Cała sprawa wokół bełchatowskiego chłopca jest dla mnie kolejną zachętą, by w dziennikarstwie mieć się na baczności.

Ksiądz proboszcz z bełchatowskiej parafii opublikował oświadczenie, w którym napisał: „Podczas liturgii Komunii Świętej jeden z jej uczestników po przyjęciu do ust konsekrowanego komunikantu wypluł go na dłoń i schował do kieszeni, po czym zaczął kierować się do wyjścia świątyni. W związku z powziętym podejrzeniem popełnienia przestępstwa lub usiłowaniem jego popełnienia, kapłani postanowili ująć osobę i przekazać ją policji”. Dodał też, „że nieprawdziwe są doniesienia, jakoby względem tego człowieka użyto przemocy. Istotnie podejmował on kilkukrotne próby ucieczki, jednakowoż do czasu przybycia policji osobie uniemożliwiano opuszczenie kościoła wyłącznie poprzez bierne zagradzanie drogi”.

Jeśli takie są fakty – a nikt ich nie podważa – naprawdę nie rozumiem, skąd ta cała medialna burza. Myślę oczywiście o krytyce, jaka spadła na księży, którzy wezwali policję. I zastanawiam się: a co mieli zrobić? Jeśli prosili chłopca o oddanie Hostii, a on nie chciał tego zrobić, ponadto nie chciał również wyjaśnić, co zamierza z nią zrobić, to mieli mu ją odebrać siłą? Czy takie zachowanie nie byłoby naruszeniem nietykalności osobistej? Czy nie należy stwierdzić czegoś całkowicie odwrotnego: księża postąpili jak najbardziej słusznie, także biorąc pod uwagę dobro osobiste chłopca? Czy media, które rozdmuchały całą sprawę, nie zrobiły temu chłopcu realnej krzywdy, broniąc go przed „krzywdą”, która de facto okazała się pozorna?

Jestem przekonany, że gdybym był ojcem tego chłopca, chciałbym, aby media zostawiły go w spokoju i pozwoliły na spokojne rozwiązanie sprawy między księżmi i rodzicami. No i w rozmowie z samym chłopcem, który mógłby także spokojnie wyjaśnić, do czego i dlaczego doszło. Bo czy i on nie miał prawa zareagować zbyt impulsywnie, kiedy uświadomił sobie, że robi coś naprawdę niewłaściwego? I dodam, że podobne uczucia zrodziłyby się pewnie we mnie, gdybym był księdzem, który w tamtej parafii pracuje. Tak, najpierw zrobiłbym wszystko, żeby sam chłopiec – bez naruszania jego fizycznej nietykalności – nie musiał żałować, że sprofanował Eucharystię.

Czy to jest tak bardzo zaskakujące, że ktoś traci grunt pod nogami, gdy na własne oczy widzi, jak Hostia może zostać za chwilę sprofanowana?

Nie byłem na miejscu zdarzenia. Nie rozmawiałem ze świadkami. Nie mogę zaświadczyć o przytoczonych faktach. Ale jeśli są takie, jak przedstawiłem powyżej – za wiarygodnymi moim zdaniem źródłami – to można oczywiście zastanawiać się, czy działanie księży nie było zbyt impulsywne. Co do zasady jednak należy przyznać, że księża mieli prawo tak postąpić. A nawet jeśli ktoś uzna, że wspomniana impulsywność za bardzo na ich postępowaniu zaważyła, to czy nie była ona także wyrazem ich głębokiej wiary w realną obecność Boga w Eucharystii? Czy to jest tak bardzo zaskakujące, że ktoś traci grunt pod nogami, gdy na własne oczy widzi, jak Hostia może zostać za chwilę sprofanowana? Czy nie ma w tym wszystkim jakiejś ogromnej miłości do Boga i ostatecznie także szacunku do tego chłopca, że nie chciano go skrzywdzić, ale jedynie ochronić konsekrowany chleb i jego samego przed wyrzutami sumienia? Tym bardziej że naprawdę nikt nie podniósł na niego ręki.

Wróciłem do sprawy, ponieważ to, co na ten temat w mediach lewicowych się pojawiało, jest po prostu przesadą. Przypisywanie temu wydarzeniu rangi problemu politycznego, jakoby był on dowodem na sojusz tronu z ołtarzem, jest próbą kreowania rzeczywistości, a nie jej rzetelnym opowiadaniem. W ten sposób możemy tylko oszaleć w atmosferze wzajemnej podejrzliwości. A trzeba zauważyć, że podsycają ją właśnie ci dziennikarze, którzy o wzbudzanie wzajemnej wrogości wciąż osądzają stronę przeciwną.

Trudno nie zgodzić się z Piotrem Zarembą, który zwrócił uwagę, że zaatakowani zostali zwyczajnie pracujący księża za to, że starają się robić to, co do nich należy.

Dla mnie cała sprawa wokół bełchatowskiego chłopca jest kolejną zachętą, aby w dziennikarstwie mieć się na baczności i nie ulegać modzie na upolitycznienie. Jestem też mocno przekonany, że właśnie media katolickie powinny w tym procesie niezależności politycznej odegrać decydującą rolę.

Tekst ukazał się pierwotnie w „Przewodniku Katolickim”