Przez pół roku nie umiał się uśmiechać, nie dał się do siebie dotknąć i uciekał, jak oparzony, kiedy próbowałam go przytulić. Wcale go na początku nie kochałam, ani on mnie.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 6/2008 jako głos w ankiecie redakcji dotyczącej adopcji.

Skończyłam psychologię, widziałam dziesiątki domów dziecka, znałam losy adoptowanych dzieci. Przeczytałam na temat adopcji wiele książek, ale sama nie myślałam o adoptowaniu dziecka. Byłam samodzielna od dwunastego roku życia, świetnie radziłam sobie zawodowo, odniosłam sukces, zarabiałam sporo pieniędzy. Pojechałam kiedyś robić reportaż do pewnego miasta i szukałam tam ciekawych ludzi. Wskazano mi lekarza, który wiele lat zajmuje się adopcjami dzieci. Poszłam do niego i długo rozmawialiśmy.

W pewnym momencie powiedziałam mu, że chciałabym adoptować dziecko. Był bardzo zaskoczony tą moją obcesowością, ale nie obruszył się. Zaproponował, żebym została kilka dni, byśmy się mogli lepiej poznać. Zostałam, chociaż zawodowo nic już tam nie miałam do roboty. Gadaliśmy całymi dniami. W końcu powiedział”

– Mam zasadę, że nie daję dzieci osobom samotnym, jednak pani dam.

– Ale dlaczego? – zapytałam. – Pan mnie przecież bardzo mało zna?

– Od trzydziestu już lat zajmuję się adopcją i wiem, komu można dać dziecko, a komu nie. Proszę jechać do domu. Przyślę telegram, jak znajdę odpowiednie dla pani dziecko. Uprzedzam jednak, że jeśli pani tego dziecka nie zaakceptuje, odjedzie pani z kwitkiem, bo to nie jest sklep z butami.

Tak się stało, po kilku miesiącach dostałam telegram i przyjechałam – czekał na mnie trzyletni chłopiec.

– Chce pani tego chłopca ? – zapytał pan doktor.

– Chcę – odpowiedziałam i zabrałam dziecko do domu. Miałam wtedy czterdzieści dwa lata

Nie było łatwo. Mój syn był głęboko zaburzony, miał też straszliwą alergię, przez pół roku nie umiał się uśmiechać, nie dał się do siebie dotknąć i uciekał, jak oparzony, kiedy próbowałam go przytulić. Wcale go na początku nie kochałam, ani on mnie. Byliśmy jak dwa sople lodu.

Długo nie mógł zrozumieć, dlaczego ten dom jest właśnie nasz, a inny należy do obcych ludzi. Próbując mu to wytłumaczyć prowadzałam go z wizytami do moich przyjaciół. Wpadał do pokoju dziecinnego i wyrzucał wszystkie zabawki z półek na podłogę. Dla wielu takie zachowanie było szokujące. Kiedy pytałam go, dlaczego to robi, mówił, że właśnie tak zachowywali się w domu dziecka wchodząc do sali zabaw.

Kiedy szliśmy ulicą, nagle padał na ziemię. Póki trzymałam go za rękę wszystko było w porządku, kiedy go puszczałam – upadał. Prowadzałam go po lekarzach, robiłam badania, myślałam że ma może problemy z błędnikiem. Badania nic nie wykazały, wszystko było w porządku. W pewnym momencie zorientowałam się, że w domu dziecka dzieci, kiedy wychodziły poza teren ośrodka, zawsze szły trzymając się za ręce. On po prostu nie umiał chodzić po ulicy samodzielnie. Zaczęliśmy ćwiczyć – wszystkiego uczył się w lot.

Uczyliśmy się wzajemnie rozumieć i kochać, i to zaowocowało głęboką więzią. Teraz w każdej chwili gotowa byłabym oddać za niego życie. Proszę go, żeby był ostrożny, bo gdyby coś mu się stało – nie przeżyłabym tego.

Mój syn jest już dorosłym, wspaniałym mężczyzną – świetnie skończył studia, ma pracę, o której marzył i zarabia więcej niż ja. Ma dziewczynę i z zamierza się żenić. Jest dobrym, mądrym, kochanym dzieckiem.

Udało się? Czy może należy to traktować w kategoriach cudu?

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 6/2008.