Jak reagować na negatywne doświadczenia w Kościele? Nieoczywistej odpowiedzi udzielił abp Grzegorz Ryś, metropolita łódzki. Jego słowa przez dwa tygodnie pozostały niezauważone.

Abp Grzegorz Ryś był gościem Salonu Młodopolskiego w Sopocie 23 września. Rozmowa prowadzona przez Zbigniewa Nosowskiego, redaktora naczelnego kwartalnika „Więź”, dotyczyła kryzysu Kościoła. Na spotkanie przyszło aż 350 osób. Można je obejrzeć na YouTubie.

Metropolita łódzki przyznał, iż wiele razy w życiu miał poczucie, że Kościół nie nadąża za swoją teologią. – To, co odkrywamy w Duchu Świętym, jest czymś, do czego potem nie potrafimy doskoczyć – zauważył. Jak jednak tłumaczył, nie można budować Kościoła inaczej niż w przestrzeni wiary, jest on bowiem pomysłem Boga, a nie nikogo z ludzi.

– Bardziej interesuje mnie kryzys wiary niż kryzys Kościoła. Kościół nie jest sam dla siebie – zaznaczył. Jak precyzował, Kościół – na podstawie dokumentów Soboru Watykańskiego II – jest w świecie tylko z dwóch powodów: by był narzędziem wewnętrznego zjednoczenia człowieka z Bogiem oraz czytelnym znakiem jedności całego rodzaju ludzkiego. – Mamy z tym duży kłopot – przyznał.

Pytany o ocenę konkretnych reakcji wiernych na zło w Kościele (nagłaśnianie nadużyć, prowokacje i inne), abp Ryś stwierdził, że bardzo dobrym rozwiązaniem jest osobista rozmowa po mszy z kaznodzieją, z którego homilią się nie zgadzamy, a także pisanie listów do swojego biskupa, byleby – podkreślił – je podpisywać. Dopytywany o ocenę protestów pod kurią danego biskupa, odparł: „Jak trzeba, to niech będzie”.

– Jak reagować na negatywne doświadczenie Kościoła? Po pierwsze nie debatować z tym doświadczeniem. Odpowiedź może być tylko jedna: człowiekowi, który ma negatywne doświadczenie Kościoła, zranionemu przez Kościół, trzeba dać pozytywne doświadczenie Kościoła, czyli stworzyć taki Kościół, do którego będziemy mieli odwagę tego człowieka zaprosić i zrobić wszystko, by to, co negatywne, już go nie spotkało – mówił abp Ryś.

Metropolita łódzki unikał klarownej odpowiedzi na pytanie o swoją reakcję na zachowania innych członków episkopatu, choćby na słowa abp. Marka Jędraszewskiego o „tęczowej zarazie”, która zagraża Polakom. Abp Ryś wyznał, że żaden z jego współbraci biskupów nie jest większym grzesznikiem niż on sam. Tłumaczył się, mówiąc, że jako metropolita odpowiada przede wszystkim za własną diecezję.

Jednocześnie poinformował, że korzysta ze swoich uprawnień, w tym prawa do decydowania o tym, co będzie czytane w kościołach na terenie archidiecezji łódzkiej. – List, który dostaję z sekretariatu nie będzie czytany, dopóki się pod nim nie podpiszę. Mam prawo powiedzieć, że list Konferencji Episkopatu Polski nie będzie czytany. Dwa razy tak się zdarzyło – powiedział.

– Ale czy zaznaczenie autonomii danego biskupa, który ma odpowiadać przede wszystkim za rządy we własnej diecezji, nie jest jednocześnie wymówką dla pozostałych, by nie wyrażali swojego sprzeciwu w drażliwych sprawach, jak choćby wypowiedzi abp. Jędraszewskiego? – dopytywał Nosowski. W odpowiedzi jego rozmówca przyznał, że każdy indywidualnie stawia sobie granicę, za którą musi ustawić się w kontrze do wspólnoty, do której przynależy, zaś on – choćby w odniesieniu do episkopatu – takiej granicy wciąż nie przekroczył. Jak dodał, wziął za dobrą monetę wyjaśnienia metropolity krakowskiego.

Abp Ryś apelował do słuchaczy: – Nie traćcie wiary, że w Kościele można żyć radykalnie Ewangelią. To jest najważniejsze. Jak dodał, warto też widzieć w Kościele w Polsce rzeczy piękne, bo „na negacji jeszcze niczego nie zbudowano”.

Metropolita łódzki podkreślił – cytując Henriego de Lubaca – że gdy tylko religia jest odpersonalizowana, degraduje się w ideologię i wówczas używa się jej jako sztandaru na wojnie. – By w Kościele nie było mowy nienawiści, trzeba robić wszystko, żeby – zamiast walki o „wartości chrześcijańskie” – dokonywało się w nim spotkanie osoby z osobą, czyli ewangelizacja – powiedział.

DJ