Człowiek zacny to taki, który naprawdę wierzy i przekonany jest, że od jego drobnych aktów zależy cały porządek świata.

Przeżywamy dziś bardzo ważną ewolucję mowy – cały szereg terminów, które miały bardzo bogate znaczenie, zostało zdewaluowanych, niektóre rzeczywiście tracą swój głęboki sens, a inne chyba dopiero czekają na to, ażeby ten sens zyskać.

Jednym z terminów, który podlega takim przemianom, jest pojęcie cnoty, które dla bardzo wielu osób jest dziś pojęciem ckliwym, nie mającym siły duchowej, którą powinno mieć. Wskutek tego nie przemawia ono do tych, którzy nim się posługują – tak jak powinno.

Termin, o który nam tutaj chodzi – zacność – pochodzi od słowa „cnota”, które miało kiedyś wielką wartość. Równocześnie z dewaluacją, o której mówiłem, przeżywamy także pewne odrodzenie, nawrót do korzeni. Pewne słowa – między innymi właśnie i słowo „cnota” – zaczynają mieć inny posmak niż normalnie u ludzi, którzy zazwyczaj nie lubią słów: cnotliwe, poczciwe, bo kojarzą im się z jakimś życiowym niedorajstwem.

Myślę, że do tego odrodzenia bardzo przyczynił się wielki wychowawca mojego pokolenia – człowiek, któremu bardzo dużo ja osobiście i moi przyjaciele dużo zawdzięczamy – ojciec Jacek Woroniecki, dominikanin. Jego cała praca polegała przede wszystkim na tym, że chciał wyraźnie pokazać, iż czymś zupełnie innym – nawet jest to tytuł jednej z jego prac – jest nawyk, a zupełnie czymś innym sprawność, do której człowiek dochodzi. Otóż nawyki to są odruchy, następstwa pewnych bodźców. Nawyki są również udziałem zwierząt. Pod tym względem jesteśmy ich bliskimi krewnymi. Ojciec Woroniecki przeciwstawiał bardzo wyraźnie nawyki jako efekt (trzeba użyć tu ostrego słowa) tresury – sprawnościom.

Tresura prowadzi do nawyków, natomiast wychowanie prowadzi do sprawności. I właśnie sprawność jest właściwym rozumieniem cnoty. Czyli człowiek cnotliwy – a więc i człowiek zacny – to człowiek, który ma sprawności, jest do czegoś zdolny. Wychowanie jest w tym ujęciu właściwie czymś w rodzaju skautingu duchowego. Tak jak skauci dążą do tego, żeby zdobywać sprawności, tak w świecie duchowym, w dziedzinie woli, w ćwiczeniu postępowania i w dziedzinie intelektu, w dziedzinie poznania – zdobywamy sprawności przez systematyczne powtarzanie pewnych działań i czynności.

Wydaje mi się, że bardzo ważne jest, aby zdać sobie sprawę z tego, że przy tej dewaluacji słów i pojęć, o której mówiłem, istnieje dzisiaj również prąd nawrotu do źródeł, do sedna. Nie dotyczy to tylko pojęcia cnoty czy sprawności, ale również innych, na przykład pojęcia „polityka”, które jest bardzo zdewaluowane. Wiele razy słyszy się dziś: „ja się polityką nie zajmuję, bo to taka dziedzina, w której nie można być uczciwym”. Tymczasem obecnie pojawił się powrót – w pewnych grupach ludzi – do pierwotnego, arystotelesowskiego pojęcia polityki, która jest czymś całkiem innym: próbą filozoficznego wniknięcia w rozwój i życie społeczeństwa. To dzieje się w bardzo wielu, różnych dziedzinach.

Tresura prowadzi do nawyków, natomiast wychowanie prowadzi do sprawności. I właśnie sprawność jest właściwym rozumieniem cnoty

Pamiętam taką starą historię. Kiedyś, jeszcze jako student na Uniwersytecie Lwowskim, gdzie byłem bardzo zaangażowany w życie społeczne młodzieży akademickiej, miałem coś do załatwienia w okienku innego wydziału – nie humanistycznego, tylko prawniczego. Przyszedłem do tego okienka i mówię do pani w okienku, że mam prośbę od mego kolegi – przyjaciela, którą mam dla niego załatwić i zaczynam go wychwalać pod niebiosa, że to szalenie porządny człowiek. A ta pani patrzy na mnie z okienka i mówi: „tak porządny, że aż obrzydliwy…”. Mnie to wtedy bardzo uderzyło, ale widać nawet wtedy to słowo już pewnych ludzi nie zadowalało: ani porządność, ani cnotliwość, ani najbardziej poczciwość.

Ludzie nie lubią takich wyrażeń, które przecież w staropolszczyźnie miały wspaniałe, pełne znaczenie. Za naszych młodych czasów – a byłem bardzo czynny we lwowskim „Odrodzeniu” – toczyliśmy niekończące się dyskusje na temat cnoty i honoru. To były wielkie dyskusje. Wtedy jeszcze istniał zwyczaj pojedynkowania się. Niby to już wygasło, ale jeszcze – zwłaszcza w kołach wojskowych – występowało. Był też kodeks honorowy. Zawsze była taka zasada, że jeżeli masz poczucie, że twój honor został w jakiś sposób nadwerężony – to trzeba się ściśle trzymać tego kodeksu, żeby nie dopuścić do pojedynku. Ale jako ostateczne wyjście wciąż przyjmowano albo pistolet, albo szablą.

Bardzo ostro występowaliśmy wówczas przeciwko takiemu stanowisku i pamiętam, że ta debata skończyła się francuskim powiedzeniem: „Jaki jest stosunek pomiędzy honorem a cnotą? Taka jak między piwem i winem”. O piwie można bowiem powiedzieć, że jest zdrowe, smaczne, że zaspokaja pragnienie, ale nikt nie powie, że jest to cny, szlachetny, wspaniały napój. Tym różni się od wina. Zacność wina jest jednak specjalna…

Myślę zatem, że w myśleniu o zacności ważne jest to przypomniane na początku rozróżnienie pomiędzy nawykiem a sprawnością. Ten ma sprawności, kto uprawia (w dobrym znaczeniu) skauting duchowy . To jest człowiek zacny, to jest cnotliwy człowiek.

Ostatnio pisałem wspomnienie o wspaniałym introligatorze krakowskim, panu Wilczku, który był wspaniałym człowiekiem, takim powiedziałbym – świętym Franciszkiem jako introligator. Gdy on oprawiał książkę, konserwował rękopisy lub stare książki, miało się wrażenie, że robi to z takim oddaniem, jak gdyby od tego zależał cały świat. Ta jego sprawność była ciągle tak wspaniale ćwiczona i dlatego miał takie cudowne rezultaty. Myślę , że tacy właśnie są ludzie prawdziwie zacni.

Człowiek zacny to taki, który naprawdę wierzy i przekonany jest, że od jego drobnych aktów zależy cały porządek świata.

Ostatnia wypowiedź prof. Stefana Swieżawskiego wygłoszona 28 lutego 2004 roku w Konstancinie. Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 7/2004.