Nie sposób zrozumieć polityki premiera Mazowieckiego w oderwaniu od jego wcześniejszej drogi życia, doświadczeń, rozumienia sensu polityki. Pojęcia dialogu, kompromisu, chrześcijańskiej odpowiedzialności w polityce określały jego decyzje jako premiera.

Kiedy 24 sierpnia 1989 roku Tadeusz Mazowiecki stanął na mównicy sejmu PRL jako premier, był to zapewne najważniejszy dzień w jego życiu. Była to też kluczowa data w historii Polski, gdyż po raz pierwszy od zakończenia wojny ster rządu przejmował polityk nie należący do partii komunistycznej i od niej niezależny. Była to data ważna także w historii Europy, gdyż – pomijając pierwsze lata powojenne – po wschodniej stronie żelaznej kurtyny po raz pierwszy powstawał rząd, który nie był przedłużeniem woli partii komunistycznej.

Miał wówczas 62 lata i za sobą 40 lat politycznych doświadczeń. Należał do pokolenia, w którym koszmar wojennej okupacji kładł się ponurym cieniem na osobistych losach. Zarazem był zbyt młody, by czynnie uczestniczyć w walce z okupantem. Osiągnął pełnoletniość, gdy wojna się skończyła. Pragnął, jak wielu rówieśników uczyć się, aktywnie uczestniczyć w odbudowie kraju i w życiu społecznym.

Wyjechał z rodzinnego Płocka i podjął studia na Uniwersytecie Warszawskim, działał w Bratniej Pomocy. Łączył głęboką religijność z lewicowym oglądem świata, co oznaczało wrażliwość na kwestie społeczne i dokonujący się awans warstw upośledzonych. To zapewne zdecydowało, że znalazł się w kręgu oddziaływania, a wkrótce został działaczem środowiska „Dziś i Jutro”, a następnie Stowarzyszenia Pax. Powojenne nadzieje i złudzenia bardzo młodego człowieka stały się przyczyną zaangażowania, które zarówno wyniosło go do grona ludzi znanych w środowiskach katolickich, jak i było później nieraz przyczyną pretensji, czy oskarżeń. Z Pax-em rozstawał się stopniowo – najpierw jako oponent dominującej w nim linii ideowej i politycznej, a w 1955 już całkowicie jako lider tzw. frondy.

W roku 1956 był już liczącym się uczestnikiem ruchu społecznego na rzecz głębokiej demokratyzacji. Należał do twórców Klubu im. Emanuela Mounier, francuskiego filozofa katolickiego o wyraźnie lewicowych poglądach. Odwołanie do Mouniera przez lata będzie wyznaczało horyzont ideowy środowiska, które współtworzył. W słynnym tygodniku „Po Prostu” ukazały się jego artykuły, w których przypominał, że w szerokim ruchu na rzecz przemian jest także miejsce dla katolików. Nie były to oczywistości, gdyż dla ludzi lewicy, nawet walczących o przywrócenie szerokich ram wolności i możliwości decydowania o kraju, katolicyzm był synonimem reakcyjności i zacofania. Musiało minąć sporo lat, by taka opinia została przełamana, a prawo do wolności religijnej zostało uznane za jedno z oczywistych praw człowieka.

„Perfidna i demagogiczna opozycyjność”

„Więź” – miesięcznik, który Mazowiecki w 1958 r. współtworzył i od początku był jego redaktorem naczelnym – niósł między innymi takie przesłanie. Ukazywał kulturę i myśl katolicką zdolną do dialogu ze światem współczesnym, nowymi prądami filozofii i kultury, także kultury masowej. Mazowiecki pisał o przekraczaniu kredowych kół, którymi odgraniczały się od siebie środowiska laickie i katolickie. Należał do inicjatorów dialogu z wątpiącymi, ale też ateistami o humanistycznej postawie. Słowo „dialog” definiował jako zdolność do wsłuchania się w stanowisko drugiej strony, jej wrażliwość, wychodzenia im naprzeciw, by znajdować płaszczyznę tego co łączy, a potem iść dalej, pogłębiać dialog, szukać wspólnych rozwiązań.

Ta postawa dialogu z ludźmi lewicy, także przyznającymi się do marksizmu, po katolickiej stronie nie przez wszystkich była akceptowana, nieraz traktowano ją podejrzliwie. Tym bardziej dziś, gdy mało kto rozumie ówczesną żywotność autentycznie lewicowych postaw, dialog taki bywa lekceważony, a niekiedy wręcz staje się przyczyną oskarżeń. Tymczasem był on ważnym zjawiskiem, budzącym niepokój MSW i władz partii już na początku lat 60. jako forma „dywersji ideologicznej”, osłabiania morale młodych partyjnych intelektualistów.

Postawa dialogu z ludźmi lewicy, także przyznającymi się do marksizmu, po katolickiej stronie nie przez wszystkich była akceptowana, nieraz traktowano ją podejrzliwie

Był to jeden z powodów, dla których „Więź” znajdowała się pod silną obserwacją Urzędu do Spraw Wyznań i Służby Bezpieczeństwa. Władze liczyły początkowo, że stanie się ona ośrodkiem ruchu modernistycznego wchodzącym w polemiki zarówno z hierarchią kościelną, jak i krakowskim środowiskiem „Tygodnika Powszechnego”. Tymczasem Mazowiecki prowadził pismo jako ośrodek dialogu z grupami laickiej inteligencji pragnącej poszerzania ram wolności w Polsce oraz budował porozumienie ze środowiskiem krakowskim w ramach ruchu Znak. Nie przypadkiem więc już w połowie lat sześćdziesiątych w wewnętrznych dokumentach Urzędu do Spraw Wyznań określano go jako przedstawiciela „prawicy”, gdyż dla władz prawicowość była synonimem oporności wobec władzy, lewicowość – spolegliwości wobec niej.

W notatce Wydziału Administracyjnego KC PZPR z 1965 r. czytamy: Należy pozbawić „Więź” zbyt daleko idących objawów sympatii ze strony niektórych działaczy laickich. […] Zespołowi „Więzi” należy wykazać jeszcze raz niewłaściwość prób sojuszów pozawyznaniowych o dwuznacznym charakterze politycznym. Próby tego rodzaju należy określić jako niedopuszczalne, mogące zaważyć ujemnie na dalszych losach pisma. […] Gdyby red. Mazowiecki nadal upierał się przy dotychczasowej linii pisma, konieczna będzie zmiana na stanowisku redaktora naczelnego.

W biografii Mazowieckiego marzec 1968 r. zajmuje szczególne miejsce. Przyniósł kres nadziei na odgórną liberalizację systemu. Przegrali ludzie, o których można było sądzić, że z czasem, w wyniku tarć i wymiany generacyjnej, osiągną wpływ i przyczynią się do poszerzenia ram wolności w Polsce. Uczestnicy trwającego w minionych latach dialogu byli oskarżani o rewizjonizm, usuwani z partii i redakcji czasopism, nieraz zmuszani do emigracji. Nową tożsamość partia zdobywała w nagonce antyinteligenckiej i antysemickiej.

Nazwisko Mazowieckiego przewijało się w czasie pomarcowych śledztw jako jednego z „protektorów” studenckich wichrzycieli i sojusznika rewizjonistów. Na biurkach szefów MSW lądowały notatki, kto z uwięzionych i pod jakim pseudonimem drukował w „Więzi”. Władze bezpieczeństwa podjęły grę, której celem było doprowadzenie do zmiany redaktora naczelnego lub nawet likwidacja pisma. W grze tej uczestniczyli niektórzy członkowie zespołu redakcyjnego nastawieni niechętnie wobec Mazowieckiego. On sam musiał w tych miesiącach wykazać wiele stanowczości, ale i zręczności, by utrzymać pismo, nie poddając się presji. Przetrwał – nie tracąc twarzy ani „Więzi” – zapewne tylko dzięki szczególnemu zbiegowi okoliczności. Sprawujący nadzór nad całą polityką wyznaniową partii sekretarz KC Zenon Kliszko obawiał się bowiem zdominowania stowarzyszeń i pism katolickich przez frakcje powiązane z MSW.

„Więź” przetrwała, a Mazowiecki kontynuował dialog z tymi samymi środowiskami inteligencji, które po marcu znalazły się w opozycji i na marginesie życia kulturalnego. W katolickiej „Więzi” pojawili się liczni autorzy, którzy nie byli katolikami, ale podzielali jej przekonania o potrzebie upominania się o demokratyczną perspektywę kraju, o poszerzenie wolności obywatelskich. Tworzył się szeroki krąg przyjaciół „Więzi”, złączonych takimi przekonaniami i gotowymi do nonkonformizmu wobec władz. Byli wśród nich starsi i wielu młodych, zarówno związani od lat z Klubem Inteligencji Katolickiej, jak należący do innych środowisk, odległych od Kościoła. Łączyło ich pragnienie nonkonformizmu.

W sporządzonej w Urzędzie do Spraw Wyznań charakterystyce „Więzi” pisano, że po 1968 r. nasilił się proces koncentrowania wokół zespołu ludzi niewiele mających wspólnego z religią, ale pozostających w opozycji do marksizmu. Od tego momentu coraz szerzej na łamach „Więzi” występują tendencje rewizjonistyczne zarówno w odniesieniu do historii, jak i obecnej rzeczywistości. Świadczą o tym m.in. nazwiska ludzi piszących – Woroszylski, Krajewski, Michnik. Jest to tym niebezpieczniejsze, że „Więź” jest najbardziej z pism Znaku wychylona ku młodym i dzięki swojej inteligentnie i perfidnie (czasem demagogicznie) robionej opozycyjności oraz głoszeniu haseł demokratycznych i liberalnych, atrakcyjna.

Podmiotowość – zastępczy neologizm

Na progu lat siedemdziesiątych Mazowiecki został skreślony przez władze komunistyczne z listy posłów na Sejm, w którym zasiadał od 1961 r. Kiedy był po raz pierwszy wybierany, władze liczyły na to, że będzie oponentem „konserwatystów” typu Stanisława Stommy i stojącego za nim środowiska „Tygodnika Powszechnego”. Spotkał ich zawód, gdyż już pierwsze przemówienie Mazowieckiego było krytyką ateistycznego charakteru uchwalonej właśnie ustawy oświatowej i obroną prawa katolików do nauczania religii oraz prowadzenia, nielicznych już, szkół. W 1965 roku w komisji sejmowej bronił z powodzeniem rozwiązań liberalizujących warunki panujące w szkołach wyższych. Jako poseł katolicki znajdował się – obok Stommy – wśród inicjatorów dialogu polsko-niemieckiego, co w dalekiej i nieodgadnionej przyszłości okazało się cennym jego kapitałem jako premiera. Opiekował się też wrocławskim Klubem Inteligencji Katolickiej, dając mu – jako poseł – parasol ochronny. Wreszcie w marcu 1968 r. był depozytariuszem petycji protestacyjnej wrocławskich studentów, którą przekazał marszałkowi Sejmu, a wkrótce potem współautorem słynnej interpelacji posłów Koła Znak przeciw biciu i represjonowaniu protestujących.

Nieraz stawiano wówczas (a tym bardziej stawia się z dzisiejszej perspektywy) pytania, czy udział w komunistycznym Sejmie nie był błędem? Nie miejsce tu na rozstrzyganie tego pytania, trzeba jednak zauważyć, że bilans posłowania Mazowieckiego był pozytywny. Jego postawa (i innych posłów Znaku) w marcu 1968 r. była ważnym momentem tworzenia tożsamości polskiej opozycji i procentowała w przyszłości. Przestał być posłem, kiedy Koło Znak traciło znaczenie, a w nowej dekadzie otwierały się nowe możliwości oddziaływania.

Postawa Mazowieckiego i innych posłów Znaku w marcu 1968 r. była ważnym momentem tworzenia tożsamości polskiej opozycji i procentowała w przyszłości

Oznaczały one udział w powstającym ruchu obywatelskiego sprzeciwu i samoorganizacji. Na początku 1976 r. Mazowiecki był jednym z inicjatorów listu prezesów Klubów Inteligencji Katolickiej i redaktorów naczelnych pism ruchu Znak przeciw poprawkom do konstytucji. Należał do osób wspierających powstały we wrześniu 1976 r. KOR, a w maju roku następnego był rzecznikiem głodujących w kościele św. Marcina w intencji uwolnienia więzionych jeszcze robotników – uczestników wystąpień czerwcowych i aresztowanych działaczy KOR.

Podjęcie się przez Mazowieckiego roli rzecznika głodujących – w atmosferze aresztowań i trwającej nagonki propagandowej – było aktem dużej odwagi, także w sensie zaryzykowania istnienia pisma, którego był redaktorem naczelnym. W aktach archiwalnych znajdują się ślady korespondencji szefa Urzędu do Spraw Wyznań z kierownictwem MSW w sprawie podjęcia akcji usunięcia Mazowieckiego z kierownictwa redakcji. Do realizacji tego planu szczęśliwie nie doszło, gdyż władze postanowiły się cofnąć – uwolnić zarówno robotników, jak działaczy KOR. Plan zawieszenia wydawania „Więzi” musiał być odłożony ad acta. W zespole pisma od lat nie było już oponentów Mazowieckiego, na których władze mogłyby stawiać; wchodziła w grę tylko likwidacja pisma, które zdobyło już taką popularność, a i opiekę ze strony Prymasa Polski, że próba likwidacji wywołałaby różne dalsze następstwa i komplikacje dla władz.

„Więź” i gabinet Mazowieckiego stały się wówczas punktem spotkań dziesiątków działaczy KOR i innych środowisk demokratycznej opozycji. W 1978 r. Mazowiecki podpisał wraz z wieloma intelektualistami deklarację Towarzystwa Kursów Naukowych, powołanego dla organizowania oświaty poza ramami kontroli państwa, a także wszedł w skład Rady Programowej (prezydium) TKN.

Służba Bezpieczeństwa nadała sprawie jego rozpracowania kryptonim „Boss” i charakteryzowała go następująco: czołowy prawicowy działacz katolicki, redaktor naczelny „Więzi”, rzecznik włączenia środowisk katolickich do działań opozycyjnych, mający ambicje przywódcze; usiłuje przejąć kierownictwo w ruchu „znakowskim”, współdziała z liderami zorganizowanej opozycji politycznej w Polsce. Planowano m.in. podejmowanie działań specjalnych osłabiających jego pozycję w środowiskach katolickich i wśród hierarchii kościelnej oraz doprowadzenie do politycznej neutralizacji albo usunięcia z kierowania m[iesięczni]kiem „Więź”.

Jesienią 1977 r. Mazowiecki zorganizował w warszawskim KIK sesję „Chrześcijanie wobec praw człowieka”, która zgromadziła świetnych referentów zarówno z kręgów katolickich, jak świeckiej opozycji. Sala Klubu pękała w szwach. Byłem jednym z obecnych, wtedy po raz pierwszy widziałem Mazowieckiego i słuchałem jego niezwykle pięknego, przejmująco wygłoszonego przemówienia, którego istota zamykała się w zdaniach: jest taki naród, który nie oczekuje i nie żąda rzeczy niemożliwych, który – posądzany o romantyzm – w ciągu tych 30 lat dowodził w ciężkich i dramatycznych chwilach, że wie, gdzie w istniejących warunkach jest granica możliwego i niemożliwego. […] temu narodowi potrzeba nowego otwarcia, potrzeba oddechu, potrzeba rzeczywistego traktowania go jako podmiotu praw, jako podmiotu współodpowiedzialności za jego losy, za wspólne losy kraju.

Słowem – by przejść do słowa kompromis – kompromis między rządzonymi a rządzącymi nie jest poza granicą naszych rozważań o prawach człowieka i obywatela, i o procesie rewindykacji tych praw. Ale chodzi o kompromis, a nie o poddaństwo myśli i postaw ludzkich. Wiemy jednak, że taki kompromis, który nie jest poddaństwem, musi być wywalczany. Tylko społeczeństwo, które okazuje swą zdolność do samoobrony w proteście i w budowie owej społecznej infrastruktury, o której mówiłem, tylko społeczeństwo, które w sobie zachowuje zdolność bycia podmiotem, może w ogóle coś ocalać i coś wywalczać. Słowa te zostały wypowiedziane w czasie, kiedy nic jeszcze nie zapowiadało kryzysu systemu komunistycznego, a jawnie występowała przeciw niemu garstka Polaków.

Kluczowego znaczenia nabrało wówczas, zrodzone w redakcyjnych dyskusjach „Więzi”, słowo „podmiotowość” – swoisty ersatz słów niecenzuralnych, jak „wolność” czy „niepodległość”. Tadeusz Mazowiecki wspominał po latach, że to określenie: przyjęte później dość powszechnie w opozycyjnej publicystyce, a nawet w naukowych rozprawach, tu się pierwszy raz zaczęło pojawiać. Wyrażało ono – jeszcze nie tak wprost formułowane – dążenie do tworzenia warunków wyrażania się autentycznych opinii i pragnień społecznych. Znamienna jest wielka kariera, jaką zrobiło (nieprzetłumaczalne na inne języki) słowo „podmiotowość”, wchodząc – dzięki nauczaniu Jana Pawła II – do języka nauczania społecznego Kościoła katolickiego.

Upominanie się o podmiotowość było upominaniem się o prawa przynależne społeczeństwu polskiemu, tak jak czyniły to ośrodki organizującej się opozycji. Słowa te oddawały istotę politycznej postawy Mazowieckiego wtedy i w latach następnych, kiedy sytuacja radykalnie się zmieniła, powstał wielki ruch rewindykacji praw obywatelskich skupiony w „Solidarności”.

Niezłomny, choć nie radykalny

Mazowiecki był w ruchu „Solidarność” od pierwszej chwili, gdy wraz z Bronisławem Geremkiem pojechał w sierpniu 1980 r. do stoczni gdańskiej i stanął na czele Komisji Ekspertów przy Międzyzakładowym Komitecie Strajkowym. Wtedy, i w następnych miesiącach, podczas wielu trudnych negocjacji z przedstawicielami władz bronił zasad, które od dawna głosił: prawa społeczeństwa do podmiotowości i współdecydowania o losach kraju, realizmu uwzględniającego nie tylko ograniczenia geopolityczne, ale też prawa i postawę społeczeństwa, wywalczania i wypracowywania kompromisu.

Słowo „kompromis” miało tu znaczenie równie kluczowe, jak niegdyś słowo „dialog”, pojęcie zresztą nadal aktualne. Dialog bowiem między różnymi nurtami w „Solidarności” powinien prowadzić do osiągania wspólnoty celów i działań oraz do zawierania wzajemnych kompromisów. Dialog z władzami miał prowadzić do ustalenia wspólnej płaszczyzny tego, co najważniejsze dla obu stron i zawierania kompromisów, takich jak porozumienie sierpniowe i porozumienia późniejsze. Zasada dialogu i osiągania kompromisów była przeciwstawna wizji konfrontacji, permanentnego konfliktu, radykalizacji postaw i zachowań. Tymi zasadami Mazowiecki kierował się jako doradca Lecha Wałęsy i Komisji Krajowej, a także jako redaktor naczelny „Tygodnika Solidarność”.

W wielomilionowym ruchu rewindykacyjnym był postacią bardzo ważną, ale nie aspirował do roli przywódcy mas. Jego sposób mówienia, argumentowania, niechęć do demagogii czy choćby wystąpień emocjonalnych, prowadzenie wywodu torem krytycznego namysłu, były typowymi cechami polityka gabinetowego. Dobrze się czuł w wąskich gronach ludzi dobrze zorientowanych co do stanu polskich spraw, ograniczeń i możliwości. Był świetnym doradcą oraz twardym i cierpliwym negocjatorem. Wiedział dobrze, że rewindykacje obywatelskie w Polsce godzą nie tylko w interesy aparatu partyjnego i grup z nim sprzymierzonych, ale też w mocarstwowe interesy ZSRR, a jako polityk znający Zachód, nie żywił przesadnych złudzeń co do jego zdolności wywarcia nacisku na Moskwę. Rewindykacje obywatelskie i narodowe w Polsce musiały podważać sowieckie władztwo nad Polską, ale należało to robić możliwie płynnie, stopniowo, by dać przeciwnikowi czas na oswajanie się z nową sytuacją i unikać przekroczenia granicy, której naruszenie sprowokowałoby Kreml do uderzenia.

Zawsze w takich dyskusjach powracało pytanie: gdzie przebiega ta granica? Zależnie od odpowiedzi na to pytanie Polacy dzielili się na radykalnych i umiarkowanych. Mazowiecki należał do umiarkowanych, wolał zatrzymać się o krok za wcześnie, niż krok za późno. Zarazem jednak przypominał, że elementem myślenia realistycznego jest też postawa i aspiracje społeczeństwa, bez uwzględnienia których umiar łatwo staje się kapitulacją.

Internowany 13 grudnia przez rok siedział kolejno w obozach Strzebielinek, Jaworze, Darłówek. Było to dlań doświadczenie trudne, jak dla wielu innych. Potrafił je jednak przekazać w refleksyjnym opisie „Internowanie”, który – przemycony z obozu – ukazał się w podziemnym wydawnictwie, a następnie na Zachodzie, i został przetłumaczony na języki obce.

Pozostał niezłomny, ale się nie radykalizował ani pod wpływem własnych doświadczeń, ani postaw wielu działaczy „Solidarności”. Przez władze został zepchnięty w niebyt, nie tylko nie mógł się wypowiadać w środkach przekazu, co było powszechnym losem intelektualistów „Solidarności”, ale utrudniano mu nawet powrót do rodzimego środowiska KIK. Wprawdzie został członkiem Zarządu (na co władze nie miały wpływu), ale gdy objął przewodnictwo Rady Programowej KIK i gdy ukazał się jej pierwszy dokument, władze zagroziły likwidacją klubu. Aż do roku 1988 był traktowany jako persona non grata, co władze jawnie deklarowały wobec przedstawicieli Episkopatu.

Zarazem także w tych najgorszych latach, kiedy władze manifestowały odmowę liczenia się ze społeczeństwem i jego aspiracjami, nie zrewidował swoich pryncypialnych poglądów, nie dał się zepchnąć z pozycji polityka przypominającego o potrzebie realizmu, przywrócenia dialogu i zawarcia kompromisu. Partnerem w podobnym myśleniu był krąg dawnych doradców „Solidarności” i Lech Wałęsa. W tym kręgu powstał w 1985 r. obszerny raport „5 lat po Sierpniu”, który zawierał dramatyczny opis stanu kraju i kończył się – napisanym przez Geremka i Mazowieckiego – apelem o powrót do dialogu i porozumienia społecznego. Władze, zaniepokojone raportem, zauważały między innymi, że jest on krokiem w kierunku ustalenia wspólnej linii doradców „Solidarności” i Kościoła. Istotnie, od 1984 r. wąski krąg doradców „Solidarności”, zwłaszcza Mazowiecki, Geremek, Andrzej Wielowieyski, pozostawał w stałym kontakcie z abp. Bronisławem Dąbrowskim i jego prawą ręką – ks. Alojzym Orszulikiem. W tym zespole wraz z Lechem Wałęsą przez lata dyskutowano nad dalszym biegiem polskich spraw i otworzeniem drogi do reform w Polsce.

Dotknąć tu trzeba także delikatnego tematu – relacji Mazowieckiego z biskupami. Był on i jest człowiekiem o bardzo głębokiej i subtelnej religijności, która przenika refleksję nad kulturą, zasadami życia społecznego, polityką i zasadami walki politycznej. Jego koncepcja dialogu była mocno wsparta o chrześcijańską etykę, która zabrania nienawidzić drugiego człowieka, nakazuje wyjść mu naprzeciw. Z tych samych względów nigdy nie mógł zaakceptować łamania chrześcijańskich reguł walki politycznej, w tym usprawiedliwienia przemocy, wiarołomstwa itd. Jednocześnie nie akceptował takiego manifestowania religijności, która byłaby wymierzona przeciw drugiemu człowiekowi, służyła jego wykluczeniu ze wspólnoty.

Jego koncepcja dialogu była mocno wsparta o chrześcijańską etykę, która zabrania nienawidzić drugiego człowieka, nakazuje wyjść mu naprzeciw

Z tych względów nie czuł się dobrze w atmosferze dewocyjnej, religijnych emocjonalnych manifestacji, zachowywał dystans do katolicyzmu ludowego. Pragnął Kościoła otwartego na innych ludzi, pogłębionego filozoficznie i teologicznie. Taką wizję Kościoła przez lata budował w „Więzi” i była to kluczowo ważna płaszczyzna powstawania ideowej wspólnoty z „Tygodnikiem Powszechnym” i „Znakiem”. Owa wizja – zwłaszcza w latach sześćdziesiątych – wywoływała opór Prymasa Wyszyńskiego. Mazowiecki toczył z nim dyskusje, w pewnych okresach spory, w 1968 r. na kilka lat doszło nawet do zawieszenia stosunków, niemniej pozostał wierny sobie, ale też wykazał dowodnie, że jest lojalnym partnerem i nie posunie się do otwartej krytyki Prymasa (na czym władzom bardzo zależało). W 1974 r. doszło do poprawy wzajemnych stosunków. W trudnych dla Mazowieckiego i „Więzi” latach 1976-79 mógł on zatem liczyć na mocne wsparcie Prymasa, który w kontaktach z władzami uznał „Więź” za część stanu posiadania Kościoła.

Z podobnych względów Mazowiecki nie akceptował koncepcji (w pewnych okresach popularnej w środowiskach katolickich) uzyskania większych praw jedynie dla wierzących, z pominięciem innych grup społecznych, np. utworzenia partii katolickiej. Mocno i wyraźnie deklarował, że pożądaną drogą jest demokratyzacja kraju i uzyskanie praw obywatelskich przez wszystkich, a wówczas katolicy będą z nich korzystać.

Szczególnie delikatny jest temat relacji między Janem Pawłem II a Mazowieckim. On sam jest zbyt dyskretny i traktuje je zbyt intymnie, by zechciał o nich obszerniej mówić, nawet swym współpracownikom i przyjaciołom. Wiadomo jednak, że gdy był internowany, Papież napisał do niego odręczny list. Wiadomo, że gdy po raz pierwszy od 13 grudnia wyjechał na Zachód, odbył długie rozmowy z Janem Pawłem II, opowiadając mu o sytuacji w Polsce. Wiadomo też, że po zakończeniu obrad Okrągłego Stołu wraz z Wałęsą, Geremkiem i prof. Trzeciakowskim byli podejmowani w Rzymie przez Papieża. Wiadomo też, że po objęciu urzędu premiera rozmawiał z Papieżem przez telefon, a potem w Rzymie. Reszta pozostaje milczeniem, choć rozmowy te prócz wymiaru osobistego, miały także aspekt publiczny i wpływały na bieg polskich spraw.

Rząd zasadniczych reform

Na scenę wielkiej polityki polskiej Mazowiecki wkraczał w 1988 r. jako doradca strajkujących w stoczni gdańskiej. Jedną z ikon tego czasu jest słynne zdjęcie wychodzących ze stoczni – Mazowiecki pod rękę z Wałęsą na czele pochodu robotników. W sierpniu był kolejny strajk w stoczni i sformułowanie na piśmie zasad dialogu, co otwierało drogę do rozmów Kiszczak-Wałęsa. Do toczonych z władzami negocjacji Mazowiecki włączył się w listopadzie, w czasie gdy groziło ich zerwanie. Na przełomie lat 1988/89 prowadził trudne negocjacje ze Stanisławem Cioskiem, twardo żądając przywrócenia prawa do legalnego działania „Solidarności” jako warunku porozumienia w innych sprawach. Wynegocjował też wstępne zasady porozumienia w sprawie przyszłych wyborów. Przy Okrągłym Stole stał na czele zespołu do spraw pluralizmu związkowego. Po przeciwnej stronie zasiadł Aleksander Kwaśniewski. Mazowiecki uczestniczył też w pracach zespołu do spraw reform politycznych. Należał do najważniejszych negocjatorów i koordynatorów prac po stronie opozycji.

Potem jednak przez kilka tygodni zdawało się, że schodzi na plan drugi. Nie akceptował „solidarnościowych” zasad wyłaniania kandydatów na posłów, które zakładały pominięcie oponentów wynegocjowanego kompromisu i nie został posłem ani senatorem. Zajął się odbudowaniem „Tygodnika Solidarność”. Czas jednak przyspieszał, i gdy pojawiła się kwestia premiera z „Solidarności”, Mazowiecki był naturalnym kandydatem. Wyboru dokonał Wałęsa.

Kiedy Tadeusz Mazowiecki formował swój rząd, Polska była w bloku sowieckim krajem najdalej zaawansowanym w rozkładaniu dotychczasowego systemu. Istniał nadal Związek Sowiecki, w którym zwolennik reform Gorbaczow zmagał się z ich oponentami w establishmencie oraz rosnącymi w siłę narodowymi i społecznymi ruchami oddolnymi. Dalszy bieg spraw w ZSRR był niepewny, z czego dobrze zdawały sobie sprawę Waszyngton i inne stolice europejskie. Polaków nakłaniano do powściągliwości i ostrożności, by nie przekroczyli owej granicy wytrzymałości Moskwy, która – choć bardzo przesunięta – wszak nadal istniała. Za południową i zachodnią granicą reżimy komunistyczne trzymały się mocno jeszcze przez kilka tygodni. Czynnikiem narastających tam buntów społecznych były przemiany w Polsce, zwłaszcza Okrągły Stół, wybory czerwcowe i powstanie rządu Mazowieckiego. W kraju, choć bardzo osłabiona wyborczą klęską, nadal istniała dwumilionowa PZPR i jej wielotysięczny aparat sprawujący władzę na wszystkich szczeblach administracji, gospodarki, mediów. Państwem w państwie pozostawały MSW i wojsko. W dodatku Polska znajdowała się na dnie kryzysu gospodarczego, szalała kilkusetprocentowa inflacja. Nic dziwnego, że odjeżdżając z lokalu „Więzi” przy ulicy Kopernika do Urzędu Rady Ministrów zabrał ze sobą – wiszący od lat nad jego dawnym biurkiem – rysunek Jerzego Jaworowskiego przedstawiający Don Kichota. Trudno było nie zauważyć symboliki tego gestu.

Zrazu mogło się wydawać, że rząd Mazowieckiego będzie przysłowiowym kwiatkiem do kożucha, ograniczanym do minimum w zdolności do rządzenia przez siły dotychczasowego systemu. Stało się inaczej dzięki sile i determinacji obozu „Solidarności”, w tym też postawie samego Mazowieckiego, który przeciął kontakty łączące rząd z KC PZPR i nakazał takie postępowanie swoim urzędnikom. Jak wspomina, nie kontaktował się też z Moskwą, ani jej ambasadorem w Warszawie. Jeszcze w sierpniu 1989 r. w rozmowie z wysłannikiem Kremla Kriuczkowem powiedział, że Polska będzie się wywiązywać ze zobowiązań międzynarodowych, ale zamierza się kierować zasadą całkowitej suwerenności w sprawach wewnętrznych. Podjął szereg decyzji personalnych, które zapoczątkowały budowanie nowego systemu, w tym powierzenie Leszkowi Balcerowiczowi finansów i w praktyce w ogóle polityki ekonomicznej, mianowanie Andrzeja Drawicza na szefa telewizji, a Dariusza Fikusa na redaktora organu prasowego rządu.

Monografia rządu Mazowieckiego czeka nadal na swego historyka. Trudno o bilans wielu zmian i reform, które następowały tydzień po tygodniu. Prócz pakietu reform ekonomicznych za najważniejsze Mazowiecki uważał przygotowanie reformy samorządowej i zapowiedź wyborów, które miały zmienić układ sił w terenie i odsunąć od władzy zasiedziałą nomenklaturę. Nie mniej ważne było budowanie polskiej polityki zagranicznej uwolnionej od podporządkowania Moskwie i otwierającej proces wchodzenia w struktury świata Zachodu. Jednym z kluczowych jej elementów było stworzenie nowych podstaw stosunków z Niemcami zmierzającymi do zjednoczenia i ostateczne ustalenie stanu prawnego polskiej granicy zachodniej, a także zapoczątkowanie dobrosąsiedzkich stosunków z coraz natarczywiej domagającymi się samostanowienia Litwinami i Ukraińcami.

Kiedy w 1990 r. wybuchła w obozie „Solidarności” tzw. wojna na górze pod hasłami przyspieszenia zmian, zarzucano Mazowieckiemu zbytni umiar, niechęć do złamania kompromisu, który był podstawą Okrągłego Stołu i powstania niekomunistycznego rządu. Wskazywano, że po upadku reżimów komunistycznych w Czechosłowacji i NRD zmieniła się sytuacja geopolityczna, a rozwiązanie PZPR zmieniło sytuację wewnętrzną, należało więc zadać zdecydowany cios siłom starego porządku. Mazowiecki takiego myślenia nie akceptował, choć na zmienioną sytuację reagował, wprowadzając do MSW i MON swoich wiceministrów oraz dokonując weryfikacji kadr SB i tworząc na nowych zasadach, właściwych dla demokratycznego państwa, Urząd Ochrony Państwa. Był to jednak zaledwie początek ewolucyjnych przemian. Ogromną karierę zrobiło zaczerpnięte z expose pojęcie „grubej linii”, która – w interpretacji krytyków Mazowieckiego, a wbrew jego intencjom – miała oznaczać anulowanie dawnych win i niesprawiedliwości ludzi komunistycznego reżimu.

Nie sposób zrozumieć polityki premiera Mazowieckiego w oderwaniu od jego wcześniejszej drogi życia, doświadczeń, rozumienia sensu polityki. Pojęcia dialogu, kompromisu, chrześcijańskiej odpowiedzialności w polityce, o czym mówił i pisał wielokrotnie wcześniej, określały jego decyzje jako premiera. Odbudowując demokratyczną Polskę, nie zamierzał nikogo eliminować z życia publicznego ze względu na wcześniej zajmowaną postawę. Demokratyczna Polska nie miała nieść odwetu, miała być dobrem wszystkich obywateli. Przywrócone prawa obywatelskie i demokratyczne przysługiwać powinny wszystkim. Takie bowiem były od zawsze postulaty opozycji, obecnie zwycięska „Solidarność” miała potwierdzić, że głoszone wartości nie były jedynie grą. W polityce winna obowiązywać zasada dotrzymywania umów i zobowiązań. Zmieniona sytuacja może prowadzić do ich korekty, ale nie zerwania.

Odbudowując demokratyczną Polskę, nie zamierzał nikogo eliminować z życia publicznego ze względu na wcześniej zajmowaną postawę. Demokratyczna Polska nie miała nieść odwetu, miała być dobrem wszystkich obywateli

Przeciw „przyspieszeniu” przemawiała też rozległość i skomplikowanie zadań, przed którymi stawał rząd – gospodarczych, z zakresu polityki zagranicznej, przebudowy administracji. Odczuwano szczupłość fachowych kadr, ale nie decydowano się na radykalne eksperymenty nazywane „opcją zerową”, czyli tworzenie nowych instytucji od podstaw, na podstawie szerokiego naboru ludzi pozbawionych doświadczenia. Mazowiecki i jego ekipa nie byli rewolucjonistami, nie wierzyli w sensowność burzenia do fundamentów, pragnęli utrzymać ewolucyjny proces przemian, a w niektórych dziedzinach wręcz musieli utrzymać ciągłość.

Ta polityka – jak każda polityka – niosła też za sobą koszty. Zaniechanie rozbicia podstaw materialnych dawnego establishmentu ułatwiło uformowanie silnego obozu postkomunistycznego (co w 1990 r. wydawało się niemożliwe) i zajęcie na lata przez ludzi dawnego reżimu uprzywilejowanej pozycji w prywatyzujących się przedsiębiorstwach. Atakowano Mazowieckiego i jego rząd za zbyt łagodną weryfikację funkcjonariuszy dawnych służb specjalnych, zaniechanie dekomunizacji i lustracji (rzecznicy tego stanowiska na ogół nie podejmują kwestii, czy w 1990 r. tworzące się demokratyczne państwo powinno tych ludzi zantagonizować, zepchnąć na pozycję wrogów państwa). Krytykowano Mazowieckiego za niepodjęcie weryfikacji ludzi pracujących w wymiarze sprawiedliwości, zwłaszcza sędziów, co miało być źródłem dalszych kłopotów. Atakowano Mazowieckiego za powierzenie gospodarki Balcerowiczowi i zaakceptowanie kierunku zmian, który prowadził ku gospodarce rynkowej i konkurencyjności, ale skutkował upadkiem bardzo wielu zakładów i pojawieniem się nowych zjawisk – bezrobocia, wysokich rozbieżności w dochodach, nowych obszarów biedy.

Błędem Mazowieckiego była nieumiejętność takiego ułożenia stosunków z Lechem Wałęsą, by otrzymał odpowiadające jego pozycji znaczenie w nowym układzie politycznym. Brak rozwiązania tego, z pewnością trudnego, problemu przyspieszył podział „Solidarności” i konsolidację grup radykalnych. Wybuchła tzw. wojna na górze, która była niszcząca, zantagonizowała bohaterów ruchu wolnościowego, osłabiła jego pozytywny mit, a także zapoczątkowała nowe i – jak się okazało – trwałe podziały w dawnym obozie „Solidarności”.

Mazowiecki starał się uniknąć wejścia w polemikę, ale musiał być w nią wciągnięty, gdy jego rząd i on sam był atakowany. Zdecydował się rzucić wyzwanie Lechowi Wałęsie jako kandydatowi na prezydenta. Z jego punktu widzenia istniał w tym momencie dylemat, co jest ważniejsze: walka z inflacją i odbudowa gospodarki, tworzenie szerokiego konsensu dla budowania demokratycznego państwa oraz stabilizowanie nowej pozycji Polski w szybko zmieniającej się sytuacji międzynarodowej (zjednoczenie Niemiec, postępujący rozkład ZSRR) czy podjęcie wewnętrznej walki i rozliczeń z osłabionymi siłami postkomunistycznymi. Walkę wyborczą przegrał najpierw ze Stanisławem Tymińskim – egzotycznym kandydatem, który zgromadził wokół siebie liczny elektorat złożony z ludzi dotkniętych pierwszą fazą zmian gospodarczych, gotowych do bezkrytycznego poparcia fantastycznych pomysłów i manipulowanych przez najbardziej nikczemne postacie dawnego reżimu. Ta porażka była szczególnie bolesna. Przegrana z Wałęsą była bardziej naturalna, choć także bolesna. W tej sytuacji w grudniu 1990 r., po 14 miesiącach urzędowania, premier podał się do dymisji.

Demokracja wymaga kompromisów

Polityka Mazowieckiego jako premiera z pewnością będzie wywoływała także w przyszłości spory i rozbieżne oceny. Zajmowane w tych dyskusjach stanowiska będą zależały zarówno od oceny ówczesnej sytuacji w kraju i jej międzynarodowego kontekstu, szacunków siły obozu postkomunistycznego, jak i wyznawanych wartości ideowych. Nie da się jednak zaprzeczyć, że rząd Mazowieckiego dał podstawę do rozwoju demokratycznego państwa we wszystkich jego kluczowych funkcjach na wiele lat następnych.

Obóz popierający go w wyborach przekształcił Mazowiecki w Unię Demokratyczną, której był liderem. Przez szereg lat należał do najważniejszych polityków w Polsce. Pozostawał wierny wartościom, którymi od dziesięcioleci się kierował: zasadzie dialogu, szukania kompromisu i porozumień dotyczących spraw najważniejszych dla państwa, obrony prawa i wysokiej kultury politycznej, wchodzenia Polski w struktury świata zachodniego i dawania tam świadectwa odpowiedzialności. Był w III Rzeczypospolitej autorytetem nie tylko we własnej partii. Stał się też ważną postacią na arenie międzynarodowej jako specjalny sprawozdawca Komisji Praw Człowieka ONZ w byłej Jugosławii.

W ostatnich latach z niepokojem obserwował bieg spraw w Polsce – zarówno porażkę własnej formacji politycznej, która została wyeliminowana z parlamentu, jak i narastanie tendencji do upartyjnienia państwa i wzrost radykalizmu. W zasadniczym wystąpieniu na Uniwersytecie Warszawskim w marcu 2006 r. mówił: Demokracja wymaga minimalnej choćby zdolności do dialogu i do kompromisu. To ostatnie jest dla nas Polaków trudne, ponieważ przyzwyczailiśmy się przy słowie kompromis dodawać od razu „zgniły”, jakby każdy kompromis był taki z samej swej natury. Choć zasada nieustannego ucierania praw, jak to było w Pierwszej Rzeczypospolitej, należy do polskiego dziedzictwa politycznego. […]

Mamy dziś do czynienia z zakwestionowaniem III Rzeczypospolitej. To stara idea politycznych inicjatorów IV RP, którzy przedtem mieli ideę „nowego początku”. Za każdym razem muszą mieć nowy początek, a to, co przedtem zrobiono – przekreślić. Zniszczyć w świadomości Polaków. Ale ten zabieg niszczy zarazem stosunek obywateli do własnego państwa. […]

W demokracji nie wolno chcieć mieć wszystkiego. Kto chce mieć wszystko, chce za wiele. W demokratycznym państwie prawnym niezbędne są instytucje, które muszą być niezależne od partii politycznych, choć wybierane są na zasadach politycznych – przez parlament lub prezydenta. Te instytucje to przede wszystkim Trybunał Konstytucyjny, Narodowy Bank Polski, Najwyższa Izba Kontroli. W innym zakresie – wolne media. […]

Demokracja nie jest skazana na przegraną. Może, ale nie musi przegrać. Może stać się demokracją zniekształconą, ale nie musi. Zależy to dziś zwłaszcza od odważnej rozbudowy instytucji społeczeństwa obywatelskiego, od obrony instytucji niezależnych od układów partyjnych i od wymuszania przez opinię publiczną odnowy standardów życia publicznego.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź 2007 nr 4 z okazji 80-lecia urodzin Tadeusza Mazowieckiego