Jestem przeciwnikiem mieszania kina z publicystyką. Moim zadaniem jest stworzenie spektaklu, dzięki któremu widz na dwie godziny zapomni o życiu poza salą kinową – mówi Maciej Pieprzyca.

Damian Jankowski: Jest Pan autsajderem?

Maciej Pieprzyca: Z pewnością nie jestem człowiekiem stadnym, raczej indywidualistą, staram się w życiu i twórczości podążać własną ścieżką.

Pytam, bo nie bryluje Pan w środowisku filmowym, nie wypowiada się na gorące tematy społeczno-polityczne, stoi Pan wyraźnie z boku.

– Cenię sobie prywatność. Nie lubię blichtru, pozowania przy „ściance”, nie chciałbym swoich dokonań promować poprzez skandal czy kontrowersje, co – przyznajmy – w środowisku filmowym bywa dość częste. Liczę, że moje filmy obronią się same.

Gdy podczas tegorocznego festiwalu w Gdyni czekałem na jeden z wieczornych pokazów, obserwowałem, jak przechodził Pan przez tłum widzów. Nikt Pana nie rozpoznał jako autora jednego z najgłośniejszych filmów imprezy.

– To dla mnie zupełnie normalne. Pozostaję schowany za moją pracą i muszę przyznać, że jest mi z tym bardzo dobrze. Nie boleję z tego powodu, że gdy pojawiam się w jakimś lokalu lub w kuluarach widzowie mnie nie rozpoznają.

To czasem powoduje całkiem zabawne sytuacje. Zdarzało się nie raz, że bywałem przypadkowym słuchaczem opinii na temat filmu, który zrobiłem, przysłuchiwałem się jak dwie lub trzy osoby dyskutowały o „Chce się żyć”, czy nawet ostatnio o „Ikarze”. Stałem w pobliżu, ale żaden z dyskutantów mnie nie rozpoznał.

Niekiedy ludzie kojarzą nie tyle moją twarz, co samo nazwisko i łączą je z konkretnym tytułem. Niedawno na przykład byłem u lekarza. Ten spojrzał w kartę, pomyślał i zapytał: „W jakiej branży Pan pracuje?”. Odpowiedziałem, że w filmie. „Pieprzyca… A, już wiem! To Pan zrobił «Chce się żyć»” (uśmiech).

Mówi Pan, że jest Pan autsajderem. Wyraźnie również tacy są właśnie bohaterowie Pana filmów.

– Faktycznie ciążę w kierunku takich postaci. Lubię je, czy raczej one mnie lubią. Moi bohaterowie to najczęściej ludzie wykluczeni, którzy starają się buntować przeciwko życiu, jakie przychodzi im wieść, przeciwko wewnętrznym i zewnętrznym ograniczeniom.

Ich walki niejednokrotnie wymiar wewnętrzny, to zmagania z samymi sobą. A jednak – mimo że tworzy Pan tzw. kino środka – nie są to klasyczne pocieszające opowieści. Jest w nich nostalgia, jest melancholia, jest też smutek (te trzy emocje chyba najsilniej ujawniły się w „Ikarze”), ale pojawiają się również odblaski pozbawionej naiwności nadziei. Choćby niepełnosprawny Mateusz, bohater „Chce się żyć”, jak mantrę powtarza, że „dobrze jest”. Odbija się w tym Pana osobiste spojrzenie na życie?

– Jak najbardziej! Przeglądam się w tonacji moich filmów. Wie Pan, jeśli dany twórca nie tworzy kina typowo rozrywkowego, to zawsze – mniej lub bardziej – stara się zostawić autorski ślad na tym, co robi, odbić w nim swój świat wewnętrzny. Przecież życie nie jest i nie może być jednolite – mieszają się w nim chwile wielkiej radości i wielkiego smutku; czasami triumfuje zło (jak w „Jestem mordercą”), czasami siła ducha wygrywa ze słabym ciałem (jak w „Chce się żyć”).

Maciej Pieprzyca

Maciej Pieprzyca. Fot. Szymon Nawrat

Zwrócił Pan uwagę, że moje filmy sytuują się w rejonie kina środka. To świadomy wybór. Staram się tworzyć filmy ambitne, dopracowane artystycznie, ale równie ważne jest dla mnie to, by po prostu dobrze się je oglądało. Sam uwielbiam takie kino, podziwiam na przykład Martina Scorsese.

A jednak to połączenie – artyzm, a z drugiej strony przystępność – nie wydaje mi się dziś, zwłaszcza w kinie europejskim, ale i polskim, powszechne. Coraz częściej oglądam filmy, które – choć eksperymentują z formą, są oryginalne i stwarzają klimat – pozostają w najlepszym razie trudne w odbiorze (jak „Mowa ptaków”), w najgorszym – niezrozumiałe.

– Takie podejście do kina jest mi obce. Unikam hermetyzmu, bo – jak niemal każdy reżyser – chcę, żeby moje filmy znajdywały widownię, żeby po prostu były oglądane. Kino to za droga zabawa, żeby robić je tylko dla siebie. Nie może być tak, że powierzono mi kilka milionów złotych na zrobienie filmu, a ja tworzę coś, na co nikt później nie chce iść do kina; coś, co nie zdobywa ani uznania widzów, ani nie zostaje zauważone przez krytyków czy festiwale filmowe, jest bowiem zrozumiałe jedynie dla mnie i wąskiego grona zapaleńców. Czułbym się bardzo źle z taką świadomością.

A nie ma Pan wrażenia, że kino środka wciąż nie jest w Polsce doceniane przez krytykę? Pan czy Łukasz Palkowski stanowicie wyjątki.

– Trudno mi powiedzieć. Osobiście nie mogę narzekać na to, że moja twórczość nie zostaje dostrzeżona, trzeci raz z rzędu wyjechałem przecież z Gdyni ze Srebrnymi Lwami. W kinach moje filmy nie mają co prawda milionowej widowni, ale osiągają całkiem przyzwoite wyniki.

Widzę natomiast wyraźnie, że w ostatnich latach ukształtowało się nad Wisłą trzecia odmiana kina: ani nie artystyczne, ani środka, a po prostu kino stricte komercyjne, które ma swoje gwiazdy, swoich twórców, programowo odrzucających ambicje artystyczne (Patryk Vega jest tutaj najlepszym przykładem) i swoją nawet milionową widownie. Filmy, które zostają nagrodzone w Gdyni, nie zbliżają się do takich wyników, choć zdarzają się pewnie wyjątki od tej reguły, jak chociażby „Zimna wojna” Pawła Pawlikowskiego.

Cofnijmy się do Pana twórczych początków. W młodości studiował Pan dziennikarstwo. Skąd zatem pomysł, by zająć się kinem?

– To, że robię filmy i dziś rozmawiamy, wzięło się z przypadku. Nie miałem ani w rodzinie, ani wśród znajomych żadnych tradycji filmowych czy artystycznych. Naprawdę nigdy nie myślałem, że sam będę pisał scenariusze i kręcił fabuły.

Na studiach dziennikarskich poznałem jednak kolegę, który „spadł” ze starszego rocznika. Uczęszczał również do studium scenariuszowego w Szkole Filmowej w Łodzi. Mówił o tym tak ciekawie, że i ja postanowiłem spróbować. Wysłałem jakieś swoje prace literackie, zostałem zakwalifikowany do egzaminu, udało mi się go zdać. To było dwuletnie studium zawodowe, a ja już po roku wiedziałem, że nie chcę wracać na dziennikarstwo, że zamierzam zdawać na reżyserię. Szybko złapałem bakcyla.

Rzeczywistość filmowa nie jest i nie może być taka jak ta za oknem. To świat, który reżyser stwarza i zaprasza do niego widza. Musi być wiarygodny, ale niekoniecznie prawdziwy

Gdyby nie wspomniany kolega (który zresztą dzisiaj nie ma nic wspólnego z kinem), pewnie byłbym dziennikarzem. Zapewne poszedłbym w kierunku pisania reportaży, a nie uprawiania krytyki filmowej. To właśnie reportaż, prawdziwe ludzkie historie, interesował mnie najbardziej.

Z pisaniem jest Pan jednak w jakiś sposób związany do dzisiaj. Zarówno „Chce się żyć”, jak i „Ikar”, doczekały się wersji książkowych Pana autorstwa.

– To wynika przede wszystkim z ilości materiału, jakim dysponuję jako scenarzysta. W moim przypadku pisanie poprzedza możliwie najdokładniejsza dokumentacja. Nie tylko czytam, co tylko możliwe w danym temacie, ale także – a może przede wszystkim – rozmawiam z ludźmi, którzy mogą mi coś powiedzieć o moim bohaterze, o czasie, w jakim osadzam film. Te spotkania zazwyczaj dają mi najwięcej. Z tego sporego materiału tylko część przenoszę do scenariusza – potem kolejna część z tego zostaje nakręcona i jeszcze część wchodzi do gotowego filmu. Siłą rzeczy wiele interesujących elementów zostaje odrzuconych. Książka daje mi możliwość zebrania ich i pogłębienia tematu. Jeszcze jednej redakcji historii, ułożenia jej inaczej, pogłębienia.

Wspomniał Pan przed chwilą o zainteresowaniu reportażami. To z miłości do reportażu zadebiutował Pan jako autor filmów dokumentalnych?

– Niezupełnie. Moje zajęcie się dokumentem wynikało z tego, że kiedy w latach dziewięćdziesiątych skończyłem szkołę, bardzo trudno było debiutować. Dokument pozostawał właściwie jedynym miejscem, gdzie mogłem znaleźć filmowy azyl. Przez kilka lat realizowałem tylko dokumenty, czego absolutnie nie żałuję, to była bardzo dobra szkoła dla kogoś chcącego robić filmy fabularne.

Dlaczego nie mógł pan wtedy debiutować?

– Pamiętajmy, że mówimy o pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych. Zwłaszcza dla młodych filmowców to był bardzo trudny okres. Po transformacji ustrojowej nasza kinematografia znalazła się w okresie przejściowym – stary model funkcjonowania zarówno szkół filmowych jak też dotacji na realizowanie filmów już się nie sprawdzał, a nowego nie zdążono jeszcze wypracować. Nie mieliśmy żadnych mechanizmów, które pomogłyby debiutantom, w ubieganiu się o debiut. Możliwość zrobienia pierwszej fabuły trafiła się w tamtym czasie nielicznym, pamiętam jak na Festiwalu Filmów Fabularnych w Gdyni w konkursie były dwa debiuty. Jeden wyreżyserowany przez znana aktorkę, a drugi przez operatora.

Dziś jest inaczej. Sytuacja zmieniła się wraz z powstaniem Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, teraz są specjalne programy dla debiutantów. Producenci już się nie ich nie boją, wręcz ich poszukują.

Wróciłbym jeszcze do tego Pańskiego zainteresowania reportażem. Wyraźnie odbija się ona dziś w Pana filmach fabularnych – choćby trzy ostatnie z nich były inspirowane prawdziwymi wydarzeniami.

– Wyznaję zasadę, że filmowej historii bardzo dobrze służy zaczepienie w rzeczywistości. Inspiracją może być prawdziwe zdarzenie lub pojedynczy człowiek, jak Mietek Kosz w „Ikarze”. Fakty są dla mnie niezbędną deską, od której muszę i chcę się odbić, ale zawsze je fabularnie przetwarzam.

Ale czy to nie jest zbyt proste?

– Nie wydaje mi się. Samo robienie filmów jest trudne, niezależnie czy punktem wyjścia będzie autentyczna historia czy wyłącznie wyobraźnia twórcy. Często zresztą filmowcy – nawet tworząc fikcje – opowiadają o sobie, szukają we własnych doświadczeniach. Najważniejszy jest efekt.

Jak Pan zapewne wie, mam w swoim dorobku film, który był fikcją…

„Drzazgi”.

– Tak. I muszę przyznać, że nie jestem z niego zadowolony, między innymi właśnie z tego powodu. To ostatecznie właśnie przy „Drzazgach” zrozumiałem, że całkowite wymyślanie ekranowej historii nie jest drogą dla mnie, że wolę opowiadać historie, które są osadzone w rzeczywistości.

I jeszcze istotne uzupełnienie: rzeczywistość filmowa nie jest i nie może być taka jak ta za oknem. To świat, który reżyser stwarza i zaprasza do niego widza, wyznacza własne reguły. Ten świat musi być wiarygodny, ale niekoniecznie prawdziwy! Można opowiedzieć bardzo wiarygodną i poruszającą historię, która nie jest prawdziwa. Ważne, by widz w nią wszedł ze swoimi emocjami.

Zainspirowane rzeczywistością wydarzenie, które przedstawiam na ekranie, potrzebuje fikcji, może się nią posiłkować. Nazywam to „prawdziwym zmyśleniem”, opartym na gruntownej dokumentacji. Taką mam metodę – przetwarzam, a nie odtwarzam jeden do jednego autentyczną historię, łączę niektóre wątki, zlewam kilka postaci w jednego bohatera, odwracam kolejność zdarzeń, coś dodaję, coś ujmuję. Interesuje mnie bowiem główny bohater – nie to, co i gdzie dokładnie robił, tylko jakim był człowiekiem (o bohaterze „Ikara” niewiele wiadomo, Mietek prawie nikomu się nie zwierzał). Finalnie tworzę autorską wersję rzeczywistej historii.

Czyli kino to sztuka oszustwa?

– I sztuka – jakkolwiek to zabrzmi – manipulacji emocjami odbiorców. Moim zadaniem jest stworzenie spektaklu, dzięki któremu widz na dwie godziny zapomni o życiu poza salą kinową.

Aby to osiągnąć, spędza Pan z danym filmem dwa-trzy lata życia. To dużo, trudno nie zapytać, czy kręcenie filmów to dla Pana tylko czy aż kino?

– Aż kino – choć mówię to ze świadomością, że trzeba uważać na patetyczne deklaracje. Wierzę, że chcąc robić coś na wysokim poziomie – wszystko jedno w jakiej dziedzinie – trzeba się temu poświęcić, inaczej nie będzie efektu. Ktoś może oczywiście zrobić dobry film przypadkiem, bez wysiłku, od niechcenia, ale jest to zazwyczaj jednorazowa sprawa. Jako filmowcy płacimy zwykle za swoją pracę życiem prywatnym, ona pochłania nas niemal zupełnie, i często świata poza nią nie widzimy. Nie jest to dobre, zwłaszcza dla rodziny. Trzeba usiłować zachować równowagę.

Jeden ze zrealizowanych przez Pana przed laty spektakli telewizyjnych nosił tytuł „Komu wierzycie”. Kusi mnie spytać: komu lub w co wierzy Maciej Pieprzyca?

– Wierzę w człowieka. Choć takie wyznanie zalatuje truizmem, to właśnie pełen niedoskonałości człowiek jest dla mnie najważniejszym i najciekawszym „materiałem” do pracy. Zawsze od niego wychodzę w myśleniu o danym projekcie – nie od sprawy, a od konkretnego bohatera. Lubię ludzi, lubię opowiadać o nich w sposób złożony, wielobarwny, pokazywać ich marzenia, tęsknoty, klęski, paradoksy ich życia, wszystko to, co gra im w duszy. To interesuje mnie najbardziej.

Właśnie przez to Pana filmy są dla mnie głęboko personalistyczne, a przez to chrześcijańskie.

– Wie Pan, jednym z moich ulubionych reżyserów jest Krzysztof Kieślowski, który  w ostatnim okresie swojego życia robił piękne filmy metafizyczne, a przecież określał się jako ateista.

A co jest, Pana zdaniem, najważniejsze w kinie?

– Wierzę w siłę dobrze opowiedzianej historii. Umiejętność snucia pasjonujących opowieści uważam za najważniejszą cechę w zawodzie filmowca.

Jestem filmowcem, czyli gawędziarzem, który stara się sprawić, by widz się uśmiechnął, wzruszył, może nad czymś się zastanowił, zapomniał na chwilę o szarej rzeczywistości, ale robię to poprzez snucie opowieści, a nie wywoływanie społecznej debaty. Wszystko to jest oczywiście ważne, jednak niech toczy się gdzieś obok filmu. Nigdy też nie kalkuluję, na zasadzie: wybierzmy teraz taki temat, bo to jest dziś społecznie nośne, czy modne, więc ludzie pójdą do kina.

Opowieści pomagają nam żyć, przynajmniej tak jest w moim przypadku.

Wspomniałem Panu o mojej fascynacji Scorsesem i Kieślowskim. Inny mój mistrz to Miloš Forman, który powtarzał, że przede wszystkim jest opowiadaczem. Był przeciwnikiem – i ja też jestem – mieszania kina z publicystyką, z założeniem, że robimy film na bardzo ważny temat. Zetknąłem się z takim oczekiwaniem przy filmie „Chce się żyć”. Wiele osób już w trakcie kręcenia powtarzało mi: „Maciek, pamiętaj, tworzysz bardzo ważny film! Czekamy na niego”. Rozumiem, że temat osób z niepełnosprawnością i szacunku dla nich jest społecznie niezwykle istotny, ale – jak tłumaczyłem wtedy, i powtarzam to dziś – chcę zrobić nie tyle film ważny, co po prostu dobrze opowiedzieć tę historię; jeśli zaś będzie dobrze opowiedziana, to ma szansę stać się filmem jednocześnie dobrym i ważnym.

Maciej Pieprzyca – ur. 1964, polski reżyser i scenarzysta, pisarz. Wykładowca na Wydziale Radia i Telewizji im. Krzysztofa Kieślowskiego Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Trzykrotny zdobywca Srebrnych Lwów na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni: za „Chce się żyć” (2013), „Jestem mordercą” (2017) i „Ikara” (2019).