Rocznica obalenia muru berlińskiego corocznie stwarza w Niemczech okazję do narzekań na podziały między wschodnią a zachodnią częścią kraju. Tym razem pełne rozmachu uroczystości odbywają się w cieniu sukcesów prawicowej Alternatywy dla Niemiec (AfD) w wyborach regionalnych oraz coraz większego rozgoryczenia na wschodzie.

„Szykuje się wam duża impreza w weekend w Berlinie” – napisałem na Facebooku do kolegi, mieszkającego w Berlinie dyrektora w jednym z wielu w tym mieście start-upów. „Naprawdę? Co się dzieje?” – odpisał niedługo później. Gdy wytłumaczyłem, że chodzi mi o planowane główne obchody 30. rocznicy obalenia muru berlińskiego odpowiedział: „Aha, dobrze wiedzieć”.

Trwające od 4 do 10 listopada obchody (przejścia graniczne otwarto wieczorem, 8 listopada 1989 roku, sam mur rozebrano w drugiej połowie roku 1990) uświetniają instalacje artystyczne (główna – „Visions in Motion” – składa się z 30 tys. wstążek zapisanych wiadomościami od berlińczyków i „przyjaciół miasta” przed Bramą Brandenburską); koncert łączący klasykę niemieckiego techno (Westbam, autora hymnu słynnych Love Parade) z muzyką klasyczną; wizyty dygnitarzy z całego świata, m.in. sekretarza stanu Stanów Zjednoczonych Mike’a Pompeo i prezydenta Polski Andrzeja Dudy.

Media przypominają obrazki sprzed trzech dekad, dawni korespondenci publikują wspomnienia, a redakcje prześcigają się w wyszukiwaniu do wywiadów zapomnianych oficjeli z tamtych lat. Dla wielu młodych Niemców, zwłaszcza wychowanych w zachodniej części kraju (jak urodzony dwa lata przez upadkiem muru w Nadrenii Północnej-Westfalii wspomniany już kolega), same obchody przejdą raczej bez większych emocji. Te wywołuje coś innego.

Strach przed AfD

Mój kolega tydzień wcześniej w jednym z mnóstwa barów we wciąż jeszcze modnej, znajdującej się 30 lat temu przy murze dzielnicy Kreuzberg (chociaż podobno tracącej popularność na rzecz również graniczących z murem Friedrichshain i Wedding) oburzał się wynikami niedawnych wyborów regionalnych w Turyngii. – Powinno się im zabrać prawa wyborcze – twierdził. Podobne, chociaż dużo bardziej politycznie poprawne i dyplomatyczne słowa można było w ostatnich tygodniach usłyszeć w zwykłych rozmowach w środowiskach urzędników, polityków, lobbystów czy pracowników sektora pozarządowego w berlińskich biurowcach.

Dwa pierwsze miejsca zajęły partie sceptyczne wobec tego, jak wygląda integracja. Wygrało lewicowe Linke z rodowodem sięgającym rządzącej NRD Socjalistycznej Partii Jedności Niemiec. Gorzej został przyjęty drugi rezultat AfD. Szczególnie, że to ich trzeci w tym roku dobry wynik we wschodnich Niemczech (po wyborach regionalnych w Brandenburgii i Saksonii). AfD do wyborów szło z hasłami w stylu „Dokończmy rewolucję”, „Wschód wstaje z kolan”.

Te wyniki dały wodę na młyn kolejnej ulubionej zabawie mediów (poza wspominkami i okolicznościowymi wywiadami) przy rocznicy – publicystyce zastanawiającej się, dlaczego podziały nadal istnieją. „Reunifikacja nie jest porażką. Niemcy świętują zwycięstwo wolności, ale nie są pozbawione problemów. Trzydzieści lat po upadku muru różnice pomiędzy Wschodem i Zachodem zdają się rosnąć, a nie maleć” – pisał Berthold Koehler, wydawca „Frankfurter Allgemeine Zeitung”. „Poczucie bezradności i braku efektywności, które szerzy się na Wschodzie, ma prawdziwe korzenie. (…) Niemcy traktują swoją historię jak statuę z brązu, którą raz do roku się pucuje do połysku, a potem szybko chowa, żeby nikt nie zobaczył zarysowań” – twierdził w eseju dla „Spiegla” dziennikarz Benjamin Bidder.

Widoczne podziały

Podziały są potwierdzone przez badania. Raport o stanie reunifikacji wskazuje, że 38 proc. mieszkańców wschodnich landów uważa integrację za „sukces”. Wskaźnik jest jeszcze mniejszy, jeśli weźmie się pod uwagę osoby do 40 roku życia – wtedy odpowiada tak zaledwie co piąty badany. „Mur nigdy nie miał dla mnie ważniejszego znaczenia. Ale jak zacząłem studiować w Zachodnim Berlinie, dla wszystkich byłem »Ossi« (czyli ze wschodu – red.)” – napisał z okazji rocznicy na tworzonej na zlecenie niemieckiego MSZ stronie deutschland.de Stefan Böhme, aktywista Linke rocznik 1987.

Wychowanym w byłym NRD częściej, nawet w zwykłej rozmowie, zdarza się zaznaczyć pochodzenie. Z badania Instytutu Demoskopii w Allensbach wynika, że 71 proc. mieszkających na zachodzie kraju czuje się po prostu „Niemcami”, a nie kimś ze „wschodu” lub „zachodu”. Tak samo odpowiedziało 44 proc. badanych na wschodzie. W ciągu pięciu ostatnich lat liczba mieszkających tam osób, które utożsamiają się ze stwierdzeniem „wielu osobom w Niemczech poprawiła się sytuacja, ale nie mi”, wzrosła o 10 pkt. proc., do 74 proc.

Z raportu o reunifikacji wynika, że 57 proc. mieszkańców byłego NRD uważa, że są traktowani jako „obywatele drugiej kategorii”. Jeszcze 10 lat temu, w innym badaniu, twierdziło tak 35 proc. Obecny wskaźnik porównywalny jest do tego, jak odpowiadali na początku lat dwutysięcznych. Takie przypadki może zauważyć nawet niewprawionym okiem – dziewczyna z Bawarii, z którą kiedyś studiowałem, bez ogródek twierdziła że wschodnioniemiecki akcent jest „super unsexy”.

Dorastający w schyłkowym okresie NRD przy polskiej granicy urzędnik z Brandenburgii, którego spotkałem kilka miesięcy temu na konferencji, twierdził, że w dalszym ciągu na wielu kierowniczych stanowiskach we wschodnich samorządach dominują osoby, które przyszły z zachodu w latach dziewięćdziesiątych i do tej pory nie rozumieją, a nawet nie próbują zrozumieć wschodu. – Chcieliśmy nagrodzić lokalnego społecznika, ale wyszła sprawa jego przeszłości, współpracy ze Stasi, niezwiązanej z docenianą działalnością. Dla ludzi z zachodu to była bariera, której nie dało się przeskoczyć. Tych samych, którzy są dumni z ich zdaniem skutecznej integracji byłych nazistów w nowym, powojennym społeczeństwie RFN – mówił.

A jaki pomysł na zasypanie tego podziału ma Angela Merkel, jedna z niewielu „Ossi” na eksponowanym stanowisku w Niemczech? „Trzeba być bezpośrednim, czasami narobić hałasu żeby zrobić karierę. Mogę tylko zachęcać Niemców ze wschodu, żeby to robili. Wiem, że dla wielu z nich życie stało się bardziej swobodne, ale nie łatwiejsze, po rewolucji. Ale trzeba powiedzieć jasno: niezadowolenie z transportu publicznego, opieki zdrowotnej, państwa i twojego życia nie upoważnia cię do okazywania nienawiści” – mówiła w rozmowie ze „Spieglem”, dodając, że przydałoby się więcej „wewnątrzniemieckiego dialogu”.