Dziś nie sposób zatrzymać raz wypuszczonych w internet zdań, postawić tamy fałszywym informacjom, które rozprzestrzeniają się błyskawicznie. Mimo to pozostaję optymistą.

Tekst ukazał się w kwartalniku „Więź”, lato 2019

Słowa są coraz mniej rzeczami. Na naszych oczach dopełnia się właśnie proces, który od tysięcy lat zmienia oblicze ludzkości. To on kształtował powstawanie i upadki imperiów, wyznaczał rytm postępu nauki, to on stworzył infrastrukturę dla największych triumfów i najohydniejszych zbrodni, jakich dopuścił się człowiek.

W kulturze opartej wyłącznie na słowie mówionym śmierć starca jest jak pożar biblioteki. Zabicie jednego człowieka czy nawet pozwolenie, by odszedł, nie przekazawszy swej wiedzy następcom, oznacza bezpowrotny koniec dziesiątek opowieści, unikalnych sposobów radzenia sobie w świecie, koniec mądrości, która będzie musiała zostać odkryta na nowo metodą prób i błędów. Wydaje się, że słowo mówione jest esencją ulotnej niematerialności (verba volant…). W rzeczywistości jednak jego związek z materialnym nośnikiem, jakim jest ludzkie ciało, jest niezwykle silny.

Pismo, wbrew temu, co mogłoby się wydawać, dematerializuje słowo, odrywając je od konkretnej sytuacji. „Ten wynalazek niepamięć w duszach ludzkich posieje” – przestrzegał Sokrates w „Fajdrosie” i dowodził: „[…] Słowa pisane. Zdaje ci się nieraz, że one myślą i mówią. A jeśli ich zapytasz o coś z tego, o czym mowa, bo się chcesz nauczyć, one wciąż tylko jedno wskazują; zawsze jedno i to samo. A kiedy się mowę raz napisze, wtedy się ta pisana mowa toczyć zaczyna na wszystkie strony i wpada w ręce zarówno tym, którzy ją rozumieją, jak i tym, którym nigdy w ręce wpaść nie powinna, i nie wie, do kogo warto mówić, a do kogo nie”.

Jest w tym nieco ironii. Te myśli, tak krytyczne wobec wynalazku liter, przetrwały dzięki niemu dobrze ponad dwa tysiące lat. Pismo pozwala słowom przeżyć o wiele pokoleń tego, kto je wypowiada. Dzięki literom opowieść może trwać niezmieniona nawet tysiące lat. W świecie pisma zabicie człowieka nie jest dłużej pewnym sposobem na zabicie jego idei.

Związek słów z nienawiścią jest bardziej skomplikowany, niż by to wynikało z łatwości, z jaką przychodzi nam użycie zwrotu „mowa nienawiści”

Zarazem jednak pismo powołuje do życia całkiem nową arenę walki. Pamięć ludzkości, jej prawa, a przede wszystkim jej idee zyskują materialny wymiar zewnętrzny wobec poszczególnych osób. Z jednej strony rodzi się przestrzeń pamięci obejmująca sam akt zapisu, kopiowania, pieczołowitego przechowywania i odczytywania ksiąg świętych i całkiem powszednich. Z drugiej zaś strony mamy przestrzeń zapominania rozciągającą się od zagubienia czy porzucenia tego, czego nie uważamy już dłużej za ważne, aż po celowe tropienie i niszczenie książek uznanych za niebezpieczne, nieprzystojne czy nieprawomyślne.

Druk jeszcze ten efekt spotęgował, czyniąc poszczególne materialne przedmioty o wiele mniej istotnymi w procesie transmisji. Znacznie łatwiej uhonorować lub zniszczyć Księgę funkcjonującą jako artefakt w jednym, niepowtarzalnym egzemplarzu niż wydać wyrok na dzieło krążące w dziesiątkach czy setkach tysięcy kopii.

Trwająca rewolucja cyfrowa stanowi przedłużenie osi biegnącej od słowa mówionego przez pismo i druk. Wraz z zamianą na szereg zer i jedynek niezależnych od konkretnego nośnika słowo zostaje ostatecznie uwolnione z okowów rzeczy. E-book (podobnie jak film oglądany na Netfliksie czy muzyka odtwarzana ze Spotify) nie ma już właściwego sobie materialnego wyrazu. Owszem, funkcjonuje w wielu kopiach na serwerach dostawców i urządzeniach odbiorców, lecz są to kopie ulotne, których lokalizacja nie ma znaczenia w procesie transmisji.

Oznacza to, że e-booki nie płoną. Spalenie Kindle’a z myślą o unicestwieniu jego zawartości przypomina stłuczenie zwierciadła z nadzieją na zabicie odbijającej się w nim osoby. Symboliczna przemoc wobec słów staje się dziś problematyczna. Nie znaczy to, oczywiście, że zniknie. Wiele wskazuje raczej na to, że zostanie wymyślona na nowo.

Księgobójstwo

Zabijanie starców, palenie książek, aresztowanie drukarzy i rozbijanie ich maszyn… Opowieść o mordowaniu idei jest jak czarna podziemna rzeka płynąca gdzieś pod powierzchnią historii ludzkości, by co jakiś czas przypomnieć o sobie, przebijając się na powierzchnię. Między ohydnymi aktami przemocy oddzielonymi nieraz o tysiące lat istnieje niepokojąca ciągłość.

Rebeca Knuth, badaczka z University of Hawaii przez wiele lat przyglądała się temu mrocznemu nurtowi. Efekty jej badań zbiera książka „Libricide”, co na język polski najlepiej przełożyć chyba jako „księgobójstwo”. Knuth skupia się na wieku dwudziestym, jednak wiele z jej wniosków ma zastosowanie także do epok wcześniejszych.

„Tam, gdzie pali się książki, będzie się w końcu palić i ludzi”… Jeżeli przyjrzeć się księgobójstwu uważniej, to złowróżbny cytat z „Almanzora” Heinricha Heinego okazuje się problematyczny. Proste uporządkowanie w czasie (palenie książek prowadzące do palenia ludzi) ustępuje miejsca bardziej skomplikowanemu wspólnictwu w zbrodni. Owszem, księgobójstwo i ludobójstwo splatają się w nierozerwalny sposób, ale palenie książek może być wstępem do mordowania politycznych przeciwników, może być jego efektem ubocznym, gdy płoną biblioteki i domowe księgozbiory w podbitych miastach, a może być też następstwem – ostatecznym symbolem triumfującego reżimu, który pali książki właśnie dlatego, że nie ma już przeciwników do spalenia. Poniewierające się na śmietnikach książki zapisane w językach, których nikt w danym mieście nie potrafi już odczytać, powracają w opowieściach o mordach i wygnaniu. Dawni sąsiedzi zniknęli, ich domy zajmują dziś nowi mieszkańcy. Srebra, meble, nawet pierzyny będą teraz służyć nowym właścicielom. Wszak zawsze były nieme, obojętne na język, którym wychwalano ich użyteczność. Ale księgi, oniemiałe po wymordowaniu lub wygnaniu swych czytelników, stały się nagle bezużyteczne. Więcej! W swym wymuszonym milczeniu jawią się jako najbardziej wymowni oskarżyciele, przypominając o winie tych, którzy nie potrafią ich odczytać. Właśnie dlatego musiały zginąć.

Spalenie Kindle’a z myślą o unicestwieniu jego zawartości przypomina stłuczenie zwierciadła z nadzieją na zabicie odbijającej się w nim osoby

Palenie książek okazuje się tym samym nie aktem czystej furii, lecz logiczną konsekwencją nienawiści, jej bardzo pragmatycznym wyrazem niepokojąco związanym z coraz doskonalszą maszynerią zagłady. Ta paralela między technikami rozpowszechniania się idei a technikami zabijania od dawna intryguje badaczy. Wynalazek druku zapoczątkował stulecie krwawych wojen religijnych. Radio odegrało kluczową rolę w ludobójczej propagandzie nazistów, ale też – o czym znacznie mniej wiemy – w stworzenia gruntu pod masakrę w Rwandzie. Przez stulecia swej historii słowa były nie tylko ofiarami ludobójstw, lecz także ich przebiegłymi, doskonale zorganizowanymi współsprawcami.

Książka Knuth pokazuje, że palenie książek ma zawsze także wymiar symboliczny. Jest działaniem magicznym, egzekucją wykonaną na niematerialnych ideach poprzez uśmiercenie ich materialnej podobizny. Palenie książek nie służy tylko temu, by pewne słowa zniszczyć, spopielić, usunąć z bibliotek. Jest także spektaklem, rytuałem, manifestacją siły.

Najciekawszym wątkiem „Libricide” wydaje mi się jednak dostrzeżenie, że płonące książki pozwalają na symboliczne zwarcie szeregów nie tylko tym stojącym po stronie zniszczenia. Praca Knuth opowiada nie tylko o ludziach, którzy palą książki, ale też o tych, którzy po nich płaczą. Obydwie strony łączy więcej, niż by się mogło wydawać. Od obojętnych świadków odróżnia ich przede wszystkim wiara w to, że idee mogą zmieniać świat. A także głębokie przekonanie o tym, że te idee mają zawsze określone materialne nośniki, które warto niszczyć lub od zniszczenia ocalić. I dla księgobójców, i dla księgofilów słowo jest ciałem w tym podwójnym sensie: ma moc sprawczą i materialną postać, która czyni je wrażliwym na zranienia.

Słowa zaklęte w semiofory

Związek słów z nienawiścią jest bardziej skomplikowany, niż by to wynikało z łatwości, z jaką przychodzi nam użycie zwrotu „mowa nienawiści”. Z punktu widzenia semiotyki istnieje głęboka relacja pomiędzy raniącą mocą słów a ich kruchością i podatnością na zniszczenie. Gdy zmienia się możliwość niszczenia słów, zmienia się także niszcząca moc słów.

Specyfiką gatunku ludzkiego, na co zwraca uwagę wielu badaczy, jest zdolność do tworzenia intersubiektywnych fikcji czy opowieści, które synchronizują wysiłki setek, tysięcy czy milionów jednostek. Fikcje pozwalają uporządkować marszowy krok, nadają metrum hymnom i pieśniom żałobnym, koncentrują entuzjazm, miłość, ale także lęk czy nienawiść. Nauki przyrodnicze przez długi czas miały tendencję do ignorowania tego wymiaru ludzkiej egzystencji jako zmyślonego. Humaniści, zarażeni u zarania swej historii platońskim wirusem idealizmu, niewiele miejsca poświęcali z kolei ich materialności, zaskakująco rzadko zadając sobie pytania o to, gdzie właściwie bytują idee, za pośrednictwem jakich sił oddziałują na nas? Głos, kamień, glina, papirus czy papier interesowały ich raczej jako narzędzie niż nie jako przedmiot refleksji. Tymczasem przez tysiące lat słowa zawsze pasożytowały na rzeczach, tworząc to, co Krzysztof Pomian nazywa „semioforami” – przedmiotami, których funkcją jest przenoszenie znaczenia. Tylko słowa zaklęte w semiofory mogły trwać, rozprzestrzeniać się i wywierać wpływ na kolejnych odbiorców. Kształt nośników, ich materialne ograniczenia, odciskał się na treści idei znacznie mocniej, niż to zwykle jesteśmy skłonni przyznać. „Przekaźnik jest przekazem” (The medium is the message). Inaczej się myśli na głos, inaczej w odręcznym piśmie, inaczej w druku. Inaczej się też nienawidzi na piśmie niż na głos, a także inaczej nienawidzi pisma niż głosu.

Labirynt idei

Z tego punktu widzenia żyjemy w wyjątkowo ciekawych czasach. E-booki nie płoną, ponieważ nie są na stałe związane z konkretnym materialnym nośnikiem. Zawsze jest gdzieś jeszcze jedna kopia zapasowa, zapomniany oryginał, wersja robocza… Nie sposób już zniszczyć wrogiej idei ani nawet z pełnym przekonaniem zagrozić wrogom spaleniem ich bibliotek.

Ale odporność e-booków na ogień oznacza także, że nie sposób uciszyć tych, którzy głoszą słowa nienawistne, nie sposób zatrzymać raz wypuszczonych w internet zdań, postawić tamy fałszywym informacjom, które rozprzestrzeniają się błyskawicznie. Niekończące się kopie zapasowe i wersje robocze istnieją nie tylko dla tego, co piękne, dobre i prawdziwe.

Nie oznacza to w żadnym wypadku, że cenzura stała się dziś niemożliwa. Techniki polowania na słowa w internecie trzeba było wymyślić na nowo, ale nie takim zadaniom ludzkość już podołała. Współczesna cenzura przybiera nowe formy i jest sprawowana przez nowe podmioty, często nieludzkie. Dawnych cenzorów i łowców książek, nawet tych z wyobraźni twórców science fiction sprzed kilkudziesięciu lat, zastąpiły dziś algorytmy i korporacyjne polityki optymalizacji zysków. O przesunięciu do centrum debaty lub na jej peryferia decyduje dziś nie wydajność pras drukarskich, lecz pozycja w wynikach wyszukiwania czy popularność w mediach społecznościowych.

W przestrzeni idei nie grozi nam już dłużej świat zamieniony w pustynię, lecz raczej świat zaklęty w labirynt. Nikt nie skasuje z internetu wszystkich dialogów Platona ani Biblii, ani Koranu. Nikt nie usunie trwale prawdy o ocieplającym się klimacie ani o oszustwach podatkowych tej czy innej firmy. Nietrudno wyobrazić sobie jednak ekosystem informacyjny, w którym to, co dobre, piękne i prawdziwe, to, co ważne i pilne – zawierusza się w gąszczu informacji atrakcyjnych, sensacyjnych, mistrzowsko wykorzystujących nasze słabości, by wczepić się w naszą uwagę. To na niej pasożytują plotkarskie portale, media społecznościowe oraz kanały przez 24 godziny nadające informację, ale niemal nigdy niemówiące o tym, co ważne. Nie trzeba palić książek. Wystarczy sprawić, by nikt nie trafił do biblioteki. Nie trzeba już mordować starców, skoro w tłumie i tak nie sposób rozpoznać ich i wsłuchać się w ich słowa.

Mimo to pozostaję optymistą. Jeżeli tysiąclecia historii nauczyły nas czegoś, to właśnie tego, że z czasem uczyliśmy się opanowywać kolejne komunikacyjne wynalazki. Najpierw towarzyszył im lęk podobny do Sokratejskiego utyskiwania na pismo. Potem chaos epok, gdy wcielone w nowe medium słowa panowały nad nami, a nie my nad nimi. Ale ostatecznie zawsze dawaliśmy sobie radę, odkrywając, ile dobrego można uczynić słowami zaklętymi w nową formę.

Tekst ukazał się w kwartalniku „Więź”, lato 2019

Kup tutaj