Bóg nie przyjął człowieczeństwa na pewien czas, nie stał się też rywalem czy konkurentem człowieka. Eucharystia jest od początku wielkim zwrotem antropologicznym.

Tak jeszcze na marginesie dyskusji o Eucharystii w kontekście „zajścia” w Bełchatowie. Tomasz Terlikowski zżyma się na reakcję kurii łódzkiej, twierdzi, że wygrywa „dobroludzizm” i „dobre samopoczucie wiernych”. Ks. Andrzej Draguła pisze o „zwrocie antropologicznym w kulcie eucharystycznym”. Niektórzy radykalnie przeciwstawiają Boga człowiekowi. Albo Bóg, albo człowiek. Jasne, że można tak postawić sprawę.

Ale o jednym się zapomina. Nie przeciwstawiałbym tak bardzo tego, jak się traktuje człowieka (nawet tego chłopaka) czci do Boga. W Nowym Testamencie jest mowa o trzech Ciałach Chrystusa. Nie tylko o Eucharystycznym. W sumie jest to jeden Chrystus: zmartwychwstały w niebie, obecny w Najświętszym Sakramencie i Chrystus, którym jest wspólnota wierzących. O tej trzeciej formie obecności Pana Zmartwychwstałego w katolicyzmie współczesnym prawie się nie mówi. Dlaczego? Bo przecież to zbyt protestanckie…. A jednak w modlitwach eucharystycznych modlimy się zawsze, abyśmy przyjąwszy Ciało i Krew Chrystusa stali się jednym Ciałem. Co więcej, w scenie Sądu Ostatecznego Jezus utożsamia się z każdym człowiekiem potrzebującym. Nic nie wskazuje na to, że chodzi tylko o chrześcijan. Tutaj to dopiero jest humanizm.

Kiedy dochodzi do przegięcia? Gdy rozrywa się ten związek między Eucharystią a Ciałem Chrystusa, które tworzą wierzący razem ze swoją Głową. Jest to w głębszym sensie nieuznawanie Wcielenia. Gdy Eucharystia jest tylko „przedmiotem” czci, pozostajemy jeszcze na poziomie Starego Przymierza.

Gdy Pius X ogłosił w 1905 roku dekret o codziennej Komunii świętej, napisał, że towarzyszy mu myśl, „aby Komunia św. nie była głównie środkiem uczczenia i uwielbienia naszego Zbawiciela, albo rodzajem zapłaty czy nagrody za cnotliwe życie, lecz aby wierni czerpali siłę do zwyciężania namiętności, do pozbycia się drobnych powszednich przewinień, do ustrzeżenia się od ciężkich upadków, na jakie jest wystawiona ludzka ułomność”. Mam wrażenie, że do nas w Polsce do wielu miejsc nie dotarła ta nowina.

Gdy Eucharystia jest tylko „przedmiotem” czci, pozostajemy jeszcze na poziomie Starego Przymierza

Jeśli pominiemy aspekt, o którym pisał papież, Eucharystia stanie się rytuałem, indywidualnym aktem pobożności i tylko kultem. Gorzej, wtedy najbardziej boląca jest profanacja Eucharystii, ale profanacja Boga w drugim człowieku już nie. A sam Jezus powiedział: „Jeśli nazwiesz swego brata bezbożnikiem, czeka cię kara piekła ognistego”. Jeśli jej przyjmowanie nie czyni mnie bardziej wrażliwym na obecność Chrystusa w drugim człowieku, w bracie i siostrze, to z czym tutaj mamy do czynienia?

I druga rzecz: w tym wszystkim bardzo intensywnie działa też zły duch. Ale subtelnie. Weźmy ostatni przykład ze zniczami. Czy działanie na rzecz ochrony środowiska jest samo w sobie złe? Nie. Wszystko zależy od tego, jaki się temu nada priorytet. I tak niektórzy niesłusznie zaczęli się burzyć, że palenie zniczy na cmentarzach jest nieekologiczne. Większość wierzących odbiera to jako atak na coś świętego, ważnego dla nich. I trudno się dziwić. Ale jaki jest efekt uboczny? Ekologia kojarzy się z czymś złym, wrogim, nie naszym. I co dalej się dzieje? Wystarczy, że papież powie, że ekologia jest ważna dla Kościoła i od razu zostanie uznany za lewaka, że nie głosi Chrystusa, tylko zajmuje się tym, co „wrogie media”.

Coś podobnego dzieje się także z tzw. humanizmem. To diabeł wpaja na różny sposób wrogość do człowieka i stawia go w radykalnej opozycji do Boga. A Bóg nie przyjął człowieczeństwa na pewien czas. Nie stał się też rywalem czy konkurentem człowieka. Sama Eucharystia jest od początku wielkim zwrotem antropologicznym, bo jest między innymi po to, by ludzie dostrzegali w sobie coś więcej i nie przeciwstawiali w sposób ostry Boga człowiekowi.

Tekst ukazał się 5 listopada na Facebooku Autora. Tytuł od redakcji