Jezus nie uciekał od życia. Przypominał tylko, że doczesność nie jest całym życiem, że ono się jeszcze wypełni. Święci o tym wiedzą. Potrafią być jednocześnie zapłakani i uśmiechnięci.

Swoją adhortację o świętości papież Franciszek zaczyna od cytatu z Ośmiu Błogosławieństw. Słowa „Gaudete et exultate”, co znaczy „Cieszcie się i radujcie”, Jezus wypowiada po błogosławieństwie prześladowanych: „Błogosławieni jesteście, gdy [ludzie] wam urągają i prześladują was, i gdy z mego powodu mówią kłamliwie wszystko złe na was”.

Ale przecież źródłem radości nie ma być samo prześladowanie czy związane z nim ból i cierpienie. Powodem radości ma być „nagroda wielka […] w niebie”. Ten błogosławiony sens prześladowanie zyskuje dopiero w perspektywie nieba. Zresztą, dopiero w perspektywie nieba ostatecznego sensu nabierają wszystkie inne błogosławione „stany”: ubóstwo, smutek, cichość, pragnienie sprawiedliwości, miłosierdzie czy też życie dla pokoju.

W takim myśleniu – choć jest ono samo w sobie poprawne – kryje się jednak pułapka. Może ono bowiem prowadzić do myślenia o życiu doczesnym jedynie w kategoriach „łez padołu” czy też „łez doliny”, jak to śpiewamy w antyfonie Salve Regina (in hac lacrimallum valle), gdzie niemożliwe jest jakiekolwiek doświadczenie błogosławieństwa, na które trzeba czekać aż po śmierci. Zresztą w redakcji św. Mateusza dominuje czas przyszły: oto błogosławieni będą pocieszeni, na własność posiądą ziemię, będą nasyceni, miłosierdzia dostąpią, Boga oglądać będą, będą nazwani snami Bożymi. Ale jest jedna znamienna różnica. Królestwo niebieskie należy do nich już teraz, a nie w przyszłości! A czy znakiem tego królestwa nie może być już teraz dostępne szczęście?

Jak wiemy, greckie słowo makarios tłumaczone bywa na język polski dwojako: „szczęśliwy” bądź „błogosławiony”. Intuicyjnie wyczuwamy, że to dwa różne przymiotniki, pochodzące z innych porządków. „Szczęśliwy” odwołuje nas do życia doczesnego, do ciągu pozytywnych doznań, do poczucia zadowolenia z życia, a nawet do przyjemności. „Błogosławiony” odsyła zaś natychmiast do życia duchowego, nadprzyrodzonego, religijnego. I choć błogosławiony czas może być czasem przyjemnym, o szczęściu i błogosławieństwie myślimy raczej osobno niż razem.

Świętość nie jest walką przeciwko komukolwiek, nawet nie przeciwko czemukolwiek. Może święci to nie ci, którzy skupili się na walce z grzechem i szatanem, lecz ci, którzy skupili się na walce o świętość?

Gdy się jednak czyta papieża Franciszka, szczęście i błogosławieństwo stają się czymś jednym. Gdy papież zaczyna analizować błogosławieństwa, pisze bowiem tak: „Słowo «szczęśliwy» lub «błogosławiony» staje się synonimem słowa «święty», ponieważ wyraża, że osoba, która jest wierna Bogu i żyje Jego słowem, osiąga prawdziwe szczęście, dając siebie w darze” (64). Podobna myśl pojawia się na początku dokumentu: „Pan chce od nas wszystkiego, a to, co oferuje, to życie prawdziwe, szczęście, dla którego zostaliśmy stworzeni. Chce, abyśmy byli świętymi i nie oczekuje, że zadowolimy się życiem przeciętnym, rozwodnionym, pustym” (1).

Błogosławiony, szczęśliwy, święty to dla papieża ten sam człowiek. A kto nim jest? Człowiek, który daje siebie. Tyle trzeba, by być błogosławionym, szczęśliwym, świętym. I to już teraz, nie czekając na niebo, wszak Królestwo niebieskie już jest.

W tym kontekście w jakże oczywisty sposób brzmią słowa papieża o świętych, których życie realizuje się właśnie przez codzienne dawanie siebie: „Lubię dostrzegać świętość w cierpliwym ludzie Bożym: w rodzicach, którzy z wielką miłością pomagają dorastać swoim dzieciom, w mężczyznach i kobietach pracujących, by zarobić na chleb, w osobach chorych, w starszych zakonnicach, które nadal się uśmiechają. W tej wytrwałości, aby iść naprzód, dzień po dniu, widzę świętość Kościoła walczącego. Jest to często «świętość z sąsiedztwa», świętość osób, które żyją blisko nas i są odblaskiem obecności Boga, albo, by użyć innego wyrażenia, są «klasą średnią świętości»” (7). 

W tych wszystkich ludziach – jak mówi papież – ujawnia się „świętość Kościoła walczącego”. Brzmi zaskakująco. Gdzie tu bowiem jest o walce czy o wojowaniu? Pojęcie „Kościoła walczącego” zdaje się dzisiaj przeżywać prawdziwy renesans. Jak wiadomo, w imię takiego Kościoła niektórzy gotowi są odmawiać różaniec z zaciśniętą pięścią. A nawet legitymizować przemoc wobec drugiego człowieka, podjętą w imię wiary.

Czym tak naprawdę jest ten „Kościół walczący”? W Uroczystość Wszystkich Świętych wspominamy Kościół triumfujący, Kościół zbawionych w niebie, Kościół świętych (Ecclesia triumphans). Zaś we Wspomnienie Wszystkich Wiernych Zmarłych modlić się będziemy za Kościół cierpiący (Ecclesia patiens), który tworzą wszyscy oczyszczający się w Bożym miłosierdziu. A my wszyscy, pozostający jeszcze w doczesności, tworzymy Kościół walczący (Ecclesia militans). Nie toczymy jednak walki przeciw komukolwiek. Nie toczymy nawet walki przeciw złu. To zło walczy przeciw dobru.

Powtórzę to, co pisałem już przy innej okazji. Walka przeciw komuś jest domeną zła, a nie dobra. Dobro nie ma natury walecznej. Jak zauważył to św. Tomasz, bonum est diffusivum sui, dobro się rozlewa, dobro przekazuje się samo, dobro rozprzestrzenia się siłą samego dobra. Nie jest potrzebna dobru żadna broń. Tak też jest ze świętością, która nie jest walką przeciwko komukolwiek, a może nawet nie przeciwko czemukolwiek. Może święci to nie ci, którzy – jak nam się najczęściej zdaje – skupili się na walce z grzechem i szatanem, lecz ci, którzy skupili się na walce o świętość?

Królestwo niebieskie należy do uczniów Jezusa już teraz, a nie w przyszłości. A czy znakiem tego królestwa nie może być już teraz dostępne szczęście?

Papież przypomina, że ta walka o świętość – to jest istotą Kościoła walczącego! – dokonuje się w codzienności, a tych, którzy według niej żyją, można spotkać w sąsiedztwie. Papież nazywa to „klasą średnią świętości”. 14 kwietnia 2013 r. w homilii wygłoszonej w bazylice św. Pawła za Murami mówił: „Są święci dnia powszedniego, «święci ukryci», swego rodzaju «średnia klasa świętości», jak mówił pewien francuski pisarz, ta «średnia klasa świętości», do której wszyscy możemy należeć”. Na marginesie dodajmy, że ten francuski pisarz to zupełnie w Polsce nieznany Joseph Malègue, który swoją powieść zatytułowaną „Pierres noires: Les Classes moyennes du Salut” („Czarne kamienie. Średnia klasa zbawienia”) poświęcił właśnie świętości prawdziwej, ale nieznanej, świętości ukrytej, ale dostępnej dla każdego.

Na koniec powróćmy do Błogosławieństw. Nie da się ukryć, że jest w nich jakieś napięcie, jakiś paradoks. Rozpięte są między bólem a radością, prześladowaniem a szczęściem. Może Jezus był większym realistą niż nam się wydaje? Nie proponował ucieczki od życia. Ale też chciał przypomnieć, że to życie nie jest całym życiem, nie jest wszystkim życiem. Że ono się jeszcze dopełni i wypełni. Może święty to ten, który po prostu zdaje sobie z tego sprawę? Żyje w doczesności, ale patrzy na nią nie tylko „z tej”, ale jeszcze „z tamtej” perspektywy. Czy nie to spojrzenie właśnie pozwala mu zobaczyć w wydarzeniach życia jeszcze inny, głębszy sens, który często niewidoczny jest na pierwszy rzut oka? I potrafi w doświadczeniach życia dostrzegać nie tylko błogosławieństwo, ale i szczęście, nie tylko szczęście, ale i błogosławieństwo?

Jerzy Liebert napisał wiersz pod tytułem – nie inaczej! – „Kościół wojujący”. Brzmi jak wyznanie wiary ludzi, w których dokonała się radykalna odmiana. Oto niebo, które dotąd było puste „pychą w nas i ponad nami”, teraz „Bóg podjął ręką męską / I wypełnił aniołami”. Zapatrzeni w górę, teraz stoją pod sklepieniem kościelnym: „A my, którzy tutaj przyszli / Niebo mając w swej pamięci — / Pod sklepieniem tem stoimy / Zapłakani, uśmiechnięci”.

Może to jest definicja świętości albo przynajmniej drogi do świętości? Niebo mieć w pamięci? Może tylko święci potrafią być jednocześnie „zapłakani, uśmiechnięci”? To przecież ci, którzy zasmakowali trudnego szczęścia błogosławieństw.