Zarówno w zwycięskim „Nie ma” Mariusza Szczygła, jak i u większości nominowanych, czytamy o powtarzalnych czynnościach, które rozpychają szczeliny rutynowej prozy życia. Nadają jej rytm. Przywracają sens.

Cztery powieści, dwie książki reporterskie i biografia – te formy znalazły się w finałowej siódemce tegorocznej Nagrody Literackiej „Nike”. Zazwyczaj mam jednego faworyta lub faworytkę nagrody. W tym roku nie mogłam się zdecydować. Dzień przed ogłoszeniem wyników siedziałam otoczona nominowanymi książkami, z kubkiem herbaty w ręku, kotem na kolanach i chaosem w głowie. Małgorzata Rejmer ze świetnym reportażem „Błoto słodsze niż miód. Głosy komunistycznej Albanii”, Aleksander Kaczorowski z biografią „Ota Pavel. Pod powierzchnią”, Mariusz Szczygieł i „Nie ma”? Kto z gali wręczania nagród wyjdzie ze statuetką?

Wygrał Szczygieł i jego 29 krótkich, różnorodnych form zamkniętych w książce „Nie ma”. O czym? O rzeczach, które się po prostu dzieją.

Przypominając sobie ubiegłoroczną galę, myślę o poezji codzienności, która rok temu zdawała się łączyć wszystkie nominacje. „Boże, uczyń mnie czymś mniejszym” – prosił Bonowicz. „Patrzeć na świat jak sześcioletnia dziewczynka na ojca, wspinając się bezwiednie na palce, aż słychać chrobot kostek stóp. Tak patrzeć” – zauważał Sołtys. A co stanowiło ogniwo spajające książki, które znalazły się w tegorocznym finale? Narracja kilku moich ulubionych tytułów przetkana jest srebrnymi nitkami – drobnymi uniesieniami, pięknem codzienności. Nitki te błyszczą jeszcze bardziej w obliczu starości, śmierci, choroby psychicznej, tragedii. Powtarzalne czynności rozpychają szczeliny rutynowej prozy życia, nadają jej rytm, przywracają sens. W końcu – jak pisała Jolanta Brach-Czaina w „Szczelinach istnienia” – „spotykanie z drobinami bytu, choć polega na udzieleniu im uwagi, dotyczy naszego istnienia”.

Rok temu zwyciężyła książka „Rzeczy, których nie wyrzuciłem” Marcina Wichy, opowieść o pustce po utracie ukochanej osoby, o rzeczach, które – wywołując mnóstwo wspomnień – sprawiają, że postać nie odchodzi z tego świata całkowicie, o NIE MA, które nagle jest. Jako nieuchronna nieobecność, od której nie ma ucieczki.

U Szczygła NIE MA to nieobecność emocji, rzeczy, sytuacji, pamięci. To skazanie na nieistnienie. Niezauważalność, uderzającą jako główna cecha przejawiania się codzienności, uczynił Szczygieł pierwszym obiektem prowadzonych obserwacji. Uwznioślił jedzenie chleba, zmywanie naczyń, jako jednoczące nas we wspólnocie uczestniczenia w pełni wielkiego chaosu. Podkreślił, że składamy się nie tylko z wielkich, przełomowych momentów. Dostrzegł w codzienności kosmiczną energię. Czym nakarmić pustkę, która wypełnia mikrokosmos każdego z nas? Czy będzie to wiersz Violi Fischerovej w wagonie metra, czy praktykowanie uważności podczas zmywania naczyń – nie ma to większego znaczenia. Przywoływana już Jolanta Brach-Czaina podkreślała: „niech nikt nie mówi, że sensu egzystencjalnego nie mogą przed nami otworzyć pierogi skonfrontowane z głodem”.

Szukając elementu łączącego nominowane w tym roku książki, zwróciłam też uwagę na osadzenie drobnych, osobistych rytuałów na płaszczyźnie bólu. Tak jakby w trudnych warunkach drobne ziarno nic nieznaczącego zwyczaju lub małej przyjemności kiełkowało szybciej i w bardziej intensywnych barwach. Tak jakby dramat w tle uwznioślał niezwykłość i smak wspomnianych pierogów. Nadawał im treść, tak by ludzie uczestniczący w teatrum mundi mogli na nowo poczuć swoje człowieczeństwo. Chociaż na chwilę, chociaż na ten jeden moment.

Rzeczy po prostu się dzieją, jedne po drugich, zlewając się w masę tworzącą nasze istnienie

W obliczu choroby psychicznej Ota Pavel pisanie opowiadań potraktował jako terapię. Opisując własne dzieciństwo, na mglistym, załzawionym tle prześladowań Żydów przez gestapo, pewną siebie, stabilną kreską zarysował srebrzyste wyprawy na ryby, księżyc odbijający się w stawach, smak własnoręcznie złowionych karpi, zieleń wszechobecnego lasu. „Moim najskrytszym pragnieniem – jeśli mi zdrowie pozwoli – jest pisać o zwyczajnym życiu” – wyznaje cytowany przez Aleksandra Kaczorowskiego pisarz. Jego zbiory opowiadań – „Śmierć pięknych saren” i „Jak spotkałem się z rybami” – Mariusz Szczygieł uznał kiedyś za najlepszy antydepresant na świecie. Obdarowuje tomikami przyjaciół, bo rozbudzają w czytelnikach światło i wdzięczność.

W wywiadzie dla Dwutygodnika Małgorzata Rejmer mówiła z kolei, co zrozumiała, pracując nad książką „Błoto słodsze niż miód”: „tak naprawdę powinnam pytać o najprostsze rzeczy, czym jest szczęście, przyjaźń, wolność. Pytałam o to, jakie słodycze ludzie jedli albo w co [moi bohaterowie] się bawili jako dzieci”. Codzienność łączy rozmówców, stwarza wspólną przestrzeń, nić porozumienia pomaga przenieść się w rozmowie na inny poziom, odkryć bolesne karty własnej historii. Aby do tego doszło, rozmówca musi dostroić swój krok, zauważyć, że to, co jest nam wspólne, to drobne szkiełka, elementy zwykłego życia. To – jak zauważył Kapuściński – trochę jak ze zrozumieniem wiersza, gdy trzeba zgrać swój rytm z jego rytmem.

Zyta Rudzka w nominowanej książce „Krótka wymiana ognia” również przeplata rzeczy na pozór błahe, zwyczajne, z tymi ciężkimi. Holokaust, powojnie, peerel, współczesność, młodość, starość splatają się w jedną opowieść, która tylko dzięki tym splotom zyskuje swój sens.

„Rzeczy po prostu się dzieją” – czytamy w zbiorze „Nie ma”. Rzeczy po prostu się dzieją, jedne po drugich, zlewając się w masę tworzącą nasze istnienie. Rozmówcami Szczygła są bardzo różni od siebie ludzie – ukraiński żołnierz, czeska poetka, izraelska pisarka, a także Hanna Krall. Złączeni przez codzienność, tkającą ich życia, zdają się rozumieć wrażliwość, jaką trzeba w sobie mieć, by dostrzegać w niej rzeczy wielkiej wagi.

„Należy chronić (…) to, co śmiertelne, nietrwałe, łamliwe, co pociąga nosem i pali zapałki w mroku…” – pisał Georgi Gospodinow w „Fizyce smutku”. Chronić srebrne nitki, które podtrzymują przy życiu, dbać o rytuały codzienności tworzące płaszczyznę porozumień, dostrzegać kosmiczny sens drobnych momentów dnia. Brzmi banalnie? Być może. A jednak w świecie pełnym katastroficznych wizji, literatura codzienności jawi się jako sejsmograf – odpowiada na potrzeby, których wielkiej wagi jeszcze nie doceniamy.