Z Tadeuszem marzyliśmy wciąż o Kościele z ludzką twarzą, żeby miał podobne oblicze również katolicyzm nad Wisłą.

Tekst ukazał się w kwartalniku „Więź” nr 4/2013.

Znaliśmy się całe 60 lat, całe moje dotychczasowe życie dorosłe. Poznałem go w roku 1953 we „Wrocławskim Tygodniku Katolickim”, którego był pierwszym redaktorem naczelnym. Ja zamieściłem tam pierwszy w moim życiu eseik religijny, a w roku 1955 otrzymałem pierwszą po studiach pracę.

Było to pismo formalnie wrocławskiej kurii, faktycznie raczej „Paxu”, ale nie do końca. Warto wiedzieć, że ówczesny ordynariusz wrocławski, ks. infułat Kazimierz Lagosz, był nominatem faktycznie PRL-owskim, znacznie bardziej uległym „komunie” niż Mazowiecki. Przyszło ordynariuszowi do głowy nawet, żeby w „WTK” opublikować adres hołdowniczy do marszałka Rokossowskiego. Tadeusz oponował, ale nie przemógł hierarchy.

Opuścił „Pax” w roku 1955, ja rok później. W 1958 r. powstała „Więź”. Tadeusz był przez przeszło dwadzieścia lat naszym redaktorem naczelnym. Wraz z „Tygodnikiem Powszechnym” i „Znakiem” pasjonowaliśmy się wielką odnową Kościoła, zapoczątkowaną przez Jana XXIII. Wybrano go na papieża 55 lat temu, akurat w Tadeuszowe imieniny, 28 października: zbieżność dat można by powiedzieć, że symboliczna. Mózgiem naszej publicystyki religijnej był zastępca redaktora naczelnego Juliusz Eska, ja wspomagałem go organizacyjnie jako redaktor działu religijnego, ale i sam Tadeusz przejmował się problematyką religijną bardzo. Zainicjował cykl artykułów pt. „Tradycja i reforma w katolicyzmie polskim”, bo troszczyliśmy się ogromnie, żeby odnowa soborowa zbłądziła pod polskie strzechy.

Sam naczelny pisał raczej niewiele, z trudem, zawsze jednak były to teksty dużej rangi. Trzeba wymienić przede wszystkim dwa: „Antysemityzm ludzi łagodnych i dobrych” oraz „Kredowe koła”, ten drugi to po trosze klasyczny już esej o dialogu. W Bibliotece „Więzi” ukazał się w tamtych czasach tom artykułów Tadeusza „Rozdroża i wartości”, w którym odnowa Kościoła stanowiła motyw przewodni. Pasjonował się sam wewnętrznymi problemami kościelnymi do tego stopnia, że również ekumenizmem, choć to temat u nas ze względów statystycznych marginesowy. Wręcz patronował mojemu rewidowaniu spojrzenia na mariawityzm, sam napisał krótki tekst na ten temat, wspominał swego wuja, który był księdzem owego najczyściej polskiego wyznania.

Był bardzo silną indywidualnością. Zdarzyło się, że na swojej drodze politycznej w „Paxie” spotkał kogoś o podobnej osobowości: Janusza Zabłockiego. Skupili wokół siebie kilku młodych działaczy z tego środowiska i tak powstała tamta „fronda”. Była to pierwsza grupa ludzi z „Paxu”, którzy zbuntowali się przeciwko Bolesławowi Piaseckiemu: przeciwko jego autorytaryzmowi, jego idei politycznej polegającej na podporządkowaniu katolików władzy PRL po to, żeby doprowadzić do powstania koalicji: komunistów i katolików „społecznie postępowych”. W koncepcji tej nie było miejsca na krytykę komunistycznego ustroju, a „frondzie” wydawał się on już wtedy wymagający głębokiej reformy.

Różniłem się z Tadeuszem charakterologicznie: był zawsze ode mnie nieporównanie poważniejszy. Miał zawsze zadatki na męża stanu, ja na dowcipnisia felietonistę

Tadeusz i Janusz działali początkowo razem mimo odmiennego podłoża ideowego. Tadeuszowi bliższa była laicka lewica, Januszowi katolicka prawica. Pierwszy ewoluował potem wraz z tamtą polską formacją myślową aż do ścisłej współpracy z KOR-em, drugi zbliżał się do polskiej chadecji, bliskiej z kolei myśleniu endeckiemu. Janusz kładł większy niż Tadeusz nacisk na więź z hierarchią kościelną, z prymasem Wyszyńskim, ale też na dobre stosunki z władzą państwową, zgodnie właśnie ze skłonnością myślową endecji. Różnice te ujawniły się później, ale sądzę, że istniały wcześniej w postaci zarodkowej. Walka ze wspólnym wrogiem, jakim był Piasecki, zacierała je, ale tkwiły one w ich głowach jako mentalne skłonności. Przerodziły się w poglądy w założonej przez nich wspólnie „Więzi” i tam konflikt był nieunikniony.

Dla dwóch przywódców i dwóch linii ideowych miejsca nie było. Spór stał się ostrym konfliktem personalnym, wyzwalając bardzo niedobre emocje, dzieląc fatalnie malutkie środowisko. Wszystko to miało oczywiście swój aspekt polityczny: Zabłocki stawiał na partyjną frakcję nacjonalistyczną, Mazowiecki najpierw na liberalną, potem – gdy zresztą ona przegrała – sam był od środowisk PZPR-owskich coraz dalszy. Walka o władzę między nimi była oczywiście walką o środki działania, do przejęcia ich przez Janusza na szczęście nie doszło.

Co do mnie, mimo pewnych wahań bliższy był mi zawsze kierunek ideowy Tadeusza, ale starałem się być bezstronny w konflikcie personalnym, który i mnie kosztował sporo. I ucieszył mnie bardzo znak pokoju, jaki przekazali sobie dwaj dawni przyjaciele podczas Mszy w kolejną rocznicę śmierci Jerzego Zawieyskiego, którego ten konflikt też bardzo martwił. Można by powiedzieć, że historia została wtedy zamknięta, choć dzielą poglądy. Oraz wspomnienia: Instytut Pamięci Narodowej wydał Januszowi Zabłockiemu trzy potężne tomy jego „Dzienników” z lat 1951–1986.

Różniłem się z Tadeuszem charakterologicznie: był zawsze ode mnie nieporównanie poważniejszy. Miał zawsze zadatki na męża stanu, ja na dowcipnisia felietonistę. Był moim ojcem politycznym, towarzyszyłem mu w jego długiej drodze od „Paxu” do „Solidarności”, ale traktowałem go również jako jednego z moich „guru” w sprawach ściśle religijnych. Wobec mojej działalności w „Gazecie Wyborczej” nie był bezkrytyczny, ale słuchałem jego rad, więc z czasem mnie głównie chwalił. Razem marzyliśmy wciąż o Kościele z ludzką twarzą, żeby miał podobne oblicze również katolicyzm nad Wisłą. Teraz jest na pewno orędownikiem owej sprawy bardzo blisko Tego, który troszczy się o wszystkie sprawy swojego Kościoła.

 Tekst ukazał się w kwartalniku „Więź” nr 4/2013.