Obserwowanie czyjejś drogi od debiutu po Nobla to bardzo szczególne przeżycie. Jestem wdzięczny losowi, że mi się przytrafiło.

Niby się o tym od jakiegoś czasu mówiło, sam napomykałem po „Księgach Jakubowych”, że to się powinno zdarzyć, ale kiedy w komórce przeczytałem pierwszy sms od znajomego, że Olga Tokarczuk dostała Nobla, nieufnie zajrzałem do sieci, żeby sprawdzić, czy to aby prawda. Nim mój telefon namyślił się, żeby uruchomić przeglądarkę, przyszedł drugi sms i już wiedziałem. A jednak – poza radością – nie opuszcza mnie zdumienie.

Zdumienie nie opuszcza mnie z trzech powodów. Po pierwsze, doświadczenie uczy, że marzenia zazwyczaj się nie spełniają (a tu – masz!). Po drugie, po Singerze, Miłoszu i Szymborskiej (innych literackich Nobli za mojego życia pisarzom z Polski nie przyznano) miałem irracjonalne, ale nieodparte wrażenie, że to nagroda dla ludzi sędziwych. I wreszcie po trzecie – mam wciąż na półce pierwsze wydanie „Podróży ludzi księgi”, pamiętam opowieści Autorki, jak niewiele brakowało, by ta powieść się nie ukazała. Obserwowanie czyjejś drogi od debiutu po Nobla to bardzo szczególne przeżycie i jestem wdzięczny losowi, że mi się przytrafiło.

Jaka ta droga była i ku czemu teraz poprowadzi? – staram się pomyśleć, co prawda świadom, że zamieszanie wokół pisarki prawdopodobnie opóźni prace nad jej najnowszą powieścią. W końcu nie bez powodu w kręgu Wisławy Szymborskiej ukuto określenie „tragedia sztokholmska”: literatura rodzi się w ciszy, a nie w zgiełku mediów, a tego uniknąć Tokarczuk będzie bardzo trudno.

Więc zaczęło się od fascynacji Jungiem, czego klarowne ślady można znaleźć w pierwszych utworach, od wspomnianej „Podróży…” (1993) po „Dom dzienny, dom nocny” (1998). Od podzielanej ze szwajcarskim psychologiem i filozofem fascynacji astrologią i tarotem – kolejnym rozdziałom „Podróży…” patronują kolejne Wielkie Arkana – przez fantazję na temat okoliczności powstania jego doktoratu (przeniesionych do Wrocławia – mam na myśli „E.E.”, 1995), przez konstruowanie mitologii rodziny („Prawiek i inne czasy”, 1996) i wybranej na dom okolicy („Dom dzienny, dom nocny”), pisarka kształtowała własny język, szukała formy dla swojej wrażliwości. Potem przyszedł czas na coś, co wolno chyba określić jako „dezintegrację pozytywną” – w czym nie należy dopatrywać się dezaprobaty dla jej literackich manifestacji: zbioru niepokojących opowiadań „Gra na wielu bębenkach” (2001) i mrocznego tomu „Ostatnie historie” (2004). Pewien sposób pisania, ale i, jak sądzę, pewien sposób życia został wyczerpany. Kotlina Kłodzka, miejsce oczekiwania na oświecenie (w „Domu dziennym, domu nocnym”), zamienia się w „Ostatnich historiach” w miejsce ciemności. A finałowe i tytułowe zarazem opowiadanie z „Gry na wielu bębenkach” podważa tożsamość bohaterki, sugeruje, że może ona stać się każdym, co oczywiście sytuuje ją na brzegu nicości. Trochę jak w relacjach mistyków, którzy przed objawieniem doświadczali nocy duchowej – jak dość zgodnie twierdzą oni za św. Teresą z Avila.

W pisarstwie Tokarczuk tkwi pierwiastek szlachetnie rozumianej błazenady

Potem przychodzi, zapowiadany już przez te dwie ostatnie książki, feminizm. Nie chcę przez to powiedzieć, że Tokarczuk nie była feministką wcześniej – ale to dopiero w „Ostatnich historiach”, a jeszcze bardziej w „Annie Inn w grobowcach świata” (2006) dochodzi do znalezienia feministycznego głosu. Jungizm nie zostaje przy tym porzucony, to raczej położenie kolejnej warstwy we wznoszonej konsekwentnie konstrukcji. Człowiek duchowy ma płeć, a ta otwiera na doświadczenie mężczyznom mniej dostępne lub niedostępne. Nie bez powodu jeszcze w „Domu dziennym, domu nocnym” prowadzone były rozważania, jaki jest właściwie rodzaj żeński słowa „mędrzec”, spuentowane autoironicznie ustami jednego z bohaterów-mężczyzn, że – „mądrala”.

Bo też właśnie, o czym trzeba pamiętać, jeśli się dopiero zaczyna przygodę z pisarstwem Tokarczuk (albo jej książek nie doczytało…), tkwi w nim pierwiastek szlachetnie rozumianej błazenady. Rozumiem pod tym pojęciem ślad bachtinowskiego karnawału, odwrócenia wartości i mówienia wielu rzeczy na próbę. Może nawet wszystkich rzeczy – podstawowym doświadczeniem wydaje mi się bowiem w tych książkach doświadczenie tajemnicy istnienia, w stosunku do której każde wypowiedzenie jest zaledwie szkicem, dotknięciem, cofanym za sprawą specyficznego „Noli me tangere”. Nie zapisuję w tym momencie Tokarczuk do chrześcijaństwa – byłoby to pogwałceniem jej poszukiwań, rozpiętych między agnostycyzmem a ostentacyjną wielowyznaniowością – tylko za pomocą cytatu z Ewangelii wyrażam podziwu godną ostrożność, z jaką w tej prozie podchodzi się do granicy między tym, co egzystencjalne, a tym, co metafizyczne. Ważne dla zrozumienia pisarki tradycje buddyjskie zdają się tu wchodzić w dalekie, ale wyraźne związki z tradycją teologii apofatycznej.

Wreszcie nadchodzi czas trzech książek, które uczyniły z Tokarczuk gwiazdę pierwszej wielkości we współczesnej literaturze światowej. Każda z nich wprowadza nowy motyw, którego wcześniej nie było lub prawie nie było.

Najpierw w „Biegunach” (2007) proza, dotąd skupiona na doświadczeniu indywidualnym (nawet w pozornie panoramicznym „Prawieku i innych czasach” mieliśmy coś na kształt zbioru monologów), wkracza na teren obserwacji społecznych. Ta niezwykła – i być może, jak dotąd, najdoskonalsza formalnie – powieść Tokarczuk sumuje przeżycia pojedynczych bohaterów w rozpoznanie sytuacji kultury, w której jesteśmy zanurzeni: kultury pędu, pośpiechu, kultury „pyknoleptycznej”, jak za Paulem Virilio nazwał ją kiedyś Marek Bieńczyk. Gdyż pyknolepsja to choroba, której metaforycznym ekwiwalentem jest nieustanne gubienie przez nas ciągłości, przeoczanie finałów i początków; chroniczna teraźniejszość zamiast procesów, na które można by spróbować wpłynąć.

Potem w „Prowadź swój pług przez kości umarłych” (2009) pojawia się wątek ekologiczny, choć może lepiej byłoby go nazwać wątkiem panpsychicznym i panteistycznym. Rzecz bowiem idzie nie o zaprzestanie rabunkowego korzystania z zasobów naturalnych, ale o stosunek do zwierząt, które są naszymi „braćmi mniejszymi” i, dzięki swojej niewinności, moralnymi, a może wręcz mistycznymi przewodnikami. Muszę przyznać, że ten baśniowy i mocno podszyty ironią kryminał miałem za mniej ważki oddech między dwoma potężnymi dziełami: „Biegunami” z jednej, a „Księgami Jakubowymi” z drugiej strony. Międzynarodowa kariera „Pługu” uświadomiła mi jednak, że Tokarczuk wyczuła wzbierający w ludzkości niepokój, czy zgoła przewrót aksjologiczny, coś na kształt „ery Wodnika”, domagającej się solidarności wszystkich istot jako alternatywy dla świata, w którym słabsi giną, co – jak już pisał Miłosz – „jest dokładnie programem diabła”.

Pan Bóg jest sprawiedliwy i dając komuś talent, miły charakter podarowuje komuś innemu. A jednak w tym przypadku Jego szczodrość zapiera dech w piersiach

Wreszcie nadeszły „Księgi Jakubowe” (2014). Rozpoznanie momentu historycznego, w którym się znaleźliśmy – przyniesione przez „Biegunów” – rozszerzone zostało tutaj o refleksję nad naszą tradycją. Tokarczuk weszła tą powieścią na teren polskich pisarzy, cieszących się w kraju największą estymą (co nie oznacza już dziś największej liczby czytelników): Mickiewicza i Sienkiewicza. Zdecydowała się opowiedzieć jeszcze raz, inaczej niż oni, historię I Rzeczpospolitej, Europy Środkowej i oświeceniowo-romantycznego przełomu, czyniąc medium dla tego zamiaru twórcę sekty frankistów. Czytając to niezwykłe dzieło miałem wrażenie, że pracowały na nie wszystkie wcześniejsze dokonania pisarki, łącznie z esejem „Lalka i perła” (2001), należącym do „jungowskiej” fazy jej twórczości.

Po takim zworniku można się było obawiać, co dalej. Świetne „Opowiadania bizarne” (2018), otwarcie nawiązujące do konwencji fantastyki, zwłaszcza do twórczości Philipa Dicka, nie rozpraszają wątpliwości. Są bowiem jakby poligonem, smakowitą próbą stylu, w którym Tokarczuk zamierza nam zapewne opowiedzieć coś nowego. Czy Nobel sprawi, że będziemy musieli na ten następny krok poczekać?

Na koniec niech mi wolno będzie zwierzyć się z pewnego kłopotu, który utrudnił mi napisanie tych kilkudziesięciu zdań. Olga Tokarczuk jest nie tylko jedną z najwybitniejszych polskich pisarek (mam na myśli pisarki i pisarzy). Jest także jedną z najmilszych osób, jakie miałem okazję poznać. Kiedy nagroda Nobla umieszcza ją ostatecznie w podręcznikach do historii literatury, trudno o niej pisać per Olga; wygląda to na niesympatyczne ogrzewanie się przy blasku spowijającym Laureatkę. Twardo więc pisałem „Tokarczuk”. A przecież pozostaje ona Olgą – ciepłym człowiekiem, gotowym do rozmów serio i na żarty, serdecznym w kontaktach, lojalnym wobec przyjaciół. Zdarzało mi się nieraz mówić sarkastycznie, że Pan Bóg jest sprawiedliwy i dając komuś talent, miły charakter podarowuje komuś innemu. A jednak w tym przypadku Jego szczodrość zapiera dech w piersiach. I sprawia, że dzień przyznania Oldze Tokarczuk nagrody Nobla jest jednym z najradośniejszych dni, jakie pamiętam.