75 lat temu w Auschwitz wybuchł bunt więźniów z Sonderkommando. Dlaczego nie zakończył się sukcesem?

Jak mówić o więźniach z Sonderkommando, gdy czuję, że brakuje mi słów? Oddać głos tym, którzy tam byli. Henryk Madelbaum opisywał pracę w krematorium w Auschwitz-Birkenau następującymi słowach: „Strzyc jest łatwiej niż wyrywać zęby. Wyrywać zęby jest łatwiej niż ciągnąć zwłoki. Ciągnąć zwłoki jest lżej niż rzucać na stos”.

W tej wyliczance – chłodnej i lakonicznej – zawarte zostało niemal całe spektrum doświadczeń więźniów obozu koncentracyjnego, zmuszonych do nieludzkiej pracy w krematorium. Właśnie mija 75 lat od dnia, w którym ci, którzy za życia zostali wepchnięci do samego serca piekła, podjęli próbę ucieczki.

Czekanie na sygnał

Porwanie za broń przez Sonderkommando w Auschwitz-Birkenau wpisuje się w zaskakującą historię buntów w obozach koncentracyjnych. Wszystkie są wyjątkowe, bowiem udowadniają, że ludzie nawet w przerażających warunkach podejmują nieludzki wysiłek, aby zachować człowieczeństwo. Bunt w Treblince miał za znaczenie przede wszystkim spalić piece krematoryjne, a w dalszym planie ucieczkę. W Sobiborze cel był zdefiniowany jako ucieczka całego obozu: albo wszyscy albo nikt. W obydwu przypadkach zamierzenia udało się zrealizować. Swoistym zwycięstwem buntów w Treblince i Sobiborze było to, że wkrótce po tych wydarzeniach, obozy koncentracyjne zostały zlikwidowane przez Niemców. Dlaczego zatem opór więźniów w Auschwitz-Birkenau nie zakończył się sukcesem?

Więźniowe wchodzący w skład Sonderkommando planowali bunt kilka razy wcześniej przed 7 października 1944 roku. Na pewno przygotowywano zbrojny opór już latem 1944 roku. Nadchodzące wieści z frontu podsycały chęć walki. Armia Czerwona zbliżała się nieuchronnie, a w szeregach Niemców rosło zdenerwowanie. Nie bez znaczenia był pierwszy przelot samolotu alianckiego nad obozem w maju 1944 roku. Ten fakt dodawał więźniom trudnej do wyobrażenia nadziei, ale i motywacji: nie jesteśmy sami, ktoś – świat – już o nas wie, to się musi niebawem skończyć.

Pierwotny plan z lata 1944 roku zakładał, że więźniowie Sonderkommando zaatakują strażników z wież strażniczych podczas wieczornej zmiany warty. Planowano zlikwidować SS-manów, przejąć ich broń, przedostać się do kolejnych części obozu, gdzie czekały inne grupy oporu i wywołać powstanie w całym obozie. Dziś, patrząc na te plany z dystansu, należy stwierdzić, że były nierealne. Zbyt duża powierzchnia obozu, zbyt mało broni, nazbyt rozproszona siatka konspiracyjna w Auschwitz. Zapewne dlatego plan ten odłożono i nigdy nie zrealizowano. Z drugiej strony: zryw był nieuchronny i jedynie czekano na wydarzenie, które będzie iskrą do działań.

My tu nie mamy wyjścia

Utarł się pogląd, że członkowie Sonderkommando w KL Auschwitz żyli tylko przez trzy miesiące, a później byli zabijani, aby na ich miejsce wybrać nową grupę. Nie znajduje to potwierdzenia w dokumentach, co wielokrotnie podkreślał Igor Bartosik, historyk z Muzeum Auschwitz-Birkenau. Czas trwania niewolniczej pracy w Sonderkommando był uzależniony od potrzeb obozu. Zdaje się nawet, że dla przemysłowego zabijania ludzi należało wprowadzać mniejszą rotację zespołu przeznaczonego do obsługi komór gazowych i spalania zwłok.

Niemcy, mając świadomość, że Sonderkommando są świadkami niewyobrażalnych zbrodni, co pewien czas likwidowali zespoły więźniów z krematorium. W połowie września 1944 roku zamordowali ponad 200 osób tworzących grupę zmuszoną do obsługi prowizorycznej komory gazowej w Białym Domku (tzw. bunkier II). Esesmani przewieźli ciała zabitych do krematorium III i… sami dokonali spalenia zwłok. Zaskoczonym więźniom z Sonderkommando z krematorium III oznajmili, że są to Niemcy, ofiary bombardowań i chcą pochować ich sami. Gdy SS-mani odeszli, więźniowie przeszukali w popielnikach resztki rzeczy osobistych i zorientowali się, że są to pozostałości po współwięźniach. To tylko jeden z przykładów likwidacji grupy z Sonderkommando. Nikt z nich nie miał złudzeń: zostali dopuszczeni do przerażających zbrodni, byli naocznymi świadkami, więc nikt z nich nie mógł ujść z życiem.

Po buncie wszyscy członkowie Sonderkommando żyli ze świadomością śmierci

Więźniowie z Sonderkommando przygotowywali się do oporu, gromadząc broń. Przede wszystkim były to noże, toporki, nożyce do cięcia metalu. Ci, którzy mieli doświadczenie wojskowe, robili nawet prowizoryczne granaty. Do ich budowy wykorzystywali puszki, a do wnętrza wsadzali ostre przedmioty. Proch pozyskali dzięki młodym Żydówkom – Elli Gärtner, Estery Wajcblum, Reginy Safirstein oraz Róży Robota – które pracowały w fabryce broni „Union” w pobliżu Auschwitz. Wszystkie zostały później stracone.

Inną formą oporu, nie mniej ważną, było dokumentowanie niemieckich zbrodni. Na terenie krematoriów poukrywano pisemne relacje, notatki, świadectwa. Część z nich odnaleziono zaraz po wojnie, inne nawet kilka lat po 1945 roku. Do tej pory odnaleziono zapiski Załmena Gradowskiego, Chaima Hermana, Lejba Langfusa, Załmena Lewentala, Marcela Nadjary oraz Nieznanego Autora.

Jeszcze inną formą były zdjęcia. Fotografie przedstawiające spalanie zwłok ludzi zamordowanych w komorach gazowych udało się przemycić poza teren obozu. Armia Krajowa, a następnie alianci, zyskali kolejny, niepodważalny dowód nieludzkich zbrodni.

Bunt

W maju 1944 roku wraz ze zwiększoną ilością transportów Żydów do Auschwitz, powiększono Sonderkommando do blisko 870 więźniów. Według obozowych dokumentów ocenia się, że wszystkie cztery krematoria mogły spalić dziennie 4416 zwłok – po 1440 w krematoriach II i III oraz po 768 w krematoriach IV i V.

Jesienią 1944 roku natężenie transportów zmalało i więźniowie Sonderkommando z napięciem obserwowali rozwój wypadków. „Coś wisiało w powietrzu” – wspomina po latach Shlomo Venezia w książce „Sonderkommando. W piekle komór gazowych”. Dodaje, jak Lemke, jeden z przywódców zrywu, powiedział: „(…) żebyśmy się przygotowali, ale nie użył słowa «bunt». Mówił po prostu: Przygotuj się, spróbujemy wydostać się z tego miejsca”.

7 października 1944 roku iskrą do buntu był moment w trakcie zbiórki Sonderkommando z krematorium IV i V, gdy Niemcy zaczęli wyczytywać numery przewidziane do transportu. Co to oznaczało, wiedział każdy. Jeden z więźniów nie wytrzymał napięcia i rzucił się na strażników z młotkiem. W powstałym zamieszaniu członkowie Sonderkommanda rozpierzchli się w różne strony. Część rzuciła się bezpośrednio na strażników, ale zostali szybko zastrzeleni. Inni rzucili się do bram, starając się opuścić teren krematoriów, dostali się jednak pod ostrzał z wież wartowniczych. Jeszcze inni schowali się w budynku krematorium IV i podpalili go. Prawdopodobnie widok płonącego krematorium miał być sygnałem do powszechnego powstania w obozie.

Więźniowie z Sonderkommando nie mieli złudzeń: zostali dopuszczeni do przerażających zbrodni, byli naocznymi świadkami, więc nikt z nich nie mógł ujść z życiem

Niemcom udało się jednak ugasić pożar. Członkowie Sonderkommando, którzy do tej pory pozostali przy życiu, zostali rozstrzelani. Udało się przeżyć nielicznym, którzy dobiegli do pozostałych krematoriów lub schowali się (Henryk Tauber ukrył się w ciągu kominowym nieczynnego akurat pieca krematoryjnego).

To, co wydarzyło się w krematorium IV i V nie było jasne dla więźniów z krematorium II i III. Dzieliło ich kilkaset metrów oraz utrudniające widoczność drzewa. Z rosnącymi emocjami obserwowali okolicę. Gdy zauważyli zbliżający się w ich stronę oddział SS, załoga z krematorium II podjęła decyzję o buncie. Część więźniów, około 80 osób, zdołało przeciąć druty i uciec. Trzech pozostało do końca w krematorium, próbując wysadzić w powietrze piece. Ich heroiczny czyn nie udał się z powodu braku czasu. 80-osobowa grupa w trakcie ucieczki natrafiła na trzyosobowym patrol niemiecki, który zlikwidowała.

Uciekinierzy nie mieli jednak dalej szans. Pościg wyposażony w samochody i broń maszynową dogonił ich. W trakcie walk zostali zabici wszyscy członkowie Sonderkommando. W tym samym czasie zdezorientowana załoga z krematorium III stała z bronią w ręku i oczekiwała walki. W ostatniej chwili, prawdopodobnie realnie oceniając sytuację, Lemke Pliszko, więzień funkcyjny, wydał kategoryczny rozkaz pozostania na miejscu i nie włączania się do walki. Sonderkommando z krematorium III usłuchało nakazu.

Przeżyć

Po buncie wszyscy członkowie Sonderkommando żyli ze świadomością śmierci. Henryk Madelbaum wspomina w książce „Ja z krematorium Auschwitz”: „Mieliśmy świadomość, że już nie istniejemy, że jesteśmy nieboszczykami. Ale trzymali nas przy życiu, bo trzeba było jeszcze rozebrać krematoria”. Rzeczywiście, kilkudziesięciu pozostałych przy życiu z Sonderkomando skierowano do rozbiórki krematoriów. Wybrano ich, aby wiedzę o przemysłowym zabijaniu ludzi ograniczyć do minimum. Po rozbiórce mieli być zlikwidowani.

O uczuciach targających więźniami opowiadał Shlomo Venezia: „Niemiec kazał zrobić dla psa piękną budę na dziedzińcu krematorium II. Wyglądała jak mały domek z cegły, przed wejściem leżał dywanik. Ta buda także musiała zniknąć, gdy burzyliśmy krematorium. Z niekłamaną satysfakcją poszedłem ją zniszczyć. Wyładowywałem na niej swój gniew, rozbijając ją kilofem. Miałem ochotę zabić wszystkich i wszystko zniszczyć, a każde zniszczenie sprawiało mi radość, bo pragnąłem skończyć z tym wszystkim tutaj. Zniszczyć jak najwięcej…”.

Bunt pokazał, że SS-mani nie mogli być bezpieczni w kierowanym przez siebie obozie zagłady

W styczniu 1945 roku, podczas ewakuacji więźniów i następujących po niej „marszach śmierci”, członkom Sonderkommando udało się wykorzystać chaos w obozie i wmieszać się w szeregi innych więźniów. Udało się im zatem to, czego najbardziej obawiali się Niemcy: przeżyli i byli naocznymi świadkami.

Znaczenie buntu Sonderkommando jest dosyć istotne, choć jeśli mierzyć je w liczbie „wymiernych sukcesów” wydaje się niewielkim incydentem. Bunt pokazał jednak, że SS-mani nie mogli być bezpieczni w kierowanym przez siebie obozie zagłady. Istniała nie tylko siatka konspiracyjna, planowano powszechne powstanie, ale też – co zdumiewało najbardziej – więźniowie produkowali granaty. Posiadali broń, podjęli walkę. Być może, ale to już tylko rozważania, gdyby nie bunt z października 1944 roku, los Sonderkommando potoczyłby się zupełnie inaczej i do dziś nie pozostałby żaden świadek zbrodni.

„Znajduję się w sercu piekła” – pisał Załmen Gradowski. Czytając jego zapiski oraz tych więźniów z Sonderkommando, którzy przeżyli Auschwitz, jak Henryk Mandelbaum, Shlomo Venezia, czy Daniel Orere, chciałoby się powiedzieć: ci ludzie powinni żyć wiecznie. A przynajmniej być obdarzeni długowiecznością. Ich świadectwo ma znaczenie uniwersalne, jest wielką przestrogą dla całej ludzkości. Zdają się mówić: tak, żyliśmy w nieludzkich czasach, przestąpiliśmy próg piekła, i wróciliśmy stamtąd, aby świadczyć, że to się wydarzyło naprawdę. I że nigdy więcej nie może się powtórzyć.