Umieranie w młodym wieku tych, którym udało się ocaleć, wyjść żywym z Zagłady, zakłócało porządek świata, jaki winien obowiązywać po kataklizmie.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 3/2001.

Mniej więcej dziesięć lat po wydarzeniach, o jakich tutaj opowiem, obej­rzałem pewien film, który mi się podobał, ale w pamięci pozostało mi z nie­go niewiele. Zapamiętałem aktora grającego główną rolę – i jedną tylko scenę, bodaj ostatnią. Aktor ów, to uwielbiany wówczas przez publiczność Gerard Philippe, w obrazie tym jeszcze bardzo młody, był to bowiem jeden z pierwszych jego filmów, wyprodukowany tuż po wojnie, kiedy rozpoczynał swą krótkotrwałą, ale jakże błyskotliwą karierę. Wówczas – po okresie stalinowskim, w którym raczono polskich widzów przede wszystkim dzie­łami socrealistycznymi – wyświetlano dobre zachodnie filmy niekiedy, jak w tym przypadku, aż z dziesięcioletnim opóźnieniem. Pamięć jednak nie całkiem mnie zawiodła – i po tym, co w wojsku zwykło się nazywać krótką pracą myślową, udało mi się dociec, jaki film miałem na względzie. Chodziło o „Le diable au corps” Claude’a Autant-Lary, którego tytuł przełożono dosłow­nie, ale chyba bezsensownie: „Diabeł wcielony”. A kiedy to już wiedziałem, nietrudno mi było stwierdzić, że podstawę scenariusza stanowiła krótka powieść Raymonda Radigueta, nazywająca się w polskim przekładzie – tym razem sensownie – „Opętanie”.

A scena, którą zapamiętałem, bodaj finałowa, przestawiała się tak: mło­dy człowiek, w którego świetnie wcielił się Philippe, przychodzi pod dom ukochanej kobiety – i dowiaduje się o jej śmierci. Ktoś wypowiada takie zdanie: „nie dziw się, wojna się skończyła, ginęli mężczyźni, teraz przyszła kolej na umieranie kobiet”. Rzecz dotyczyła, oczywiście, pierwszej wojny światowej, po drugiej – pomyślałem o tym natychmiast – konstatacja ta­ka, która miała być nie tyle pocieszeniem, ile refleksją o pewnym obowią­zującym w świecie porządku, nie mogłaby nikomu się nasunąć. Wojna ta w swym niewyobrażalnym okrucieństwie nie składała dani seksizmowi, wprowadzono równouprawnienie w umieraniu, nie rozróżniano istot ludz­kich ani według płci, ani według wieku. i to nie tylko wtedy, gdy bomby padały na dzielnice mieszkalne i siały zniszczenie bez wyboru, także, a w istocie – przede wszystkim, gdy Niemcy podjęli decyzje, prowadzące do zmiecenia z powierzchni ziemi całych społeczności. Ostateczne rozwiązanie pomyślane zostało w ten sposób, że znosiło różnice między płciami, skoro chodziło o wytępienie wszystkich.

Po wyjściu z kina pomyślałem o mojej ciotce, która nosiła imię Estera, ale w rodzinie i wśród znajomych mówiło się o niej Edzia. Mój ojciec miał pięć sióstr, dwie z nich wyjechały przed wojną do Palestyny, a więc Zagłada ich nie dosięgła, dwie zginęły zamordowane przez Niemców, jedna – Zofia – w Treblince, druga – Guta – gdzieś w południowo-wschodniej części kraju, w miejscu i w okolicznościach, których nigdy nie dane nam było po­znać. A Edzi, siostrze najmłodszej, Ojcu mojemu szczególnie bliskiej, szczęście – jak mogło się wydawać – sprzyjało, przetrwała razem z mężem i z córką, moją rówieśnicą, starszą ode mnie najwyżej o rok, a może tylko o kilka miesięcy.

Ale to właśnie Edzia zmarła trzy lata po wojnie, a więc po ocaleniu, które tylko z lekką przesadą określić można jako cudowne. Zmar­ła w roku 1948 najzwyczajniej w świecie, nie w gazowej komorze czy przed plutonem egzekucyjnym, zmarła we własnym łóżku, powalona przez okrut­ną i nieuleczalną chorobę. Zmarła w wieku nie do umierania, choć była spo­ro starsza od bohaterki filmu „Diable au corps”, granej przez Micheline Presle. Liczyła sobie lat trzydzieści osiem.

Wojna w swym niewyobrażalnym okrucieństwie wprowadzała równouprawnienie w umieraniu, nie rozróżniała istot ludz­kich ani według płci, ani według wieku

Wiele o niej słyszałem, bo Ojciec dość często ją wspominał – i za życia, i gdy zabrakło jej wśród żywych, a najczęściej wówczas, gdy zapadła na cho­robę, przed którą nie było ratunku, ale niewiele o niej wiedziałem. Nie jes­tem świadom, w jaki sposób udało się jej uratować, wiem jedynie, że w ostatnim okresie okupacji zaszyła się wraz z najbliższymi gdzieś na przedmieściach Kielc. Nie mieszkała nigdy w Warszawie ani w jej okoli­cach.

Po wojnie przeniosła się do Łodzi, urodziła syna, któremu dano imię Michał, widywałem ją niezmiernie rzadko, a w pamięci zapisało się jedno tylko spotkanie, trwające kilka dni. Ojciec jeździł co jakiś czas do Łodzi, skłaniała go do tego nie tylko chęć odwiedzenia siostry, z którą czuł się głęboko związany, ale także sprawy zawodowe. I w jedną z takich wypraw zabrał mnie z sobą, pewnie dlatego, że chciał mi urozmaicić i uatrakcyjnić życie, toczące się w Miasteczku, w którym nic ciekawego się nie działo, Łódź zaś – w przeciwieństwie do leżącej w gruzach Warszawy – była me­tropolią, ale też dlatego, że pragnął, bym poznał najbliższą rodzinę, co stało się tym ważniejsze, że była to jej ocalała resztka, ta, której się powiodło i nie trafiła do komory gazowej; być może zresztą Edzia chciała mnie poznać, po jej stronie pojawiły się podobne motywy.

Jestem w stanie uplasować tę podróż w czasie z zadziwiającą precyzją. A stało się tak dlatego, że słuchałem radia – i zapamiętałem, że mówiono wówczas o dwu sprawach. Jedna z nich to wydarzenie aktualne: zabójstwo

Karola Świerczewskiego, zwanego generałem Walterem, gdzieś na niezna­nych mi bieszczadzkich terenach, druga – to rocznica, a mianowicie dzie­sięciolecie śmierci Karola Szymanowskiego. Nietrudno stwierdzić, zagląda­jąc do pierwszej z brzegu encyklopedii, że Świerczewski zginął 28 marca 1947 roku, Szymanowski zaś zmarł 29 marca roku 1937, a więc moja ro­dzinna wizyta w Łodzi odbyła się pod sam koniec tego miesiąca. Nie mam pewności, wydaje mi się jednak, że na ów czas przypadały ferie wielkanoc­ne; gdyby było inaczej, z pewnością bym nie pojechał, rodzice moi w wielu sprawach byli ludźmi nader zasadniczymi i nie zgodziliby się na to, bym opuszczał szkołę – zwłaszcza że uczniem byłem miernym, a może nawet gorzej niż miernym.

Mam przed oczyma moją ciotkę Edzię, jej wizerunek utrwalił się właśnie w trakcie tej wizyty. Zajmowała się domem i swym niedawno urodzonym dzieckiem, zapamiętałem ją jako osobę ciepłą, sympatyczną i opiekuńczą. Nie wiem, czy już wtedy ujawniła się choroba, która za niespełna dwa lata miała ją powalić. Myślała – wraz z całą swą rodziną – o wyjeździe do Palestyny, z której niebawem wyłonić się miało izraelskie państwo. Kielec­ki pogrom zrobił swoje, zasiał jeśli nie bezpośredni strach, to niepokój i oba­wy, nie można przecież było założyć, że podobna akcja motłochu nigdy już i nigdzie się nie powtórzy, że Łódź, w której po wojnie osiedli, nie stanie się miejscem równie agresywnych i równie irracjonalnych poczynań, może się przecież przytrafić, że znowu gdzieś się zapodzieje jakieś małe chrześcijań­skie dziecko, by odnaleźć się po kilku godzinach lub dniach – i w następ­stwie odżyje widmo rytualnego mordu.

Ale chodziło też o co innego, mąż Edzi, Artur (tak się o nim mówiło, choć jego imię metrykalne brzmiało Aron), był kupcem, należał do prywatnej inicjatywy – i nadal chciał praco­wać w swoim zawodzie, ale miał na to coraz mniej szans, nietrudno było się zorientować, ku czemu wszystko w kraju zmierza. W tej rodzinie z komu­nizmem żadnych nadziei nie wiązano, nie darzono go sympatiami.

Po tylu latach nie potrafię orzec, czy planowano wyjazd w możliwie szybkim termi­nie, a choroba Edzi, która wybuchła niespodziewanie i od razu z dużą siłą, projektom tym przeszkodziła. W każdym razie tego jestem pewien: moja wizyta wiosną 1947 roku nie miała charakteru pożegnalnego, przeciwnie, powtarzano mi, że nieraz jeszcze do Łodzi przyjadę. Artur z dwojgiem dzieci wyemigrował w rok, a może w półtora, po śmierci swej żony, w ostatniej chwili, bo niebawem granice Polski miały się zatrzasnąć na kilka lat. A mnie już nigdy nie dane było rodziny mojego Ojca odwiedzić. Zabrakło po temu zarówno nastroju, jak możliwości w czasie choroby, która jednoznacz­nie i konsekwentnie zmierzała ku wiadomemu finałowi.

Wojna się skończyła, ale jej konsekwencje w różnoraki sposób trwały, wpływając na zachowania i fantazmaty, obsesje i strachy – obciążając zarazem ładunkiem, którego nie można było się pozbyć

Ale wtedy, w czasie tych wczesnowiosennych dni, o chorobie chyba jesz­cze się nie mówiło, rozmowom dorosłych przysłuchiwałem się zresztą z nie­zbyt wielką uwagą, mało mnie one interesowały, nie wiem zatem, czy pro­jekt wyjazdu rozważało się jako rzecz całkiem realną i niedaleką, czy też przesuwało się go w przyszłość, jeśli nie nieokreśloną, to w każdym razie dalszą. Fascynował mnie pobyt w wielkim mieście, które różniło się nie tylko od zapewniającego mi codzienną rutynę Miasteczka, ale też od pogrą­żonej w ruinach Warszawy, do której od czasu do czasu – rzadko zresztą – jeździłem. Tę wspaniałą metropolię, która czarowała mnie i olśniewała, zwiedzałem pod czujnym okiem mojej kuzynki, Sabiny, niewiele wprawdzie ode mnie starszej, ale znacznie dojrzalszej. Znała ją ona już całkiem dobrze, a po śródmieściu poruszała się ze swobodą osoby, której wielki świat nie jest obcy i nie ukrywa przed nią swych tajemnic. To ja byłem prowincju­szem, zapewne mocno zapyziałym, ale też ciekawym nowości i czekającym na coraz to nowe wrażenia.

Z Sabiną właśnie byłem w ciągu tych kilku dni aż dwa razy w kinie i dwa razy w teatrze, przybysz z Miasteczka (w którym istniało wprawdzie kino) miał się nasycić kulturą. Czyniłem to z zapałem i z entuzjazmem tak dużym, że do dzisiaj pamiętam, co w Łodzi obejrzałem. Coś odpowiedniego dla mojego wieku, a więc przygodową opowieść o Robin Hoodzie – i coś, co już mniej było właściwe, choć zapewne przykładnie cnotliwe, skoro nas – dzieci jeszcze – wpuszczono na seans bez żadnych kłopotów.

Była to histo­ria kobiety, którą uwiódł jakiś niegodziwiec, a ona potem niezwykle dziel­nie i z oddaniem wychowywała dziecko. Historia taka nie mogła mnie po­rwać, tego rodzaju sprawy raczej z trudem docierały do mojej świadomości. Zapamiętałem tylko, że film nazywał się „Kobieta sama”, i był produkcji francuskiej. Kiedy przystępowałem do pisania tej opowieści, usiłowałem się czegoś o nim dowiedzieć. I rzeczywiście się dowiedziałem – z nieocenionej „Historii sztuki filmowej” Jerzego Toeplitza. Był to wyprodukowany w roku 1942 melodramat, będący wyciskaczem łez – i największym sukcesem kasowym francuskiego kina w latach okupacji. Widocznie już wtedy byłem zimny i nieskłonny do sentymentalnych wzruszeń, nie przypominam sobie bowiem, by z oczu moich spłynęła choćby jedna łza.

Ale wielkich wrażeń zaznałem w teatrze, na tym spektaklu, na którym było kolorowo i wesoło, dźwięcznie i wdzięcznie. Obejrzałem z Sabiną „Krakowiaków i górali”, przedstawienie spodobało mi się ogromnie. Jeśli zapamiętałem wówczas nazwiska autora tekstu i kompozytora, to było dużo, dzieci, nawet gdy je coś zachwyca, nad takimi szczegółami się nie zastanawiają, dla nich świat sztuki jest w dużej mierze rzeczywistością anonimową. Nie utrwaliły się w mojej pamięci nazwiska aktorów, by nawet nie wspominać o reżyserze. Nie wiem, czy w ogóle byłem wówczas świadom, że ktoś taki istnieje i tak wiele od niego zależy. Dopiero stosunkowo niedawno, po wielu dziesięcioleciach, dowiedziałem się od pewnego błyskotliwego i uczonego krytyka teatralnego, z którym przez czas jakiś łączyła mnie nie­jaka zażyłość, że reżyserem tego łódzkiego spektaklu był sam Leon Schiller. Nie umiałem w tamtych latach, co oczywiste, ocenić jego kunsztu, przyswa­jałem sobie z widowiska, które – jak słychać – zapisało się w dziejach polskiej sceny, to co najbardziej efektowne i zewnętrzne.

A druga wizyta w teatrze nie dostarczyła mi już tak wielkich wrażeń. Obejrzeliśmy „Pana Damazego”. Komplikacje spadkowo-matrymonialne, jakie Józef Bliziński przedstawił w swej słynnej niegdyś komedii, były dla mnie mało pociągają­ce, a niewykluczone też, że niezbyt zrozumiałe. Cóż mnie zresztą mogły obchodzić tego rodzaju fabuły. Nie wiem, kto przedstawienie reżyserował, nie wiem, kto w nim występował. Nic mi się z niego nie utrwaliło (dopiero po napisaniu tej opowieści dowiedziałem się, że w roli tytułowej wystąpił wielki Aleksander Zelwerowicz).

Ale z tego kilkudniowego pobytu w Łodzi zostało w sumie wiele. Rodzi­ny po raz drugi już nie odwiedziłem. Ciotka Edzia zapadła na nowotworową chorobę i po strasznych cierpieniach zmarła, a jej najbliżsi – o czym już wspominałem – zdecydowali się na emigrację do Izraela. W czasie owej choroby Ojciec często jeździł do Łodzi, a także z niepokojem czekał na nad­chodzące wiadomości, choć od pewnego momentu wiedział, że mogą być tylko złe. Na pogrzeb nie wziął mnie z sobą, pojechał sam, bo moja Matka niechętnie ruszała się z rodzinnego miasteczka, jakby się obawiając, że na­stąpi coś niedobrego, gdy je opuści. Powróciliśmy do niego w roku 1945 po latach okupacyjnej tułaczki, tych, które przyniosły tyle nieszczęść – i stało się ono miejscem, do którego z własnej nieprzymuszonej woli czuła się przy­twierdzona, nie chciała z niego wyjeżdżać nawet na krótko, gdy nie powsta­wała absolutna konieczność.

Kilkudniowy pobyt w Łodzi łączył się z atrakcjami, o jakich w miarę szczegółowo opowiedziałem, ale po tym, co zaszło, wspomnienia o nim, a wracałem do nich od czasu do czasu, bo moje życie pozbawione było w tamtym okresie urozmaiceń, które by się nawarstwiały i zaćmiewały do­świadczenia wcześniejsze, nasycały się w pewien, choćby ułamkowy, sposób myśleniem o śmierci i w jej cień wstępowały. Jaki był mój do niej stosunek? Czy dominowały w nim przeżycia człowieka, który miał za sobą warszaw­skie getto i ukrywanie się po aryjskiej stronie, a więc strach przed śmiercią przeżywał nieustannie, zaznawał go – powiedzieć można – na własnej skórze, czy też określały go emocje, charakterystyczne dla dwunastoletnie­go chłopca, który wie, co słowo „śmierć” znaczy, jest świadom, na czym ona polega, ale ogarnięcie zjawiska w jego pełni wykracza poza możliwości poznawcze i uczuciowe? Doceniam wagę tego rodzaju pytań dla określenia stanu mojej świadomości w czasie, w którym wojna już się skończyła, ale jej konsekwencje w różnoraki sposób trwały, wpływając na zachowania i fantazmaty, obsesje i strachy – obciążając zarazem ładunkiem, którego nie można było się pozbyć, samo doznawanie i postrzeganie świata, tego świata najprostszego, zwykłego, codziennego, nie jestem wszakże w stanie na tak sformułowane kwestie odpowiedzieć. Gdy po tylu latach o nich myś­lę, dochodzę do przekonania, że w moich ówczesnych odczuciach i posta­wach następstwa doświadczeń najstraszniejszych ze strasznych łączyły się z charakterystyczną dla tego wieku niedojrzałością i naiwnością.

Ten, co przetrwał, ocalał, uszedł żywy – miał niejako zagwarantowane, że trwać na ziemi będzie przez długie lata

Jedno wszakże muszę podkreślić, w tamtym czasie nieustannie o śmier­ci słyszałem, mówiło się wciąż o tych, którzy zginęli, zostali zamordowani – o członkach rodziny, przyjaciołach, znajomych, o tych, którzy byli znajo­mymi znajomych i wreszcie o osobach całkiem nieznanych, pogrążających się w anonimowości. Rzadko jednak padało słowo „umarł”, bo z reguły nie chodziło o śmierć naturalną, wymieniało się miejsca – getto, aryjska stro­na, Treblinka, Oświęcim (i wiele innych) – a także sposoby: rozstrzelany, zagazowany, takie nazwy ogólne jak Zagłada, Szoah czy Holocaust nie były jeszcze używane, bo gdy mowa o tym, co stanowiło doświadczenie osobiste, przeżywane przede wszystkim w kategoriach indywidualnego losu, bywały one na ogół zbyteczne. Wystarczyły najprostsze określenia: w czasie wojny, za okupacji, za Hitlera.

W pierwszych powojennych latach śmierć była dla mnie czymś wpraw­dzie konkretnym, ale jednak w jakiejś mierze oddalonym, sądzić zatem mogłem, że ci, co przeżyli, żyć będą długo i szczęśliwie. I wydaje mi się, że nie było to moje odosobnione odczucie, wynikające z pubertalnej niedojrza­łości, w jakiejś mierzeje podzielali – choćby bezrefleksyjnie – dorośli. Ten, co przetrwał, ocalał, uszedł żywy – miał niejako zagwarantowane, że trwać na ziemi będzie przez długie lata. Ta niby-pewność wynikała ze swojego rodzaju ekonomii istnienia: wysiłki, zainwestowane w ocalenie, a także związane z nimi bóle i cierpienia, były tak wielkie, że w pewnym – całkiem zresztą niehandlowym – sensie powinny się opłacać, długie życie miało być zapłatą czy wynagrodzeniem. Powstawał niepisany kontrakt, który los zła­mał w przypadku młodo zmarłej Edzi, ale dotrzymał, gdy chodzi o jej męża, Artura; uczynił to zresztą szczodrze i z nawiązką, bo żyje on do dzisiaj w Izraelu, zbliżając się powoli do setnego roku życia.

Powiedziałbym tak: umieranie w młodym wieku tych, którym udało się ocaleć, wyjść żywym z Zagłady, odczuwane było nie tylko jako przejaw iro­nii losu czy wręcz jego złośliwości, odbierane było jako coś znacznie bardziej zasadniczego niż złamanie kontraktu, zakłócało porządek świata, jaki winien obowiązywać po kataklizmie. Zwykłe umieranie stawało się czymś niezwykłym, naruszającym krystalizujący się po wojnie ład – i sens świata.

I tak było w przypadku Edzi, która w trzy lata po jej zakończeniu w okropnych męczarniach konała na raka. Bo kto uszedł z życiem, ten miał żyć! I właśnie o tych sprawach myślałem, już dorosły, dwudziestokilkulet­ni, wychodząc z kina po obejrzeniu francuskiego filmu psychologicznego. Jego pointa, mówiąca o umieraniu kobiet po wojennych rzeziach, która tak mnie zafrapowała, nie dawała się odnieść do mojej młodo zmarłej ciotki. Bo – w ogólności – to, co tyczyło pierwszej wojny światowej jedynie z trudem, w niezmiernie rzadkich przypadkach, mogło stosować się do drugiej.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 3/2001.