu jerozolimskiej wiosny

W tym milczeniu Jezusa i w programowym unikaniu spektakularnych działań odnajduję afirmację zarówno cichej cnoty patriotyzmu, jak i duchowości Nazaretu praktykowanej także i dziś przez tych wszystkich, którzy traktują życie bardzo głęboko i nie starają się stwarzać wokół siebie atmosfery szumu, zachwytów, stylizowanego podziwu. Atmosfera wyciszenia pozostaje obca zarówno ideologom ceniącym gładki slogan, jak i sympatykom stylu Hollywood.

W tradycji chrześcijańskiej towarzyszy ona natomiast całej tajemnicy Wcielenia. Introit Mszy Świętej w przedostatni dzień roku mówi o tym pięknie: „Gdy wszystko było pogrążone w głębokim milczeniu, a noc w swym biegu dosięgła połowy drogi, wszechmocne Słowo Twoje, Panie, zstąpiło z nieba” (por. Mdr 18, 14 n.). Problem w tym, że nasze doświadczenie nocy częściej odreagowujemy krzykiem czy patetycznym sloganem niż głębią dyskretnego milczenia.

Imiona solidarności ducha

Nie znaczy to, by w imię chrześcijańskiej afirmacji milczenia należało deprecjonować wszystkie zachowania, w których dużą rolę odgrywa zewnętrzny czynnik ekspresji uczuć, marzeń czy tęsknot. Chcę wskazać przynajmniej dwa przykłady postaw, co do których podobna generalizacja byłaby uproszczona, nieprawdziwa, krzywdząca.

Postawa pierwsza łączy się z doświadczeniem wspólnoty modlitwy podczas stanu wojennego. Grudniowy dekret miał zatomizować społeczeństwo, zamykając wszystkich w izolatkach podobnych do monad Leibniza. Na przekór temu, co pisał John Donne, twórcy stanu wojennego byliby usatysfakcjonowani perspektywą, w której każdy z Polaków stanowiłby „samotną wyspę”. Wspólna pasterka w inną grudniową noc 1981 r. zamieniła jednak samotne wyspy w wielki archipelag solidarnych serc. Nawet osoby nieskłonne do wzruszeń wychodziły z niej ze łzami w oczach. To nie był słomiany patriotyzm na chwile wzruszeń między godziną 1 a 3 rano. Była to zewnętrzna afirmacja tych wartości, które nurtowały psychikę od długiego czasu i nawet jeśli przez tempo życia spychane były na margines ujawnianych zachowań, w tamtą noc znalazły swoją wyrazistą ekspresję, łączącą znaki wypływające z emocji z głębią podstawowych wartościowań. Tę samą postawę można było odnajdywać później podczas Mszy świętych za Ojczyznę.

Nie zawsze było jednak równie optymistycznie, gdyż w skrajnych przypadkach eucharystyczną ofiarę usiłowano sprowadzać do rangi instrumentu służącego wywoływaniu patriotycznych uczuć. Niektórym podobna teologia pozostała jeszcze do dziś i dlatego narażam się systematycznie poetom amatorom, gdy nie chcę wyrazić zgody, aby po Komunii Świętej recytowano ich najnowsze wiersze o Ojczyźnie, zamieniając Eucharystię w wieczór autorski. W kontekście podobnych prób, gdy niektórzy chętnie wykorzystaliby mękę Chrystusa do gawędziarskiej opowieści o własnych ranach i skaleczeniach, tak czytelne stawało się świadectwo ks. Jerzego Popiełuszki. Tłumy zgromadzone przy ołtarzu, podobnie jak później rzesze zebrane przy jego trumnie, reagowały uczuciowo. To uczucie wypływało jednak z najgłębszych, najbardziej podstawowych przekonań, w których słowa „Ojczyzna, honor, Bóg” nie były bynajmniej jedynie ozdobnikami z kombatanckiego sztandaru.

Drugi przykład sygnalizowanych wyżej pozytywnych postaw pełnych uczucia można było odnaleźć podczas papieskich pielgrzymek do ojczyzny. Uderzało w nich przedziwne zestrojenie serc, które nasuwa metaforę wielkiej papieskiej symfonii, współwykonywanej przez wyczekiwanego z tęsknotą gościa i przez milionowe rzesze.

W środowiskach, w których brakuje głębokiej sfery refleksji uwzględniającej przemiany niesione przez życie, miejsce ciszy zajmuje krzyk pozbawiony jakichkolwiek odniesień do wartości

Papież pielgrzym bezbłędnie odczytywał odczucia zgromadzonych wiernych. Ci ostatni reagowali zaś żywiołowo na najmniejsze zmiany odcieni w Jego przesłaniu. Kiedy patrzyłem na grupy studentów wędrujące wśród mroku nocy na krakowskie Błonia, kiedy obejmowałem spojrzeniem las transparentów, w których dominowały dwa słowa „kochamy” i „pamiętamy”, myślałem o rozczarowaniu, które musieli wtedy zapewne przeżywać autorzy projektów budowy nowego społeczeństwa, wypranego zarówno z głębszych uczuć, jak i z pamięci o historii. Zakorzenienie wiernych serc wyrażało się w tamte niepowtarzalne dni w powiewie nowej solidarności, w której utrudzeni i niewyspani uczestnicy papieskiej liturgii okazywali sobie wzajemną życzliwość i kulturę ducha, jak ongiś w najpiękniejsze dni polskich zrywów.

Od żywiołowych reakcji milionowych rzesz nie odbiegała swą intensywnością burza oklasków, którymi 8 czerwca 1997 r. pracownicy nauki dziękowali w kościele św. Anny Ojcu Świętemu za jego przesłanie, zarówno to wyrażone w słowach, jak i to bez słów przekazywane całym życiem. Z kolei we wspomnieniach Jana Pawła II widać było, jak mocno przeżywa on świadectwo godności rodaków okazywane na dramatycznych ścieżkach polskiej historii. Zarówno wspomnienie aresztowania profesorów UJ przez nazistowskich poprawiaczy historii, jak i wzmianka o postawie prof. Adama Vetulaniego w obliczu polskiej wersji totalitaryzmu, stanowią przejmujący wyraz pamięci o polskich dramatach, które stały się jeszcze bardziej wyraziste z perspektywy, którą stwarza konieczność życia pod niebem Italii.

Dla wielu spośród nas miłym zaskoczeniem było to, iż treści papieskiego przesłania były przyjmowane przez odbiorców z tak wielką żarliwością i gorącością serc. Żywiołowe reakcje pełne uczuć świadczyły, iż społeczeństwo nie zmieniło się radykalnie po przejściu z totalitaryzmu do demokracji. Głód podstawowych wartości pozostał ten sam. Jego ukierunkowanie jest tylko inne niż wówczas, gdy trzeba było bronić łamanych praw człowieka. „Nie wystarczy przekroczyć próg, trzeba iść w głąb” – powiedział Ojciec Święty do młodzieży podczas swej ostatniej pielgrzymki. Zasadniczy problem pojawia się wtedy, gdy gubimy wymiar głębi, pozostając na poziomie sloganowych ozdobników. Bogactwo ludzkich wartości zostaje wtedy zredukowane do poziomu trybuny pierwszomajowej.

W dziedzinie tej mieliśmy smutną tradycję, której oficjalnym kontynuatorem pozostał dziś jedynie Fidel Castro. Potrafi on wygłaszać 6-godzinne teksty, w których zbiór sloganów idzie w parze z programowym patosem. Nieoficjalnych sympatyków tej tradycji mamy jednak znacznie więcej. Gdy warunki zewnętrzne nie pozwalają im na wygłaszanie długich przemówień, starają się przynajmniej zwiększać stężenie patosu, przekraczając dopuszczalne granice absurdu. Dlatego też wśród kanapowych partii skłóconych z resztą świata najczęściej padają dziś u nas patetyczne deklaracje o jedynych patriotach, najprawdziwszych katolikach, itp.

W dramacie polskich dziejów był okres, kiedy deklaracje bogate w przymiotniki miały również swój sens. Gdy pod protektoratem UB organizowano księży patriotów i przyznawano działaczom PAX-u monopol na oficjalny katolicyzm, były wówczas potrzebne przymiotniki, określające o jaki patriotyzm chodzi. Problem w tym, że warunki się zmieniły, a umiłowanie przymiotników pozostało. Przynajmniej w tych środowiskach, w których brakuje głębokiej sfery refleksji uwzględniającej przemiany niesione przez życie. Miejsce ciszy wyrażającej refleksję i szacunek zajmuje wtedy krzyk pozbawiony jakichkolwiek odniesień do wartości.

Metoda „zakrzykiwania rzeczywistości” stanowiła ważny środek oddziaływania propagandy PRL. Przy pomocy krzyku i barwnych epitetów szukano karłów reakcji, warchołów i kontrrewolucjonistów „wszelkiej maści”. Sukcesy Partii w dziedzinie językoznawstwa nie były bynajmniej wyłączną zasługą Józefa Stalina. Jeszcze w 30 lat po jego śmierci, twórcy polskiego stanu wojennego instruowali społeczeństwo, iż w języku polskim nie ma słów zaczynających się na literę V. Tamten styl amatorskich językoznawców żyjących przekonaniem o swej historycznej misji ma dziś różnorodne kontynuacje. Dlatego właśnie brakuje ciszy, która mogłaby nas zespolić wokół tych wartości, które winniśmy chronić.

Patos bez etosu

Patos, pozbawiony odniesienia do sfery wartości, okazuje się często wyznacznikiem postaw programowo ignorujących „cichą cnotę patriotyzmu”. Patronem nerwowych zachowań staje się wtedy zmodernizowany Rejtan. Specjalizuje się on w darciu szat nawet wówczas, gdy należałoby zatroszczyć się o cerowanie czy zwyczajne zaszycie niewielkich rozdarć. Czas obrodził samozwańczymi Rejtanami, którzy lubią coś stylowo podrzeć, aby zademonstrować swą pryncypialność, której inni nie potrafią okazać w równie spektakularny sposób.

W skrajnych zachowaniach patos radykałów przechodzi w zwyczajną histerię. Osoby uciekające się do desperackich zachowań nie chcą zauważyć, że w zmienionych warunkach istnieją inne środki działania, uznawane za normalną formę pertraktacji czy dialogu w cywilizowanych społecznościach. Jako przykład ich postawy można wskazać bardzo dziś popularne szantażowanie głodówką. Słysząc deklaracje różnych grup, które ostrzegają, iż w przypadku niespełnienia ich żądań posuną się do głodówki, mam wrażenie, że w niedługim czasie nawet przeciętny grafoman będzie korzystał ze straszaka głodówki, jeśli nie otrzyma w odpowiednio krótkim czasie Nagrody Nobla. Inna rzecz, że jego ambicje będą kulturowo usprawiedliwione, choćby przez to, iż – jak to Pan sam niedawno zauważył – istnieje już praktyka przyznawania grafomanom najwyższych laurów literackich.

Czym tłumaczyć nadwyżkę patosu i krzyku nad refleksją? Zaryzykowałbym tutaj tezę, iż w społecznościach uczących się demokracji funkcjonuje odwrócenie prawa rekapitulacji, którego w teorii ewolucji usiłował niegdyś bronić Ernest Haeckel. W wersji Haeckela prawo to głosiło, iż w ontogenetycznym rozwoju konkretnej jednostki ludzkiej powtarzane są wszystkie stadia, przez które przechodził gatunek ludzki w swym filogenetycznym rozwoju. Odwrotność ewolucyjnego prawa rekapitulacji głosi: filogeneza demokratycznego rozwoju społeczeństw odzwierciedla ontogenezę rozwoju poszczególnych osobników i na razie nasza demokracja znajduje się na poziomie przedszkolnym, w którym kompleks jedynaka-monopolisty dominuje nad poczuciem solidarności z cała rodziną ludzką. Dlatego właśnie w naszych zachowaniach, także i w dziedzinie miłości do Ojczyzny, tak często infantylizm idzie w parze z głośnym krzykiem.

Aby ukazać przykład podobnej postawy, zacytuję ulotkę przedwyborczą, która przed chwilą trafiła do mych rąk. Jej autorzy zamykają tekst apelem:

Szanowni Mieszkańcy Lublina!
Wybierzcie radnych, którzy kochają Boga i Ojczyznę!
Wybierzcie radnych z Rodziny Polskiej!

Zazwyczaj w tekstach ulotek nie używa się operatorów logiki modalnej i nie precyzuje związków wynikania logicznego. Skutkiem tego proponowane sformułowanie sugeruje wyraziście, że patrioci kochający Boga i Ojczyznę znajdują się tylko na jednej liście Rodziny Polskiej – gromadzącej sympatyków Radia Maryja. Mamy tutaj klasyczny syndrom przedszkolaka, który wie, że jego tato jest najlepszy pod każdym względem i że tylko on potrafi wszystko załatwić. Co więcej, jest to przedszkolak-jedynak, który krzyczy, że nikt inny nie może osiągnąć doskonałości na jego poziomie, gdyż w żadnej innej rodzinie nie ma równie wybitnych tatusiów. Sformułowanie ulotki sugeruje, iż nie należy się łudzić, aby na innych listach wyborczych można było znaleźć patriotę czy katolika.

Styl tego sformułowania stanowi jaskrawe zaprzeczenie tej kultury politycznej, której konsekwentnie uczą papieskie encykliki. Umiłowanie patosu połączone z krzykiem nie skażonym refleksją prowadzi w tym przypadku do zaniku wartościowań etycznych i do postawy monopolisty w dziedzinie patriotyzmu. Zechciejmy się pocieszać, że nie jest to postawa wszystkich sympatyków Radia Maryja. Przyjmijmy optymistycznie, że nie chodzi tu o ogólniejsze zjawisko, lecz tylko o to, że przygotowanie ulotek przedwyborczych powierzono komuś, kto w struktury demokracji wnosi umysłowość przedszkolaka lubiącego rozwiązywać wszystkie problemy za pomocą krzyku.

Zmodernizowany Rejtan specjalizuje się w darciu szat nawet wówczas, gdy należałoby zatroszczyć się o cerowanie czy zwyczajne zaszycie niewielkich rozdarć

Syndrom przedszkolaka występuje dość często w polskich dyskusjach o patriotyzmie. Kiedy po wspomnianych przez Pana wyborach parlamentarnych wyraziłem ubolewanie, iż więcej niż połowa Polaków zdyspensowała się od uczestnictwa w wydarzeniach rzutujących w istotny sposób na przyszły kształt polskiej demokracji, otrzymałem kilka listów z informacją typu: „Kiedy patrzę na naszych polityków, wolę zabrać zabawki i pójść do domu. Nie wychodzę z niego nawet w dniu wyborów”. Jeśli patriotyzm postawi się na tym samym poziomie, co podwórkowe gry w klasę, postawa taka jawi się skądinąd jako usprawiedliwiona i krytyczna. Daje ona nawet pewien komfort psychiczny, w którym za faryzeuszem z przypowieści ewangelicznej można powtarzać z głęboką satysfakcją: „Panie Boże, dziękuję Ci, że nie jestem jako ci politycy”. Urażony przedszkolak, który na znak protestu opuścił piaskownicę, również ma poczucie wyższości nad resztą swych kolegów. Patriotyzm obolałych istot, które zbyt łatwo uciekają w zacisze prywatności, nierzadko bywa patriotyzmem na poziomie piaskownicy. Nawet jego stylizowane milczenie nosi znamiona patosu, od którego już bardzo blisko do karykatury zachowań Rejtana.

Może istnieć wiele odmian patosu i wiele odcieni ciszy. Głęboko zróżnicowany koloryt odsłania nam cisza marazmu, apatii, drzemki. Istnieje jednak również cisza głośniejsza od krzyku. Znali ją już Rzymianie, gdy twierdzili: qui tacent clamant. Po czym odróżnić koloryt polskich odmian ciszy? Skłonny byłbym twierdzić, że po ich odniesieniu do wartości. Istnieją wielkie wartości, które wymagają głębokiego wyciszenia, aby mogły umożliwić dojrzewanie wyrażających je postaw. Kiedy zabraknie wyciszenia, albo jego miejsce zastąpi się krzykiem, otrzymujemy sztuczną hodowlę nienaturalnych postaw. Obawiam się, że jeśli kultywowaniu podstawowych wartości będzie towarzyszyć atmosfera stylizowanego krzyku, generowane przez nie postawy będą zarówno nienaturalne, jak i infantylne.

Polski kształt dramatów

Istnieją sytuacje, których dramatyzm usprawiedliwia użycie wielkich słów. Nie razi namaszczenie ani patos, gdy doświadczamy sytuacji granicznych i usiłujemy wyrazić kruchym słowem wyjątkowość tego doświadczenia. W cieniu lubelskiego Zamku, który ongiś służył jako więzienie, odczytuję utrwalone przez historyka słowa grypsu, jaki z więziennej celi pisał do brzemiennej żony na kilka dni przed rozstrzelaniem Stanisław Siwiec, 30-letni żołnierz AK. W czasie wojny działał w Biurze Informacji i Propagandy obwodu AK Lublin-miasto. Równocześnie studiował prawo na tajnych kompletach w KUL. Po wojnie, zadenuncjowany przez konfidenta, został skazany na karę śmierci. Uzasadniano ją tym, iż przechowywał 35 ulotek „skierowanych przeciw jedności sojuszniczej ze Związkiem Radzieckim”. Wyrok wykonano polskimi rękami w tym samym więzieniu, w którym hitlerowcy w ostatnim dniu swego pobytu zamordowali blisko 400 polskich więźniów.

Ks. Antoni Thiel, który przed egzekucją spowiadał Siwca, przekazał rodzinie gryps zawierający m.in. te słowa, pełne usprawiedliwionego patosu i uczuć: „Najukochańsza żono i najdzielniejszy człowieku, piszę do Ciebie po raz ostatni przed śmiercią – Wielką Nieznaną. (…) Nie rozpaczajcie – Bóg tak chciał! Miłość żąda ofiary! Ginę za to, co najgłębiej człowiek ukochać może – za sprawiedliwość, dobro i piękno w świecie. (…) Rozśpiewała się ma dusza i wyrywa się do czynów dobrych i szlachetnych, a tu gasnąć trzeba. Więc przelewam jej pragnienie na syna, którego żonuś urodzisz! Niech będzie wierny i moim ideałom, niech służy temu, co szlachetne i dobre i zwalcza co złe i niesprawiedliwe. To mój testament dla niego”.

Patos sformułowań grypsu jest obiektywnie uzasadniony przez dramatyzm sytuacji. Podobnie jak uzasadniona była desperacka reakcja żony Siwca, która – po odrzuceniu jej prośby przez Bieruta – usiłowała błagać o ułaskawienie Rolę-Żymierskiego. Padła mu do stóp, gdy wysiadał z samochodu. Jako jedyną odpowiedź usłyszała suchą formułę aparatczyka, który ujmuje cały świat w czarno-białych kolorach. Jej patetyczny gest, w zetknięciu ze sloganem biurokraty, jawi się jako głęboko ludzka ekspresja zarówno naszych najgłębszych doznań, jak i naszych narodowych dramatów.

Patriotyzm obolałych istot, które zbyt łatwo uciekają w zacisze prywatności, nierzadko bywa patriotyzmem na poziomie piaskownicy

Pełne uczuć słowa Siwca zapisują się głęboko w duszy. Tak głęboko, że po lekturze jego grypsu zainteresowałem się dzieckiem, które przyszło na świat po egzekucji ojca. Prosiłem, aby dostarczono mi o nim szczegółowych informacji. Dowiedziałem się z nich, że syn, który po ojcu otrzymał imię Stanisław, obecnie mieszka i pracuje w Warszawie. Być może u źródeł tego zainteresowania, na poziomie podświadomości, leżało pragnienie osobistego doświadczenia tych trwałych wartości, których nie niszczy przemoc totalitarnych systemów, nawet po przybraniu jej w szaty (ludowej) demokracji.

Patos współczesnych zachowań patriotycznych czy pseudopatriotycznych będzie pociągał wiele umysłów, dopóki duchowi synowie Bieruta będą przedstawiani jako patrioci i nauczyciele polskości. Psychologiczny odruch samoobrony może wtedy łatwo dyktować niefortunne reakcje, w których emocjonalny protest dominuje nad dojrzałą refleksją. Ta ostatnia nie pozwala nam jednak absolutyzować środków językowych, które były stosowne dla ekspresji desperacji, bezsilności, tragedii. Każe również poszukiwać nowych środków komunikacji, które przekażą bliskim istotne treści patriotyzmu, unikając karykatury, naiwności, groteski. Normalną oznakę dojrzewania naszej osobowości stanowi zmiana słownika, za pomocą którego wyrażamy nasze doznania. Nie można go zuniformizować, by narzucać dzieciom terminy z języka dorosłych. We wspomnieniach o jednym ze znanych polskich intelektualistów przeczytałem, że jego synek przyjmując język taty, gdy bawił się z kolegą modelami samochodów, wyrażał swe prośby w stylu: „czy byłby pan łaskaw, panie kolego, pożyczyć mi ten samochodzik?”. Od zachowań malucha przemawiającego językiem dorosłych nie mniej groteskowa pozostaje ekspresja najgłębszych doznań za pomocą reakcji i terminów właściwych dla przedszkolaków.

Dziewięć lat doświadczenia polskiej demokracji stanowi okres, w którym musimy odchodzić od przedszkolnych zachowań, zdominowanych przez krzyk i gładki frazes. Nasza duchowa dojrzałość winna odnajdywać nowe środki ekspresji, w których nie będziemy nadużywać retoryki, aby ukazać piękno największych wartości, do których należy umiłowanie Boga i ojczyzny.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 11/1998. To odpowiedź na list Gustawa Herlinga-Grudzińskiego.