Kard. Newman był atrakcyjny dla młodych konwertytów z kręgów inteligenckich, bo pokazywał, że możliwe są prawda i pewność.

Siostra Maria Gołębiowska od Kościoła Bożego – przed wojenną konspiracją siostra Miriam Wajngold (w świecie Bronisława, a od chrztu – Agnieszka), pozostawiła po sobie nagranie wspomnień opowiadanych współsiostrom, wydanych później w formie spisanej w tomie „Ludzie Lasek”.

Szczególnym momentem jej opowieści są lata 1923-1924, gdy poznaje poetę Jerzego Lieberta. Wspólnie zaczynają interesować się „sprawami religijnymi” i szukać książek o tej tematyce. Listy Lieberta do przyszłej zakonnicy z tego i nieco późniejszego okresu zostaną po latach wydane jako sławne „Listy do Agnieszki”.

Ona – żydówka z zamożnej i tradycyjnie pobożnej rodziny, lecz religijnie obojętna; on – z rodziny katolickiej, ale mało gorliwej. Miejsce akcji: przedwojenna Warszawa po zabójstwie Narutowicza. Gdzieś na drugim planie, ledwie raz wspomniane: choroba i śmierć jej rodzonej siostry.

Gorliwa lektura i zakład dla niewidomych na duszy

Pewnego dnia Bronisława i Jerzy przypadkiem trafiają na – wysiadającą właśnie z tramwaju – Zofię Steinberg (późniejszą siostrę Katarzynę od Rany Boku Pana Jezusa i Miłosierdzia Bożego). Ta wysyła ich na Litewską 6, do Biblioteki Wiedzy Religijnej, gdzie mają pytać o Zofię Landy (późniejszą siostrę Teresę od niesienia Krzyża). Dostają w końcu – siostra Miriam nie pamięta, czy wypożyczają, czy kupują, ale chyba wypożyczają, bo to książka wtedy już nienowa, z 1915 roku – „Przyświadczenia wiary”, wybór pism angielskiego kardynała Johna Henry’ego Newmana w tłumaczeniu Stanisława Brzozowskiego.

W tej opowieści, jak w wielu innych historiach nawróceń i w samych ewangeliach, wiadomość wędruje od człowieka do człowieka, przekazywana z ust do ust, czy może – jak to ujmował sam Newman – z serca do serca (cor ad cor loquitur – serce mówi do serca – to jego motto kardynalskie). Liebert donosi Agnieszce w jednym z listów, że „czyta Newmana gorliwie”, w innym, że „da Newmana” Tadeuszowi Kopciowi, koledze również skłaniającemu się w tamtym czasie ku poważniejszemu zajęciu się kwestią wiary.

„Była tam przedmowa Brzozowskiego – mówi na nagraniu siostra Miriam – w której on szuka: szuka Boga, szuka katolicyzmu. Przeczytaliśmy tę przedmowę i zaczęliśmy czytać książkę. Dla mnie to była chyba najważniejsza chwila mojego życia. Nagle dowiedziałam się, że istnieje jakiś świat nadprzyrodzony, że poza tym światem, który widzimy, jest jakiś świat niewidzialny, niepojęty, ale żywy i że w tym świecie jest Chrystus. I że Chrystus jest czymś więcej niż człowiekiem. Chociaż jeszcze nie umiałam sobie tego wyraźnie powiedzieć, że jest Bogiem, ale [uświadomiłam sobie] że jest kimś więcej niż człowiekiem. Pamiętam to uczucie, dla mnie to było, jakby odsłoniła się jakaś zasłona, jakby się otworzył przede mną jakiś zupełnie inny, nowy świat.

A poza tym dowiedziałam się, że jest Kościół. Niech Siostry pomyślą, przecież tyle książek przeczytałam – i życie Pana Jezusa, i rozmaite legendy o Chrystusie – i nigdy sobie tego wszystkiego razem nie umiałam złączyć. Myślę, że to była jakaś wielka łaska, której ogromu potem nie mogłam po prostu ogarnąć. A Jerzy Liebert, który pochodził przecież z rodziny katolickiej, ale powierzchownie, tradycyjnie katolickiej, który był ochrzczony, miał pierwszą komunię świętą, od czasu do czasu chodził w szkole do spowiedzi – wszystko to było dla niego nieżywe zupełnie. […] I nagle to wszystko w nim odżyło. Zupełnie tak, jakby było uśpione”.

Potem była jej pierwsza Msza święta w kaplicy Tyszkiewiczów – małżeństwa prowadzącego Bibliotekę Wiedzy Religijnej – i kontakty, poprzez Bibliotekę, ze środowiskiem skupiającym się wokół Matki Czackiej i ks. Korniłowicza. Chodzi więc o sławne Laski, miejsce, w którym będzie się formował duchowo prymas Wyszyński; dokąd Wojtyła zajrzy tuż przez wyjazdem na pamiętne konklawe, a Tadeusz Mazowiecki – zaraz po wyborze na premiera; do którego Witold Gombrowicz – związany z Laskami przez siostrę, pracownicę księgarni Dzieła – będzie wysyłał kolegę po piórze, Brunona Schulza; gdzie Adam Michnik napisze „Kościół, lewicę, dialog”. Klasztor, zakład dla ociemniałych i ośrodek apostolatu wśród obojętnej religijnie inteligencji – „niewidomych na duszy”.

Konwertyci

Bronisława ma jechać do Francji, do szwagra-wdowca, ale najpierw w pośpiechu przyjmuje chrzest. Na emigracji bierze udział w codziennej Mszy świętej. „Musiałam bardzo wcześnie wstać – zapamięta – cichutko zejść ze schodów, żeby nikogo nie obudzić, nawet sobie już zapamiętałam, na którym stopniu trochę trzeszczy, na którym nie, cicho schodziłam i szłam cały ten kawał piękną drogą do kościoła, gdzie przeważnie byłam sama jedna, albo jeszcze gospodyni księdza proboszcza”.

Odkrywa w sobie powołanie zakonne, odwiedza dwa francuskie klasztory, w końcu – postanawia wracać do Polski, by wstąpić do sióstr franciszkanek Matki Czackiej. 2 sierpnia 1926 roku Agnieszka Bronisława Wajngold wchodzi do kaplicy w Laskach: „Było wystawienie, paliło się dwanaście świec, przez okno padało światło i rzeczywiście wydawało mi się, że wchodzę w samą światłość”. Wkrótce zostaje siostrą Miriam od Kościoła Bożego.

John Henry Newman musiał być takiej osobie bliski nie tylko przez to, o czym pisał, ale też kim był – konwertytą, etapami odkrywającym Boga, katolicką tradycję (w wydaniu anglikańskim), wreszcie – Kościół katolicki. Inne światło – płonącego kominka – oświetlało scenę z nocy z 8 na 9 października 1845 roku, gdy po długich wewnętrznych zmaganiach sławny anglikański teolog i kaznodzieja padł u stóp włoskiego pasjonisty bł. Dominika Barberiego, prosząc go o wysłuchanie spowiedzi i przyjęcie do „Kościoła Chrystusa”.

Konwertytą, świadomie wracającym do wiary Kościoła na tydzień przed śmiercią, był także tłumacz i komentator Newmana, wielki filozof lewicy, Stanisław Brzozowski.

Ratowanie zbioru

Gdy myślę o Brzozowskim, o fascynacji, którą potrafił – i wciąż potrafi – budzić wśród polskiej inteligencji, staje mi przed oczami następujący obraz, odnaleziony niedawno w eseju Elizy Kąckiej. Włochy, rok 1944, być może już 1945. Wciąż trwają walki, gdy polska ekipa z Oddziału Kultury i Prasy Drugiego Korpusu rusza jeepem przez Apeniny do Florencji. Jadą po książki Brzozowskiego, zmarłego przed ponad trzema dekadami właśnie tam, w stolicy Toskanii. Chyba nie wiadomo dokładnie, kto jedzie, ale do elity Oddziału, stojącej zapewne za całą akcją, a może biorącej w niej udział, należeli wówczas Józef Czapski, Jerzy Giedroyc, Zygmunt Hertz, Gustaw Herling-Grudziński, Konstanty Jeleński i Jerzy Stempowski – ogólnie trzon przyszłej „Kultury” paryskiej. Misja kończy się powodzeniem: „prawie cały komplet dzieł Brzozowskiego” ląduje w samochodzie i trafia do polskiej drukarni wojskowej w Rzymie.

Fakt, że właśnie on, patron postępowej polskiej inteligencji, interesował się pismami katolickiego kardynała, że pod ich wpływem przyjął sakramenty i powrócił do wiary Kościoła – ma doniosłe znaczenie dla polskiej historii intelektualnej. Dobrze czuł to Bogdan Cywiński, poświęcając ewolucji poglądów Brzozowskiego na katolicyzm wiele uwagi w swoich „Rodowodach niepokornych”. Innym kluczowym bohaterem „Rodowodów”, z późniejszej nieco epoki, jest ksiądz Władysław Korniłowicz, współzałożyciel Lasek.

Myśl Newmana okazuje się dla Brzozowskiego dopełnieniem – nie zaprzeczeniem – jego własnej, rozwijanej przez dekady filozofii

Nie wiem, czy wspomniana załoga jeepa natknęła się również na ślady nie tyle prac filozofa, co należącego do niego księgozbioru, ale jeśli tak – nie było wśród nich dzieł Newmana. Tak przynajmniej wynikałoby z noty wydawcy „Przyświadczeń wiary”, samego Leopolda Staffa, który tłumaczy, że Brzozowski nie zdążył co prawda sfinalizować przekładu wybranych przez siebie fragmentów, ale do redakcji trafiły jego egzemplarze dzieł Anglika z odpowiednimi ustępami zakreślonymi ołówkiem. Na autorski wybór, dokończony przez innego tłumacza, składają się ostatecznie przede wszystkim wyimki z „Grammar of Assent” (pracy filozoficznej poświęconej zasadności wiary religijnej – polskie tłumaczenie tytułu, „Logika wiary”, uważam za mylące), autobiografii duchowej „Apologia pro vita sua” oraz kazań, zwłaszcza z okresu anglikańskiego.

Dodajmy w ramach dygresji, że to dobry i dość reprezentatywny wybór, choć rekordowy dorobek Newmana obejmuje znacznie więcej pozycji. Znajdziemy w nim więc także: poemat „Sen Geroncjusza” (na kanwie którego Edward Elgar stworzyl sławne oratorium); dwie powieści (współczesną i historyczną); serie odczytów i wykładów skierowanych do różnych odbiorców, w tym sławną „Ideę uniwersytetu”; rozprawy historyczno-teologiczne „Arians of the fourth century” i „O rozwoju doktryny chrześcijańskiej”; manifesty i eseje teologiczne; modlitwy; listy otwarte; wreszcie – niezliczone tomy prywatnych dzienników i korespondencji.

„Nie wolno go nie słuchać”

Newman jest jedną z tych postaci z przeszłości, które – jeśli chcemy – możemy dość dobrze poznać. Również w Polsce nie brakowało osób, które – pomimo geograficznego i kulturowego oddalenia – pasjonowały się osobą angielskiego kardynała i dla których oksfordzki Oriel College, zakonne cele Littlemore czy Oratorium w Birmingham zdawały się być bliskimi miejscami, a John Keble, Hurrell Froude czy Ambrose St. John – byli niczym starzy znajomi.

Oprócz Brzozowskiego i Zdziechowskiego wypada wspomnieć Zofię Bastgen – w 1937 publikującą w laskowym czasopiśmie „Verbum” obszerny szkic „Tajemnica Newmana” – oraz Teresę Dmochowską, spoczywającą na cmentarzu w Laskach zapomnianą dziś tłumaczkę i pisarkę katolicką (często ukrywającą się pod pseudonimem Jan Rybałt), autorkę pięknej biografii kapłana, który przyjmował Newmana na łono katolicyzmu, bł. Dominika Barberiego („Apostoł zjednoczenia”).

Siostra Miriam wspominała o przedmowie do „Przyświadczeń” pióra Brzozowskiego. W rzeczywistości przedmowy są dwie, z których druga, późniejsza, miała zastąpić pierwszą; w końcu obie zostały wydrukowane. Do tego są jeszcze długie przypisy. Teksty te – dziś do znalezienia, wraz z całą książką, na stronie biblioteki cyfrowej Polona – roją się od intrygujących myśli i są ze wszech miar godne polecenia. Przy tym już sam fakt istnienia dwóch wersji wstępu sygnalizuje, że stosunek polskiego filozofa do autora „Grammar of Assent” – a jednocześnie do katolicyzmu – ulegał właśnie dynamicznej ewolucji. Jej dalsze ślady znaleźć można na ostatnich stronach jego dziennika.

Jeden cel, który stawia sobie polski myśliciel – i realizuje nieco odmiennie w dwóch próbach przedmowy – to ukazanie Newmana jako myśliciela mogącego zainteresować polskiego inteligenta wychowanego, jak sam Brzozowski, w duchu nieufności wobec katolicyzmu. „Gdybyśmy nie wiedzieli, co znaczy strój tego człowieka – napisze autor „Legendy Młodej Polski” – gdybyśmy nie znali historycznego czy legendarnego znacznie słów, jakimi się on posługuje, gdybyśmy wyczuli tylko to, co Mickiewicz nazywał tonem jego myśli, jego duszy, nie wahalibyśmy się ani na chwilę: o czymkolwiek bądź mówi nam ten, kto to mówi, nie wolno go nie słuchać”.

Świat i Polskę można co prawda próbować wyobrażać sobie bez katolicyzmu – uważał Brzozowski – ale jedyny realny świat i jedyna realna Polska, które istnieją, są w dużej mierze produktami Kościoła

W dodatku ów człowiek w dziwnym stroju to nie tylko wybitna jednostka, lecz także przedstawiciel „siły duchowej”, ignorowanej co prawda przez środowiska intelektualne i artystyczne, lecz domagającej się uznania już choćby przez sam fakt wielowiekowego wpływu na polskiego i europejskiego ducha. Świat i Polskę można co prawda próbować wyobrażać sobie bez katolicyzmu – napisze Brzozowski – ale jedyny realny świat i jedyna realna Polska, które istnieją, są w dużej mierze produktami „kościoła” (przez polskiego myśliciela pisanego raczej małą literą, choć nie wiem, czy to znaczące).

Długą drogę przebył Brzozowski do tych słów od nazywania katolicyzmu, w szkicu o Garibaldim, zbiorową „halucynacją”, tworem, którego „potworne ciało” „zatruwa nieustannie życie mas”. A przecież w „Pamiętniku”, na niedługo przed śmiercią, napisze jeszcze więcej: „Człowiek jest niezrozumiałą zagadką bez kościoła. Życie ludzkie jest szyderstwem i igraszką, jeżeli kościoła nie ma”.

Tak więc myśl Newmana okazuje się dla Brzozowskiego dopełnieniem – nie zaprzeczeniem – jego własnej, rozwijanej przez dekady filozofii. Filozofii pełnej retorycznej akrobatyki, trudnej do zrozumienia nawet dla znawców, w każdym razie akcentującej znaczenie woli, działania, dziejów i wspólnoty. Newman, poprzez świadomą przynależność do historycznej, zbiorowej rzeczywistości, jaką jest Kościół – i poprzez indywidualną więź z Bogiem, którego odnajdywał jako „światło na dnie duszy” – wreszcie przez swoją codziennie ponawianą konsekwencję w tworzeniu „architektury” własnego wnętrza, okazuje się realizować pełniej niż ktokolwiek inny postulaty filozofii autora „Płomieni”.

Urzeczenie

Trudno powiedzieć, na ile Brzozowski czyta Newmana na jego zasadach, na ile czyni to przez pryzmat własnych zainteresowań i obsesji. Jedno jest pewne – że Newman jest dla Brzozowskiego kimś znacznie więcej niż tylko jednym z wielu interesujących go autorów. Polski filozof jest urzeczony osobą kardynała, darzy go czcią.

„W obcowaniu z tym potężnym dobroczyńcą – napisze w dzienniku– dusza moja zyskała pewne powinowactwo ze spokojem, tak całkowicie jej dotąd obce. Nie potrafię wypowiedzieć, jak nieskończenie wiele zawdzięczam Newmanowi. Cierpię, że nie mogę mieć wszystkich jego dzieł. Jego książki są dla mnie jakby żywym, nieskończenie przekonywującym, opanowującym światłością głosem. Czytanie ich już jest zlewem światła i spokojnie ufającego rozumu. Być może nie dojrzeję nigdy do momentu, w którym potrafię spokojnie opowiedzieć, co zaszło w głębokich warstwach mego umysłu i woli za wpływem Newmana. Lubię jak zaklęcie te trzy litery J.H.N. […]”.

Najtrafniej chyba byłoby powiedzieć, że widzi w nim świętego. Gdyby Brzozowskiemu dane było poznać Newmana osobiście, mógłby pewnie powtórzyć słowa, które angielski konwertyta skierował podczas procesu beatyfikacyjnego pod adresem Dominika Barberiego: „Już sam jego wygląd miał w sobie coś świętego. Wystarczyło mi ujrzeć jego postać, aby poczuć się w przedziwny sposób poruszonym do głębi”. Podobna relacja, choć chyba jednak o mniejszej intensywności, powtórzy się między biografem Brzozowskiego, Czesławem Miłoszem, a innym duchownym – Janem Pawłem II.

Spośród konwertytów z kręgu Lasek Brzozowski pozostawał ważny dla co najmniej kilku, w tym zwłaszcza Zofii Landy i Rafała Blütha. Oboje poświęcili mu eseje, które ukazały się w „Verbum” (a ostatnio zostały przedrukowane w tomie pod red. Macieja Urbanowskiego „Jest Bóg, żyje prawda. Inna twarz Stanisława Brzozowskiego”). Przy tym Landy – pisząca już jako siostra Teresa (choć pod pseudonimem Silvester) – wypowiada się chyba w imieniu całego tego środowiska, gdy w Brzozowskim, bardziej niż jego filozofię – w Laskach królował w końcu św. Tomasz z Akwinu – docenia jego indywidualny przykład umiłowania prawdy, które znalazło dopełnienie w powrocie do Kościoła: „Brzozowski, mówiąc o kardynale Newmanie, podnosił szczególnie i zdawał się wielbić ten jego rys, który sam Newman w ten sposób określi: «Nie sprzeniewierzyłem się nigdy duchowi światłości». Jeśli to wyrażenie wziąć w znaczeniu najgłębszej wierności temu, co sumienie ukazuje jako prawdę i męstwo widzenia tej prawdy, chociażby ona stawała w poprzek jakimkolwiek innym dążeniom człowieka, była drogą samotną, jedyną w swoim rodzaju i nie do naśladowania. […] Zwolennik skrajnego indywidualizmu w stosunku do prawdy, całą swoją postawą życiową oddaje hołd prawdzie obiektywnej, ponadosobistej, ponadludzkiej, która stanowi biegun nadający kierunek całemu życiu. I w tym jest moc wychowawcza religijności Brzozowskiego”.

Przeświadczenie

Marian Zdziechowski, drugi obok Brzozowskiego popularyzator Newmana w okresie przed odzyskaniem przez Polskę niepodległości, twierdził, komentując przedmowy do „Przyświadczeń” w swojej „Gloryfikacji pracy”, że Brzozowski znalazł w Newmanie sojusznika w swoim irracjonalizmie. Rzeczywiście, autor „Legendy Młodej Polski”, sprzeciwiał się jednoznacznemu kultowi teoretycznego i ponadczasowego rozumu, a systemy posiadające domkniętą, logiczną formę uważał za przekleństwo.

I owszem, u Newmana też padają słowa, że logika odgrywa tylko ograniczoną rolę w życiu wiary, a nawet, że przekonywać argumentami można równie dobrze, co torturami. A jednak stanowisko, do którego zbliżał się w ostatnim okresie życia pod wpływem Newmana autor „Głosów wśród nocy” nie było irracjonalizmem, ani – jak również zdaje się sugerować jego komentator – idealizmem, lecz raczej holistyczną koncepcją wiary, którą zresztą doskonale wyraził sam Zdziechowski: „Przyjmujemy wiarę nie jako wynik dedukcji logicznej, lecz całą duszą; my jej duszą naszą przyświadczamy; w przyświadczeniu tym (tak Brzozowski tłumaczył wyraz assent, odgrywający tak wielką rolę w filozofii Newmana) «skupiają się uczucie, wyobraźnia, rozum, rola, wszystkie moce jestestwa naszego»”.

Czy użycie kategorii „przyświadczenia”, które tylko w jakimś stopniu zależy od rozumu, a w większym – od woli, oznacza, że wiara jest subiektywna i relatywna, i że powinniśmy zawieszać nasz ostateczny sąd w kwestiach religijnych? Wręcz przeciwnie. Cała filozofia racji wiary u Newmana – wyrażona między innymi we fragmentach „Grammar of Assent” tłumaczonych i komentowanych przez Brzozowskiego – sprowadza się do konstatacji, że właśnie dlatego, iż wiarę należy „przyświadczyć”, może być ona stuprocentowa. Przekonanie opierające się na dowodach i argumentach ma charakter stopniowalny: w zależności od mocy przesłanek, bywa słabsze lub mocniejsze. Tymczasem przekonanie, które wynika z opowiedzenia się za jakąś prawdą – oczywiście na podstawie rozmaitych dowodów i racji, ale jednak: opowiedzenia się, decyzji, wyboru – może mieć charakter kompletny. Jak pisał Jerzy Liebert w „Jeźdźcu”: „Uczyniwszy na wieki wybór/ W każdej chwili wybierać muszę”. W tym też sensie możliwa jest pewność, choć nie jest ona tożsama z nieomylnością.

Posłuszeństwo może otworzyć szczelinę dla większej wolności, pomagają bowiem w walce o najwyższą stawkę, świętość – uznawał Newman

Newman powie, że mamy prawo i obowiązek być pewni co do tego, co po odpowiednim namyśle jawi nam się jako prawda, tak jak mamy prawo i obowiązek słuchać dobrze uformowanego sumienia w sprawach moralnych – co nie znaczy jednak, że w obu przypadkach nie możemy się mylić. Akcent nie jest jednak kładziony na możliwość błędu, lecz prawo i obowiązek przyświadczenia. Zwłaszcza, że istnieje mimo wszystko gwarant prawdy, nawet jeśli pozostający poza naszą kontrolą: Bóg, który nie zakryje jej przed tymi, którzy zbliża się do Niego w czystości serca. Stąd też zresztą inny element zgłębiania prawdy, na który wskazują i Newman, i Brzozowski, i Zdziechowski: moralne oczyszczenie i nawrócenie serca.

Jeszcze w okresie anglikańskim Newman pytał retorycznie w jednym z listów: „Kto miał większą szansę zostać doprowadzonym do chrześcijaństwa, gdy przyszedł Chrystus: czy ci, którzy byli rygorystyczni i sumienni w swoim judaizmie, czy ci, którzy byli letni i sceptyczni?”. Twierdził, że ci pierwsi, właśnie dlatego, że potrafili przyświadczyć temu, co postrzegali jako prawdę.

Wydaje mi się, że właśnie tu, w kategorii przyświadczenia, kryje się główny powód atrakcyjności Newmana dla młodych konwertytów z kręgów inteligenckich. Wreszcie na nowo możliwe są prawda i pewność – dwie rzeczy, które inteligencki sceptycyzm zdawał się odbierać na zawsze. „Ujrzałem cały Kościół ze wszystkimi jego tajemnicami, odkryty nagle jakby w blasku światła. Chrystus Pan, Ewangelia, Sakramenty – i konieczność oddania się tej Prawdzie, która tak nagle zajaśniała przede mną – pisała o swoim nawróceniu Zofia Landy. „Oddać się prawdzie”, w języku Newmana: assent.

Akceptacja, nie idealizacja

W „Gloryfikacji pracy” Zdziechowskiego padają jeszcze następujące słowa: „Spotkaliśmy się z nim we wspólnej czci dla kardynała Newmana, tego zesłańca z Nieba, dla którego świat nadprzyrodzony był żywą rzeczywistością, rzeczywistość zaś, w której żyjemy i toniemy – cieniem tak nikłym, że nawet w istnienie jej ciężko mu było uwierzyć. Ale uległszy urokowi tej żywej, z wewnętrznego doświadczenia zaczerpniętej wieści o rzeczach wiecznych, którą kardynał przynosił, obaj z innego punktu spojrzeliśmy na jego wielką postać. Dla Brzozowskiego katolicyzm był czymś obcym i prawie nieznanym; na tę nieznaną budowę rzucał Newman niespodziane, cudowne światło – i światłem tym olśniony Brzozowski nie tylko spojrzał wówczas na Kościół okiem Newmana, ale w osobie jego uczuł żywe wcielenie idei katolickiej. Inaczej było ze mną. Stałem, starałem się stać w Kościele – i Newman był dla mnie nie wcieleniem jego idei, lecz wyrazicielem nowego w nim ducha, zwiastunem nowego życia, poprzednikiem nowych prądów, które, usiłując złagodzić zasadę ślepego posłuszeństwa podniesieniem pierwiastka indywidualności i indywidualnego sumienia, doprowadziły za dni naszych najwybitniejszego z następców Newmana, X. Tyrrella do ostrego zatargu z władzami Kościoła”.

Fragment ten opisuje dwa możliwe stosunki do katolicyzmu: pierwszy polega na przyjęciu Kościoła; drugi – na próbach jego zmiany w nowym kierunku. Można to pewnie zestawić ze współczesnym rozróżnieniem na hermeneutykę ciągłości i zerwania. Święci w rodzaju Newmana mogą być w związku z tym interpretowani albo jako przejaw ducha Kościoła jako takiego – albo jako jaskółki Kościoła, który ma dopiero nadejść. Po której stronie tego sporu sytuowałby się sam Newman? Wydaje mi się, że po pierwszej.

Newman potrafił jednocześnie zachwycać się Kościołem i widzieć wszystkie jego niedostatki. Jego listy i dzienniki tchną realizmem, a nawet ironią

Od razu zaznaczmy, że Zdziechowski ma rację, gdy pisze, iż to podejście – akceptacja, a w przypadku Brzozowskiego (i chyba również Newmana) znacznie więcej: olśnienie Kościołem – stoi przed ryzykiem naiwnej idealizacji katolicyzmu.

Możliwe, że Brzozowski czasem przejawia tę naiwność: przeszedłszy drogę od odrzucenia Kościoła do jego apoteozy, zdaje się naraz zapominać o grzechach, skandalach, problemach, których pełna jest przeszłość i teraźniejszość wspólnoty wiary. Ale już Newman wystrzega się, myślę, podobnej naiwności: potrafi jednocześnie zachwycać się Kościołem i widzieć wszystkie jego niedostatki. Jego listy i dzienniki tchną realizmem, a nawet ironią. Gdy, już w okresie katolickim, próbował bezskutecznie uzyskać poparcie arcybiskupa Manninga i Rzymu dla stworzenia Oratorium w Oksfordzie i wyczuwał u niektórych z przełożonych nieszczerość, zapisał w dzienniku, tyleż ironicznie co trzeźwo, że będzie im posłuszny, ale „tak jak trzeba było być posłusznym uczonym w piśmie i faryzeuszom” – bo i oni odgrywali rolę przedstawicieli w systemie Bożej opatrzności, co nie znaczy, że darzymy ich czcią. Realistyczne, pragmatyczne nawet podejście przyszłego kardynała przydałoby się w dzisiejszych czasach.

Nie tylko sumienie

Czytelnika zdziwi być może, że Newman, piewca sumienia i przyświadczenia, miałby opowiedzieć się przeciw próbom „łagodzenia zasady ślepego posłuszeństwa podniesieniem pierwiastka indywidualności i indywidualnego sumienia”. Cóż, może gdyby dokładnie tak rysował się problem – gdyby rzeczywiście chodziło o posłuszeństwo „ślepe” – broniłby on indywidualnej swobody. Wydaje mi się jednak, że angielski myśliciel uznałby za upraszczające rozpoznanie, że w Kościele panuje „ślepe posłuszeństwo” – jak również, że remedium na możliwe bolączki katolicyzmu leży w „pierwiastku indywidualności”. Prawdopodobnie odrzuciłby te diagnozy jako odwieczne stereotypy, z którymi na angielskiej ziemi zawsze musieli zmagać się wyznawcy „Kościoła rzymskiego”. Dokładnie takie zarzuty postawił przecież katolikom W. E. Gladstone, prowokując Newmana do napisania sławnego „Listu do Księcia Norfolk” – który jest obroną wierności Kościołowi we właściwych granicach, nie wykładem nowej indywidualistyczej teologii sumienia.

Kluczem do zrozumienia Newmana nie są bowiem wyrwane z kontekstu słowa w obronie sumienia, potwierdzające tylko, jeśli się w nie wczytać, tradycyjną katolicką naukę. Więcej mówi chyba jego praktyka, zwłaszcza w okresie przed wstąpieniem do Kościoła katolickiego, gdy jako jeden z przywódców tak zwanego ruchu traktariańskiego albo oksfordzkiego stał na czele reform w Kościele anglikańskim. A ten, od początku swojego powstania związany z instytucją państwa, w XIX wieku, pod naporem racjonalizmu i liberalizmu, zaczynał tracić wiarę w siebie, skłaniając się ku sceptycyzmowi i religijnej letniości. Jedną formą reformy były ruchy radykalnie protestanckie, takie jak metodyzm i ewangelikalne frakcje Kościoła Anglii, podkreślające emocjonalny i indywidualny charakter wiary, odrzucające rozbudowane dogmaty i instytucje.

Geniusz Newmana polegał na tym, że potrafił łączyć to, co dobre w różnych nurtach: i w katolicyzmie, i w protestanckiej pobożności indywidualnej, i w trzeźwym racjonalizmie, i liberalnej kulturze

Newman i jego towarzysze nawoływali jednak do odnowy opartej na odmiennej duchowości i przeciwnych wręcz zasadach. Według traktarian lekarstwem na kryzys miała być bowiem wiara nie mniej, a bardziej „katolicka”: oparta na historii, dogmacie, posłuszeństwie, sakramentach, ascezie i rytuale. Emblematyczne są tu starania Newmana o wydanie „Remains”, osobistych zapisków i listów jego przyjaciela, również członka ruchu oksfordzkiego, młodo zmarłego Hurrella Froude’a. Była to walka o uznanie dla religijności, która nie wpasowywała się w protestancki model „religii serca” – „Remains” są raczej zapiskiem walki duchowej i ćwiczeń ascetycznych – nie była jednak również skostniałym rytualizmem, rygoryzmem, czy idolatrią.

Chodziło o to, czy religijność, w której funkcjonowały kategorie czystości doktryny, posłuszeństwa, pokuty, dogmatu, przykładu świętych może być uznana za akceptowalną, a wręcz atrakcyjną. Pamiętajmy, że w „Biglietto Speech”, wygłoszonym w 78. roku życia, gdy dowiedział się o wyniesieniu do godności kardynalskiej, Newman jako o „celu swojego całego życia” nie mówił o krzewieniu „pierwiastka indywidualności”, lecz o walce z „liberalizmem w religii”, który rozumiał jako przekonanie, że nie istnieje obiektywna prawda religijna, której należy się oddać.

„Remains” odbiły się w swoim czasie szerokim echem, ale dziś są już prawie całkowicie zapomniane. Być może przykład Hurrella Froude’a – jego szorstkiej, nieobrobionej duchowości – nie był dostatecznie imponujący. Czego nie osiągnęły jednak zapiski młodo zmarłego przyjaciela, spełnił wiele lat później przykład samego Newmana.

Paradoks

Brzozowski był znacznie uważniejszym czytelnikiem angielskiego konwertyty, gdy pisał we wstępie do „Przyświadczeń wiary”: „Nie będę ukrywał, gdyż należy to w moich oczach nie tylko do składu prawdy faktycznej, lecz i do piękna wewnętrznego tej duszy, że wierzył on w zasadę posłuszeństwa hierarchicznego i słuchał jak słów zwiastujących mu wolę Bożą, zwróconą osobiście hic et nunc do niego rozporządzeń biskupa, póki był on członkiem kościoła angielskiego, bez trudu poddał się powadze i majestatowi władzy papieskiej, gdy nawrócił się i stał członkiem Kościoła rzymsko-katolickiego. W prywatnych listach, które na skutek czyjejś niedyskrecji przedostały się do druku, wypowiedział przekonanie, że określenie nieomylności papieskiej na soborze watykańskim wydałoby mu się niewczesnem. Gdy jednak nastąpiło, poddał mu się z całą i głęboką lojalnością wewnętrzną. Ukrywać to wszystko, znaczyłoby ukrywać samą postać – takim a nie innym był Newman, i będąc takim właśnie, jest on mistrzem głębokiego osobistego życia, żywej i umiejącej żyć w świetle swobody”.

Paradoks Newmanowskiego podejścia – jak trafnie rozpoznaje Brzozowski – polega więc na tym, że posłuszeństwo hierarchicznej strukturze Kościoła nie tylko nie okazuje się źródłem zniewolenia, lecz jest wręcz zasadą „głębokiego osobistego życia” i „żywej […] swobody”. Posłuszeństwo – tak jak dogmat, sakrament, religijny rytuał – mogą otworzyć szczelinę dla większej wolności, pomagają bowiem w walce o najwyższą stawkę – samą świętość.

Kard. Newman wierzył, że możliwa jest pewność w wierze, choć nie jest ona tożsama z nieomylnością. Podobnie uznawał Liebert, gdy w „Jeźdźcu” zapisywał: „Uczyniwszy na wieki wybór/ W każdej chwili wybierać muszę”

Coś podobnego wyraził chyba Brzozowski już w „Legendzie Młodej Polski”, pisząc, że „w granicach tego posłuszeństwa Kościół posiada swoje kaplice dla samotników, krypty dla myślicieli, baszty dla rycerzy; to, co orle, i to, co podziemne w ludzkiej duszy, znajduje tu schronienie. Istnieją całe systemy głębokich filozoficznych, artystycznych koncepcji świata, które uzasadniają to posłuszeństwo Kościołowi, ale jednocześnie pozostawiają myśli indywidualnej bezgraniczny niemal przestwór dla spekulatywnych dociekań i intensywnej kultury ducha”.

Czy w takim razie był Newman po prostu piewcą kościelnego status quo – posłuszeństwa, dogmatu, rytuału – a przy tym „młotem” na protestantyzm i liberalizm? Oczywiście nie. Geniusz Newmana polega na tym, że potrafił – mimo iż jednocześnie był osobowością radykalną, nieskłonną do kompromisów – łączyć to, co dobre w różnych nurtach: i w katolicyzmie, i w protestanckiej pobożności indywidualnej, i w trzeźwym racjonalizmie, i liberalnej dżentelmeńskiej kulturze dyskursu. Jest do tego w jego zachowaniu zawsze jakaś szczególna elegancja, pokora, szczerość, łagodność – cechy, które, swoją drogą, kojarzymy również z duchem Lasek.

A jednak prawdziwe nawrócenie musi chyba zawsze iść w parze z pewnym olśnieniem Chrystusem i Jego Kościołem – i z przekonaniem, że pomimo wszelkich niedostatków to właśnie Kościół posiada narzędzia – być może czasem poukrywane w kaplicach, kryptach, basztach, ale jednak posiada i zawsze posiadał – które mogą nas wyzwolić od prawdziwego zniewolenia i doprowadzić do prawdziwej swobody.

Po pierwsze, prawda jest możliwa. Po drugie – żyje ona w Kościele. Taka jest lekcja i Newmana, i Brzozowskiego, i ludzi Lasek.

*

W lutym 1911, na parę miesięcy przed śmiercią, Brzozowski zapisze: „Niech błogosławione będzie imię nauczyciela mego i dobroczyńcy. Prawie lękam się, że go znieważam przez to powiązanie mojej biednej duszy z jego światłością. Nie śmiem pisać więcej, nie śmiem snuć w słowach tego wątku – modlitwom jego przyszłość moją, duszę moją składam, ducha opiekuńczego, o wstawiennictwo proszę, o rozumiejące miłosierdzie i ożywiającą siłę. Wierzę w jego istnienie, wierzę, że żyje on w błogosławionej dziedzinie potężnej budowy, wierzę w moc wstawiennictwa, w błogosławioną siłę modlitwy i obcowania”.

John Henry Newman zostanie dziś ogłoszony świętym.