Czy księża działają „w imieniu i zastępstwie Chrystusa”? A ci, którzy dopuścili się przestępstw seksualnych względem powierzonych im wiernych?

Tekst ukazał się w kwartalniku „Więź”, zima 2018

W 2002 r., niedługo po tym, jak wielki skandal pedofilski wstrząsnął archidiecezją bostońską i innymi diecezjami w USA, rozmawiałem o tamtym zgorszeniu z moim amerykańskim kolegą ze studiów teologicznych w Lowanium. Po raz pierwszy usłyszałem wtedy dobitnie coś, w co uwierzyć nie chciałem.

Kolega mówił mi: – Dowiecie się o wielu innych jeszcze sprawach i będziecie coraz bardziej przerażeni, że obrzydliwych niegodziwości dopuszczają się ludzie, którzy innym ludziom nakazują widzieć w sobie „drugiego Chrystusa”. Ja sam milczałem o wielu takich sprawach, także o tych, które dotyczyły mnie bezpośrednio. – Byłeś molestowany przez księży? – spytałem z wyczuwalną chyba w głosie konfuzją. – Nie raz, nie dwa. Zdziwiłbyś się, gdzie próbowano mnie wykorzystać. Konfesjonał czy bliskość tabernakulum nie były dla tego szczególną zaporą. Mam ponad trzydzieści lat, a dopiero niedawno powiedziałem o wszystkim rodzicom. Przez długi czas domyślali się różnych rzeczy, ale mimo wszystko trudno im wciąż uwierzyć, że szanowany wielebny prałat z brooklyńskiej parafii po zakończonej spowiedzi zaprosił mnie do zakrystii, gdzie bezceremonialnie chwycił mnie oburącz za biodra. Dotykał mnie, jednocześnie mówiąc, że przecież wytworzyła się między nami relacja „szczególnego zaufania”…

Kolega zamilkł, widząc, że nie bardzo chyba byłem gotów na wysłuchiwanie takich wyznań. Współczułem mu pewnie, ale grzechom księży, choćby obrzydliwym, nie zwykłem przypisywać większej wagi niż postępkom „zwyczajnych” członków Ludu Bożego. Pamiętam tylko, że po niedługim czasie od tej rozmowy czytałem, wydaną kilkanaście lat wcześniej, adhortację Jana Pawła II „Reconciliatio et paenitentia”. Papież umieścił w niej znamienne słowa:

„Kiedy nadeszła pełnia czasu, Syn Boży, przychodząc jako Baranek, który gładzi i bierze na siebie grzech świata, jawi się jako ten, który ma władzę sądzenia czy też odpuszczania grzechów, który nie przyszedł, aby potępiać, ale aby przebaczać i zbawiać.

Otóż tę władzę odpuszczania grzechów Jezus przekazuje przez Ducha Świętego zwykłym ludziom, którzy sami podlegają zasadzkom grzechu, czyli swoim Apostołom: «Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane». Jest to jedna z najwspanialszych nowości ewangelicznych! Udziela tej władzy Apostołom również z prawem przekazywania jej – tak rozumiał to Kościół od samego zarania – następcom, obdarzonym przez tychże Apostołów misją i odpowiedzialnością za kontynuowanie ich dzieła głosicieli Ewangelii i szafarzy zbawczego dzieła Chrystusa.

Objawia się tu w całej swej wielkości postać szafarza Sakramentu Pokuty, który prastarym zwyczajem jest nazywany spowiednikiem.

Tak jak przy ołtarzu, gdzie sprawuje Eucharystię, jak w każdym z Sakramentów, kapłan, szafarz Pokuty, działa in persona Christi. Chrystus, który przez osobę spowiednika jest uobecniony i za jego pośrednictwem dokonuje tajemnicy odpuszczenia grzechów, jest tym, który okazuje się BRATEM człowieka. miłosiernym, wiernym i współczującym arcykapłanem, pasterzem gotowym szukać zbłąkanej owcy, lekarzem, który leczy i pociesza, jedynym nauczycielem, który jest prawdomówny i naucza drogi Bożej, «sędzią żywych i umarłych», który sądzi prawdziwie, a nie według pozorów” (RP 29).

Przez wiele ofiar wykorzystywanych seksualnie przez księży oba określenia – zarówno in persona Christi, jak i sacerdos alter Christus – mogą być odbierane jak sążniście wymierzany im policzek

W trakcie lektury tych słów przypomniał mi się obrazek z mojego polskiego dziecięcego katechizmu: chłopiec klęczący przed kratkami konfesjonału, a po drugiej stronie zakratowanego okienka ksiądz z uniesioną ręką; ponad postacią księdza unosił się uśmiechnięty Pan Jezus. Było to czytelne wyobrażenie, że spowiednik działa in persona Christi – „w osobie Chrystusa”. Jako dziecko nie zaprzątałem sobie głowy, czym w tym przypadku mogłyby być „reprezentacja” lub „zastępstwo” Zbawiciela. Jestem jednak pewien, że na katechezach przed I komunią świętą słyszałem często, że sprawujący Eucharystię i spowiadający kapłan to „drugi Chrystus” (sacerdos alter Christus). O tym, że wyrażenia te mogą być powodem do gorących dyskusji, a teologowie – szczególnie po ostatnim soborze – wylali na ten temat tych konceptów morze atramentu, dowiedziałem się po latach.

Dziś myślę, że przez wiele ofiar wykorzystywanych seksualnie przez księży oba te określenia – zarówno in persona Christi, jak i sacerdos alter Christus – mogą być odbierane jak sążniście wymierzany im policzek. Święta doktryna z pomocą wzniosłych i uładzonych zdań przechodzi do porządku dziennego nad nieświętą krzywdą ofiar. Być może dlatego, że wyrządzający krzywdę strażnicy świętej doktryny wielokrotnie używali jej do usprawiedliwiania własnych wstrętnych postępków. Z jej pomocą skutecznie też przez długi czas udawało się im zamykać usta ofiarom i świadkom.

Język nie zdoła opowiedzieć ich cnót…

Kard. Paul Josef Cordes w swojej wydanej przed kilku laty książce „Dlaczego kapłan? Poszukiwanie odpowiedzi z Benedyktem XVI” pisze, że do rozprzestrzenienia się formuły kapłana jako „drugiego Chrystusa” przyczyniła się przede wszystkim teologia kontrreformacyjna, będąca odpowiedzią na protestanckie refutacje odnośnie kapłaństwa urzędowego i hierarchicznego[1].

W XVII-wiecznej Francji autorzy związani z kapłańską wspólnotą Saint-Sulpice podkreślali niezbywalną przemianę ontyczną, która zachodzi w mężczyznach po przyjęciu sakramentu święceń. Ich osobowość staje się w kapłaństwie w pełni tożsama z Chrystusem i to niezależnie od czynów, których dopuszczają się w ziemskim życiu. Wbrew pozorom supozycja ta idzie dalej niż rozwiązania, które przyjęto w Kościele po IV-wiecznych sporach z donatystami. Problem bowiem stanowi nie ważność sakramentów sprawowanych przez niegodziwie postępujących w swym życiu kapłanów, lecz (rzekomo nieodwracalna) zmiana w nich zachodząca, dzięki której zyskują odmienny od innych chrześcijan – w jakiś sposób bardziej niż reszta wiernych „Chrystusowy” – status własnego człowieczeństwa.

Taka koncepcja stała się obecna w oficjalnym nauczaniu Kościoła przed II Soborem Watykańskim. O kapłanie przedstawianym jako „drugi Chrystus” pisali w swych encyklikach papieże Pius XI i Pius XII[2]. Wyjątkowość ontycznego statusu mężczyzny wyświęconego na kapłana była jednak mocno podkreślana w Kościele na długo przed Kontrreformacją. Jeden z najbardziej szokujących opisów tej wyjątkowości przedstawiła w XIV w. św. Katarzyna ze Sieny. W „Dialogu o Bożej Opatrzności” – również dziś chętnie czytanym przez osoby szukające wartościowej duchowo lektury – Bóg Ojciec mówi o kapłanach do dominikańskiej mistyczki w następujących słowach:

„Są oni mymi pomazańcami i nazywam ich Chrystusami moimi. Powierzyłem im rozdawanie Mnie samego wam. Umieściłem ich, jak kwiaty wonne, w mistycznym ciele świętego Kościoła. Godności tej nie ma nawet anioł, a dałem ją ludziom, tym, których wybrałem na mych szafarzy. Uczyniłem z nich aniołów, więc powinni być w tym życiu aniołami ziemskimi. […]

Język nie zdoła opowiedzieć ich cnót; oko twego intelektu nie widziało nagrody, którą otrzymali w życiu wiecznym i którą otrzyma każdy, kto pójdzie w ich ślady. Są oni w obliczu moim jak drogocenne kamienie, bo mile przyjąłem ich trudy i światło, które szerzyli z wonią swych cnót w ciele mistycznym świętego Kościoła. Przeto też powierzyłem im bardzo wysoką godność w życiu wiecznym, gdy posiedli szczęśliwość i chwałę oglądania Mnie, albowiem dali przykład uczciwego i świętego życia i rozdawali chlubne światło Ciała i Krwi Jednorodzonego Syna mojego i wszystkie inne sakramenty”[3].

Trudno twierdzić, że wizja kapłaństwa przedstawiona w „Dialogu o Bożej Opatrzności” nigdy nie znalazła w Kościele powszechnego uznania. Było dokładnie przeciwnie. Kapłani myśleli i myślą o sobie, że są „Chrystusami Boga Ojca”

Św. Katarzyna z pewnością zdawała sobie sprawę, że nie wszyscy kapłani postępują jak „aniołowie ziemscy”. Jej krytyka awiniońskich papieży przywoływana jest i dziś, po kilku wiekach, jako wzór właściwego działania w Kościele. Także w podyktowanym przez Katarzynę „Dialogu o Bożej Opatrzności” przywołany został wcale obfity katalog mniej czy bardziej ohydnych występków kleru z budzącymi publiczne zgorszenie konkubinatami i sodomią („najokropniejszym z grzechów”) włącznie. Jednak Stwórca wyraźnie zakazuje niewyświęconym maluczkim osądzania duchownym, a już szczególnie nie godzi się na wydawanie ich świeckim trybunałom:

„Ponieważ On [tj. Chrystus] ustanowił ich swymi pomocnikami, więc do Niego też należy karcenie ich błędów. I chcę, aby tak było. Ze względu na ich dostojeństwo i godność, którymi ich obdarzyłem, wyrwałem ich ze służebnictwa, to jest, z poddaństwa u książąt doczesnych. Prawo cywilne nie może wymierzać im kary; zależą oni tylko od tego, kto ma władzę rządzenia i zawiadywania wedle prawa boskiego. Są to moi pomazańcy i przeto mówi Pismo: Nie tykajcie moich pomazańców (Ps 104, 15). W największe nieszczęście wpada człowiek, który wymierza im kary. […]

Niech nikt nie tłumaczy się, mówiąc: «Nie znieważam świętego Kościoła, nie buntuję się przeciwko niemu, powstaję tylko przeciw grzechom złych pasterzy». Kto tak mówi, kłamie wierutnie. Miłość własna zaślepia go i nie pozwala mu widzieć jasno, lub raczej on widzi, lecz udaje, że nie widzi, aby zagłuszyć wyrzut sumienia. Gdyby był szczery, widziałby i nawet widzi, że prześladuje nie ludzi, lecz krew Syna mego. Moja jest obraza, jak moja jest cześć. I moje też są wszystkie szkody, obelgi, zniewagi, hańby i nagany, czynione moim kapłanom. Uważam za wyrządzone Mi wszystko, co im się wyrządza, gdyż rzekłem i powtarzam: «Nie chcę, aby tykano moich pomazańców!». Ja sam mam ich karać, nikt inny”[4].

W imieniu Chrystusa

Co zatem pozostaje niewyświęconym do urzędowego kapłaństwa maluczkim, gdy doznają krzywdy od tych, którzy w godności swej powinni być „ziemskimi aniołami”? Wielu wiernych skłonnych byłoby i dziś utrzymywać, że trzeba również w tym przypadku zastosować się do rady przekazanej św. Katarzynie:

„Gdyby człowiek brudny i źle odziany przyniósł wam wielki skarb, który by wam przywrócił życie, niewątpliwie z miłości dla skarbu i dla pana, który wam go przekazał, nie znienawidzilibyście posłańca, mimo jego brudu i łachmanów. Raziłby was jego wygląd, lecz pospieszylibyście, z miłości dla pana, obmyć go z brudu i ubrać czysto. Uczynić tak jest waszym obowiązkiem, wedle porządku miłości, i chcę, abyście tak postępowali w stosunku do moich kapłanów, których życie jest za mało uporządkowane. Mimo swej nieczystości i łachmanów podartych przez występki, z powodu oddzielenia się od mej miłości, nie przestają przynosić wam wielkich skarbów w sakramentach świętego Kościoła, z których czerpiecie łaskę, jeśli przystępujecie do nich w sposób godny.

Winniście więc ich szanować, jakiekolwiek były ich błędy, przez miłość dla Mnie, Boga wiecznego, który wam je zsyłam, i przez miłość życia łaski, którą znajdujecie w tym skarbie, zawiera on bowiem całego Boga-człowieka. Ciało i Krew Syna mojego, zjednoczonego z moją naturą Boską. Winniście ubolewać nad ich grzechami, darząc je nienawiścią i starać się, przez miłość i świętą modlitwę, przyodziać ich czysto i zmyć łzami waszymi ich brud; i ofiarować w moim obliczu za nich wasze łzy i wielkie pragnienie, abym ich przyodział, przez dobroć moją, szatą miłości”[5].

Z pewnością pism mistyków nie należy traktować jak Objawienia. Niemniej trudno twierdzić, że wizja kapłaństwa przedstawiona w „Dialogu o Bożej Opatrzności” nigdy nie znalazła w Kościele powszechnego uznania. Było dokładnie przeciwnie. Kapłani myśleli i myślą o sobie, że są „Chrystusami Boga Ojca”. W ten sposób widzą ich także niewyświęceni do urzędowego kapłaństwa wierni. Jedni i drudzy wierzą przecież, że kapłanom powierzona została władza, którą sam Zbawiciel ma nad swoim Kościołem. Jednak nie byłoby tej władzy, gdyby nie zmiana człowieczego statusu kapłanów, jaki nastąpił w nich po święceniach.

Kto myśli, że to koncepcje wyjęte z dawno minionych teologii, pozostaje w głębokim błędzie. Współczesny niemiecki teolog rzymskokatolicki Gisbert Greshake uważa, że sam Chrystus przez powoływanie mężczyzn do sakramentu kapłaństwa niejako „zawłaszcza” ich dla siebie. Tym samym daje im zdolność do reprezentowania Go „w słowie, sakramentach i posłudze kierowania”[6]. Władza Chrystusa objawia się zatem w kapłanach, gdy nauczają, gdy sprawują święte obrzędy i gdy rządzą. Oczywiście Greshake od razu zastrzega, że w święceniach kapłańskich dokonuje się swego rodzaju „wywłaszczenie” człowieka, by przestał być sobą, a stał się widzialnym znakiem i narzędziem obecności i działania uwielbionego Chrystusa[7].

Obecność Zbawiciela w księdzu objawia się zatem przez działanie, które powinno mieć charakter nie tyle „władczy” (przynajmniej w potocznym rozumieniu tego słowa), ile służebny. Owo „objawienie obecności” wyrażone jest właśnie przez określenie in persona Christi, które od czasów II Soboru Watykańskiego nie przypadkiem chyba cieszy się wśród papieży, biskupów i teologów większą popularnością niż sacerdos alter Christus[8]. W swej adhortacji „Pastores dabo vobis” Jan Paweł II napisał: „Prezbiterzy są w Kościele i dla Kościoła sakramentalnym uobecnieniem Jezusa Chrystusa Głowy i Pasterza, głoszą autorytatywnie Jego słowo, powtarzają Jego znaki przebaczenia i daru zbawienia, zwłaszcza w sakramencie chrztu, pokuty oraz w Eucharystii, dzielą Jego pełną miłości troskę aż do całkowitego złożenia daru z siebie za owczarnię, którą gromadzą w jedno i prowadzą do Ojca przez Chrystusa w Duchu Świętym. Jednym słowem, celem życia i działania kapłanów jest głoszenie Ewangelii światu i budowanie Kościoła w imieniu i w zastępstwie Chrystusa (in persona Christi), Głowy i Pasterza” (PDB 15).

Niewłaściwe rozumienie łaski otrzymywanej przez kapłanów w święceniach umożliwiło pojawienie się i rozrost jednego z najcięższych grzechów strukturalnych w Kościele

Papież zdawał się zatem wskazywać bardziej niż na status ontyczny kapłanów na ich – szczególne, co prawda, bo zakorzenione w sacrum – działania, dzięki którym Chrystus może stawać się w świecie obecny. Ostatecznie przecież fundamentalna zmiana dokonuje się w każdym chrześcijaninie w sakramencie chrztu. Jednak wielu wciąż wierzy, że podobnie fundamentalnej zmiany dostępują mężczyźni po święceniach kapłańskich.

Benedykt XVI w homilii wygłoszonej podczas Mszy krzyżma świętego 5 kwietnia 2007 r. przywołał zdanie św. Pawła z Listu do Galatów: „Bo wy wszyscy, którzy zostaliście ochrzczeni w Chrystusie, przyoblekliście się w Chrystusa” (Gal 3,27). Wedle papieża słowa te oznaczają, że „wstępujemy do wspólnoty życia z Nim, że nasza i Jego egzystencja wzajemnie przechodzą w siebie i się przenikają”. Jednak obecny papież emeryt nie poprzestał na wyjaśnieniu znaczenia chrztu. Odniósł się także do sprawy obecności Chrystusa w kapłanach: „[…] owa teologia chrztu w nowy sposób, z nową stanowczością, wraca do kwestii święceń kapłańskich. Podobnie jak podczas chrztu otrzymujemy w darze «zamianę szat», zamianę losów, nową wspólnotę życia z Chrystusem, tak i kapłaństwo oznacza, że kapłan w udzielaniu sakramentów działa i przemawia in persona Christi. Podczas sprawowania świętych tajemnic nie reprezentuje on samego siebie, i nie przemawia sam z siebie, lecz w imieniu Chrystusa”[9].

Skandale pedofilskie w Kościele w różnych miejscach na całym świecie ujawniły i ujawniają z każdym dniem coraz bardziej, jak problematyczna stała się ta papieska wykładnia.

Przymuszanie do przebaczenia

Jak bowiem głosili Ewangelię światu i budowali Kościół „w imieniu i zastępstwie Chrystusa” księża, którzy dopuścili się przestępstw seksualnych względem powierzonych im wiernych?

W liturgii sakramentu święceń prezbiterów wymienione są funkcje czy też zadania (tzw. po łacinie munera) kapłanów w następującej kolejności: głoszenie słowa Bożego (czyli munus docendi, co odnosi się do władzy nauczania), celebracja sakramentów (munus sanctificandi, czyli możność uświęcania) oraz kierowanie ludem Bożym (munus regendi, czyli sprawowanie rządów nad wspólnotą wiernych)[10]. Szokujące świadectwa ofiar wykorzystanych seksualnie przez kapłanów dowodzą niezbicie, że grzech ujawnił się w każdym z tych trzech wymiarów władzy kapłańskiej (czy też, jak często się podkreśla, choć można wyczuć w tym ton usprawiedliwiającej asekuracji – służby). W każdym z nich urzeczywistniały się nie tylko moralne, duchowe, ale i teologiczne perwersje.

Gdy np. brutalna prawda o krzywdzie ofiar wychodziła na jaw, biskupi i księża nie wahali się pouczać ofiar, że ich podstawowym „obowiązkiem” jest natychmiastowe wybaczenie oprawcom. Za argument służył często fragment 18 rozdziału Ewangelii wg św. Mateusza, w którym Piotr pyta, ile razy ma przebaczyć bratu, który zawinił: „Czy aż siedem razy”? Jezus, jak wiadomo, odpowiada, że nie siedem, ale siedemdziesiąt siedem razy (por. Mt 18, 21-22), po czym opowiada przypowieść o nielitościwym dłużniku ze znamienną kodą: „«Sługo niegodziwy! Darowałem ci cały ten dług, ponieważ mnie prosiłeś. Czyż więc i ty nie powinieneś był ulitować się nad swoim współsługą, jak ja ulitowałem się nad tobą?». I uniósłszy się gniewem, pan jego kazał wydać go katom, dopóki mu nie odda całego długu. Podobnie uczyni wam Ojciec mój niebieski, jeżeli każdy z was nie przebaczy z serca swemu bratu” (Mt 18,32-35).

Biskupi i księża nie wahali się pouczać ofiar, że ich podstawowym „obowiązkiem” jest natychmiastowe wybaczenie oprawcom

Straszono ofiary, że spotka je los niegodziwego sługi: zginą w piekle. Ewangeliczne wezwanie do przebaczenia w swej istocie jest zawsze próbą (można zasadnie mniemać, że w przypadku ludzi nigdy nieurzeczywistnioną do końca) naśladowania samego Boga, skoro Jezus polecił nam modlić się do Ojca: „i przebacz nam nasze winy, tak jak i my przebaczamy tym, którzy przeciw nam zawinili” – zob. Mt 6,12). W przypadkach wykorzystywania seksualnego wezwanie to stawało się jednak argumentem za usprawiedliwieniem oprawców, a także za brakiem słusznej dla nich kary. Nic dziwnego, że w takim „nauczaniu” z premedytacją nie przytaczano innych słów wypowiedzianych przez Jezusa w tym samym 18 rozdziale Mateuszowej Ewangelii: „Lecz kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą we Mnie, temu byłoby lepiej kamień młyński zawiesić u szyi i utopić go w głębi morza. Biada światu z powodu zgorszeń! Muszą wprawdzie przyjść zgorszenia, lecz biada człowiekowi, przez którego dokonuje się zgorszenie” (Mt 18, 6-8).

Nic to. Przecież, jak argumentował jeden z prominentnych polskich arcybiskupów: „Słyszymy nieraz, że często wyzwala się ta niewłaściwa postawa, czy nadużycie, kiedy dziecko szuka miłości. Ono lgnie, ono szuka. I zagubi się samo i jeszcze tego drugiego człowieka wciąga”…

Radzono więc ofiarom, by szukały winy raczej w sobie. I lepiej pewnie, by to one same wyrzucały sobie nieustannie niezdolność do przebaczenia w przeświadczeniu, że spotka ich za to słuszna wieczna kara. Najważniejszy nie jest wszak ich marny los, lecz reputacja Kościoła jako instytucji świętej.

W kim uobecnił się Chrystus?

„Święty Kościół jest wspólnotą grzesznych ludzi” – to mantra bardzo często bezwiednie i bezmyślnie powtarzana (choć kryje się za nią głęboka teologiczna treść) przez posiadających władzę nauczania. Wierni powinni przede wszystkim dbać o tę świętość, a nie skupiać się na grzechach, a już szczególnie nie na grzechach kapłanów i osób konsekrowanych. Publiczne ujawnianie ich występków oraz domaganie się sprawiedliwości i zadośćuczynienia czyni bowiem z ofiar „prześladowców Kościoła”. Takie tłumaczenia nie pojawiły się wśród dzierżących munus docendi wraz z seksualnymi skandalami w XX i XXI w. W Kościele powtarzane były od dawna. W „Dialogu o Opatrzności Bożej” św. Katarzyny jest napisane: „Jeśli spytasz Mnie, dlaczego grzech tych, co prześladują święty Kościół, jest cięższy niż wszystkie inne, i czemu mimo grzechów mych kapłanów nie chcę, by cześć dla nich się umniejszała, odpowiem: Bo wszelką cześć, jaką się im świadczy, oddaje się nie im, lecz Mnie, przez moc Krwi, którą im powierzyłem do rozdawania. Bez tego mielibyście tyle czci dla nich, co dla innych ludzi, nie więcej. Z powodu tej służby, którą spełniają, winniście ich szanować. I jesteście zmuszeni przychodzić do ich rąk nie dla nich samych, lecz dla władzy, którą poruczyłem im, jeśli chcecie przyjmować święte sakramenty Kościoła; i jeśli mogąc je przyjąć, nie chcecie tego uczynić, będziecie i umrzecie w stanie potępienia”[11].

Za bezwarunkowe usprawiedliwienie występków księży w naszym doczesnym świecie służy zatem munus sanctificandi – władza sprawowania sakramentów. Tymczasem wiemy dziś, że do gorszących występków dochodziło wielokrotnie podczas spowiedzi. Ministranci bywali gwałceni przez księży tuż przed Mszą świętą albo po jej zakończeniu. Zdarzało się, że kapłani w trakcie sprawowania liturgii składali ofiarom niemoralne propozycje (znamy takie przypadki nie tylko z odległej Ameryki czy Australii, ale i z Polski, gdzie były metropolita poznański podczas Eucharystii nie potrafił powstrzymać się od dwuznacznych ofert wobec kleryków). Zdarzało się też, że niektórzy kapłani krzywdzili swe ofiary w pobliżu tabernakulum, tłumacząc, ze w takich chwilach „dobrze być blisko uświęcającej miłości Chrystusa” (!). „Szafarstwo łaski” stawało się zatem okazją do realizowania niesłychanych teologicznych perwersji.

Chrystus objawił swoją obecność w skrzywdzonych przez kapłanów ofiarach, a nie w krzywdzących (i jednocześnie mocno przekonanych o swojej wynikającej z sakramentu święceń sakralnej mocy) pasterzach

Wielu kościelnych hierarchów de facto dawało na nie przyzwolenie. Zamykali przy tym usta ofiarom i ich bliskim w imię powierzonej im władzy kierowania Ludem Bożym – munus regendi. Tuszujący seksualne afery biskupi tłumaczyli sobie i innym, że ich zadaniem jest przede wszystkim „budowanie Kościoła”. Zdawało się im, że zadanie to będzie niemożliwe do zrealizowania, jeśli dopuszczający się haniebnych czynów kapłani zostaną osądzeni poza kościelnymi trybunałami jak inni przestępcy. Lepiej było godzić się na podtrzymywanie iluzji świętości w wykoślawionych wspólnotach, w których kapłan oprawca mógł krzywdzić w poczuciu bezkarności (bo perspektywa kary oznaczała najczęściej zesłanie do innej parafii). Wierni zaś milczeli (nawet jeśli byli rodzicami skrzywdzonych), nie mogąc się zdobyć na zakwestionowanie głęboko im wpojonego aksjomatu bezwzględnej sakralności urzędowego kapłaństwa, nawet jeśli kapłaństwo to złożone zostało w ręce cynicznych zbrodniarzy. A gdy już się nie dało inaczej – płacono ofiarom za milczenie, byle tylko perwersyjnie pojmowana świętość zarządzanej przez wyświęconych mężczyzn instytucji mogła być w obliczu świata ocalona.

Czy w ten sposób nauczający, uświęcający i kierujący Kościołem kapłani naprawdę „uobecniali Chrystusa”? Wierzę głęboko, że Chrystus objawił swoją obecność w skrzywdzonych przez kapłanów ofiarach, a nie w krzywdzących (i jednocześnie mocno przekonanych o swojej wynikającej z sakramentu święceń sakralnej mocy) pasterzach.

Zlekceważyliśmy i opuściliśmy maluczkich

W tegorocznym „Liście do Ludu Bożego” – napisanym po ujawnieniu kolejnych informacji o skandalach seksualnych wśród duchowieństwa (m.in. raportu z Pensylwanii) – papież Franciszek wystąpił z ostrą krytyką klerykalizmu:

„Ze wstydem i skruchą jako wspólnota kościelna przyznajemy, że nie potrafiliśmy być tam, gdzie powinniśmy być, że nie zadziałaliśmy w porę, by rozpoznać rozmiary i powagę krzywdy, jaka była wyrządzona tak wielu ludzkim istotom. Zlekceważyliśmy i opuściliśmy maluczkich. […]

Nie sposób wyobrazić sobie nawrócenia w postępowaniu Kościoła bez aktywnego udziału wszystkich członków ludu Bożego. Ponadto, za każdym razem, gdy staraliśmy się zastępować, wyciszać, pomijać, ograniczać lud Boży do małych elit, tworzyliśmy wspólnoty, plany, podejścia teologiczne, duchowości i struktury bez korzeni, bez pamięci, bez twarzy, bez ciała, w ostatecznym rozrachunku – bez życia. Przejawia się to wyraźnie w niewłaściwym sposobie rozumienia władzy w Kościele – bardzo powszechnym w wielu wspólnotach, w których doszło do nadużyć seksualnych, władzy i sumienia – jakim jest klerykalizm, ta postawa, która «nie tylko unicestwia osobowość chrześcijan, ale ma tendencję także do umniejszania i niedoceniania łaski chrzcielnej, którą Duch Święty złożył w sercach naszych ludzi». Klerykalizm, który umacniają zarówno sami kapłani, jak i świeccy, powoduje rozłam w ciele eklezjalnym, który sprzyja rozwojowi form zła, które teraz potępiamy. Powiedzenie «nie» wobec nadużycia oznacza stanowcze odrzucenie wszelkich form klerykalizmu.

Skandale seksualne w Kościele pokazały, że powodem do grzechu może być wynoszenie kapłańskich święceń ponad kapłańską godność niewyświęconych członków Ludu Bożego

W papieskich słowach o „umniejszaniu i niedocenianiu łaski chrzcielnej” widzę sugestię, że wśród duchownych i wiernych rozpleniło się niewłaściwe rozumienie łaski otrzymywanej przez kapłanów w święceniach. To ono właśnie umożliwiło pojawienie się i rozrost jednego z najcięższych grzechów strukturalnych w łonie samego Kościoła. Czy przyczyną tego grzechu było zakorzenione od wieków błędne rozumienie kapłaństwa urzędowego i hierarchicznego? Myślę, że nie wolno nam już powstrzymywać się dalej od szukania na owo pytanie odpowiedzi.

Po ujawnieniu skandali seksualnych z udziałem duchownych zyskujemy pewność, że łaska przekazywana i otrzymywana w święceniach kapłańskich nie jest żadną miarą nowym, „bardziej intensywnym” chrztem. Kapłani nie noszą w sobie szczególniejszego niż w przypadku innych wiernych Chrystusowego znamienia, choć pragnieniem wielu z nich (a także pragnieniem wielu zapadających na chorobę klerykalizmu świeckich wiernych) jest przyjmowanie należnego Chrystusowi hołdu.

W Apokalipsie św. Jana czytamy, że Zbawiciel „godzien jest wziąć potęgę i bogactwo, i mądrość, i moc, i cześć, i chwałę, i błogosławieństwo” (Ap 5,12), bo ludzi „z każdego pokolenia, języka, ludu i narodu” uczynił Bogu „królestwem i kapłanami” (por. Ap 5,10). Kapłani, którzy wierzą, że działają in persona Christi i są jak alter Christus bardzo często zdają się domagać potęgi i bogactwa, uznania ich mądrości i mocy, oddania im należnej czci, chwały i błogosławieństwa. Zdają się przy tym zwykle zapominać, że we wspomnianym fragmencie autor Apokalipsy przywołuje obraz „Baranka jakby zabitego” (por. Ap 5,6). Może zresztą nie zapominają, lecz nie chcą uwierzyć w takiego Zbawiciela?

Baranek nierozpoznany

Ta niemożność opiera się chyba na przekonaniu, że wszechmocny Bóg na pewno nie jest Bogiem słabym. Św. Grzegorz z Nyssy w swojej homilii na Wniebowstąpienie uznał, że Chrystus jako zabity Baranek nie został rozpoznany nawet przez strzegących bram nieba aniołów, bo oczekiwali on powrotu „zwycięskiego Lwa Judy”, a tymczasem „Król chwały” był odziany w „brudną szatę naszego życia” (tj. ludzkiej natury). Ubranie to „splamiła purpura spod tłoczni ludzkich cierpień i grzechów”[12]. Jednak tajemnica słabego Boga to jednocześnie tajemnica Jego zbawczej mocy. Bo, jak napisał św. Paweł, „to, co słabe u Boga, przewyższa mocą ludzi” (1 Kor 1,25).

Skandale seksualne w Kościele pokazały, że powodem do grzechu może być wynoszenie kapłańskich święceń ponad kapłańską godność niewyświęconych członków Ludu Bożego. Doszło do radykalnego i dramatycznego odwrócenia teologicznego: Chrystus uobecnił się w ofiarach wykorzystanych i skrzywdzonych przez tych, którzy na mocy łaski otrzymanej w sakramencie kapłaństwa sami mieli Chrystusa w świecie uobecniać i reprezentować. Odwrócenie to moim zdaniem jest „znakiem czasu”: należy je odczytywać jako wezwanie do refleksji nad sensem powszechnego i urzędowego kapłaństwa w Kościele.

Prawdą jest, że doświadczenie Reformacji nauczyło nas, iż nacisk kładziony na powszechną kapłańską godność wszystkich członków Ludu Bożego może niszczyć sakramentalną rzeczywistość w Kościele. Nie jest to jednak argument za tym, by przymykać oko na perwersje związane z przywoływaniem takich formuł jak alter Christus, a nawet in persona Christi. Przez długi czas formuły te służyły za uzasadnienie niedopuszczania do święceń kapłańskich kobiet. Skandale seksualne pokazały, że mogły być również wygodnym teologicznym usprawiedliwieniem krzywd wyrządzanych przez wyświęconych mężczyzn.

Św. Jan Paweł II pisał: „Jeśli nasze działania rzeczywiście mają początek w kontemplacji Chrystusa, to powinniśmy umieć Go dostrzegać przede wszystkim w twarzach tych, z którymi On sam zechciał się utożsamić” („Novo millenio ineunte”, 49). Te słowa papieża Wojtyły nie przypadkiem przytoczył w swym „Liście do Ludu Bożego” Franciszek. W skrzywdzonych ofiarach objawia się Chrystus nie mniej (a może bardziej) niż w sakramentalnej kapłańskiej władzy i posłudze. Oni są sakramentem ukrzyżowanego Boga w świecie – i to krzyżowanego przez Kościół. Nie powinniśmy się ich nigdy wyrzekać, podobnie jak nigdy nie powinniśmy się wyrzekać naszego świętego Kościoła grzesznych ludzi.


[1] P. J. Cordes, „Dlaczego kapłan? Poszukiwanie odpowiedzi z Benedyktem XVI”, tł. R. Zajączkowski, Kielce 2009, s. 158-177.
[2] Zob. Pius XI, „Ad catholici sacerdoti”, I; Pius XII, „Mediator Dei”, II,2.
[3] Św. Katarzyna ze Sieny, „Dialog o Bożej Opatrzności czyli Księga Boskiej Nauki”, tł. L. Staff, Poznań 1987, CXIII, s. 200; CXIX, s. 214.
[4] Tamże, CXV-CXVI, s. 203.
[5] Tamże, CXX, s. 218.
[6] Zob. G. Greshake, „Być kapłanem. Teologia i duchowość urzędu kapłańskiego”, tł. K. Wójtowicz, Wrocław 1983, s. 29.
[7] Tamże, s. 30.
[8] Jan Paweł II użył tego określenia tylko raz w swoim Liście do kapłanów z 1991 r.
[9] Cyt. za: P. J. Cordes, „Dlaczego kapłan?”, dz. cyt., s. 159.
[10] Zob. „Pontyfikał Rzymski. Obrzędy święceń biskupa, prezbiterów i diakonów”, Katowice 1991, nr 123-124: Obrzędy święceń prezbiterów.
[11] Św. Katarzyna ze Sieny, „Dialog o Opatrzności Bożej”, dz. cyt., CXVI, s. 203.
[12] Por. św. Grzegorz z Nyssy, „Kazanie na Wniebowstąpienie Chrystusa, w: Liturgia godzin”, t. II, 7. Niedziela Wielkanocna, Warszawa-Poznań 1984, s. 753.

Tekst ukazał się w kwartalniku „Więź”, zima 2018.

KUP „WIĘŹ” w wersji papierowej lub elektronicznej!

Więź, zima 2018