Niektórzy hierarchowie sprawiają dziś wrażenie, jakby tworzyli episkopat nie Polski, ale partii rządzącej.

Wyraźna wygrana partii rządzącej, która cieszy się największym poparciem w Polsce wschodniej, na południu i na Podkarpaciu – gdzie także wpływy Kościoła instytucjonalnego są bodaj największe – budzi we mnie niepokój.

Obawiam się zwłaszcza jednego: jeszcze mocniejszego sojuszu tronu z ołtarzem, sojuszu szkodliwego i dla państwa, i dla Kościoła, zwłaszcza dla jakości świadectwa, jakie daje Kościół.

Swoją wygraną PiS zawdzięcza właśnie Kościołowi. Pamiętamy listy pasterskie czy komunikaty wydane z okazji wyborów – wprawdzie nie było bezpośredniego nawoływania do głosowania na PiS. Ale formułowany przez biskupów katalog zagrożeń był taki, że nietrudno było domyślić się, na której partii Kościołowi zależy. Słyszeliśmy wyliczanki w zakresie seksu, szóstego przykazania, rodziny. Dla mnie i dla moich przyjaciół były to jasne wskazówki, na kogo głosować. Tylko na jedną partię.

Niektórzy hierarchowie sprawiają dziś wrażenie, jakby tworzyli episkopat nie Polski, ale partii rządzącej. Niestety to oni najczęściej występują w mediach, oni są twarzą Kościoła i oni są przez innych hierarchów nazywani przewodnikami Kościoła w Polsce.

Wynik obecnych wyborów skłania mnie do myślenia o początkach wolnej Polski, kiedy Kościół cieszył się wielkim zaufaniem dużej części społeczeństwa i kiedy był potęgą instytucjonalną. Właśnie wtedy, w pierwszych latach po odzyskaniu wolności, niepokoił mnie brak dostatecznych działań Kościoła na rzecz socjalizacji społeczeństwa i kultury obywatelskiej – w kraju, gdzie kapitał społeczny był (i wciąż jest) niewysoki. Symbolem tych negatywnych zjawisk stał się choćby nieufny stosunek przedstawicieli kościelnych struktur do Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy czy w ogóle wobec różnych spontanicznych działań społecznych, inicjowanych przez środowiska niezwiązane z Kościołem bądź od niego dalekie.

Boję się, że obecne wyniki wyborów wzmocnią negatywne cechy polskiego Kościoła

Z jednej strony brakuje zatem działań Kościoła na rzecz socjalizacji całego społeczeństwa, uczenia szacunku dla każdego człowieka bez wyjątku, z drugiej – obserwujemy obsesyjną koncentrację niektórych hierarchów na seksie, tak jakby w Dekalogu szóste przykazanie było najważniejsze. Od lat brakuje w Kościele w Polsce pragmatyki duszpasterskiej Jana Pawła II, który nakazywał budować na dobru już istniejącym, a nie okopywać się, zamykać w niedostępnej twierdzy. Jan Paweł II wielokrotnie nawoływał do walki o coś – a nie z kimś. Boję się, że obecne wyniki wyborów wzmocnią negatywne cechy polskiego Kościoła.

Od lat niepokoi mnie stosunek Kościoła – bo o niego się w tej chwili najbardziej martwię – do „Solidarności”. W 2001 roku, podczas ostatniej audiencji w Watykanie, papież w ostry, stanowczy sposób nawoływał ją do powrotu do korzeni. Tymczasem „Solidarność” stała się narzędziem politycznym.

Niemal od początku wolności duża część Kościoła hierarchicznego nie potrafiła żyć w warunkach demokracji i pluralizmu – dialogu ze wszystkimi i budowania kultury obywatelskiej. Od dawna Kościół hierarchiczny zdawał się zbytnio koncentrować na własnym wizerunku, wizerunku rzekomo bez skazy. Tymczasem potrzebna jest pokora.

Tej pokory mu brakowało i brakuje.