„Powrót do Reims” to coś więcej niż tylko ciekawa historia społecznego awansu.

O tej książce wiele już napisano i powiedziano od momentu publikacji. Okazała się ważna. Głównie za sprawą bardzo przekonująco opisanego awansu dziecka z rodziny robotniczej do klasy średniej. „Powrót do Reims” Didiera Eribona to historia człowieka, który – odkrywając swoją odmienną orientację seksualną – szuka dla siebie ocalenia w karierze intelektualisty. Przebija się mozolnie przez złogi kapitalistycznej klasowości, uprzedzeń i własnych lęków, mija kolejne piętra awansu i w końcu wydostaje się na powierzchnię, z której może widzieć. Bardzo wymownie oddaje tę historię okładka wydanej przez Wydawnictwo Karakter książki (gratulacje dla Przemka Dębowskiego, autora projektu graficznego).

Czy jest to pierwsza, dobrze napisana historia awansu społecznego i emancypacji seksualnej? Nie – nie jest nawet szczególnie obszerna. Co więcej, rynek książki, w jego wysokich ambitnych rejestrach, zalany jest obecnie literaturą autobiograficzną i autoterapeutyczną. To już chyba element normalnej gry w polu intelektualistów, by na pewnym etapie kariery przedstawić swoją Bildungsgeschichte jako element wieńczący dorobek. Bardzo proszę, jak ktoś lubi – świetnie, ja usypiam od tych historii. Nie usypiam natomiast przy Eribonie, bo znajduję w nim coś więcej niż tylko ciekawą historię awansu.

Pisanie o sobie samym

Prosty i powszechnie stosowany zabieg autonarracyjny mógłby w jego przypadku wyglądać tak: urodziłem się w robotniczej dzielnicy Reims, moi rodzice byli biedni i niewykształceni. Środowisko, w którym wzrastałem nie oferowało mi żadnych perspektyw i nie akceptowało mojej orientacji seksualnej. Wykonałem na sobie tytaniczną pracę, zdobyłem wykształcenie, zostałem członkiem klasy średniej tylko dzięki mojemu wysiłkowi, nie dziedzicząc po rodzicach ani kapitału kulturowego, ani społecznego, ani tym bardziej – ekonomicznego. Jestem selfmademanem, człowiekiem sukcesu. Wiem, jak to się robi, jak można się „wybić”. Mogłaby to być biografia kogoś, komu udało się wydostać z mizerii klasy robotniczej. Ale to nie jest ta historia.

Eribon zaczyna opowieść od swoich rodziców. Rodziców, dodajmy, kochających, lecz w specyficzny sposób, bo w zasadzie nie akceptujących swojego dziecka. Owszem, pracując fizycznie umożliwili synowi zdobycie wykształcenia, otworzyli mu drogę. Nigdy jednak nie znalazł w nich oparcia intelektualnego, nie znalazł w nich rozmówców. Przeciwnie, wraz z własnym rozwojem odczuwał coraz większy dystans, który dzielił go od najbliższych.

Opowieść o rodzinie Eribona nie jest ckliwą narracją sentymentalną, a dogłębną analizą stosunków, głównie ekonomicznych, kształtujących klasę społeczną, w której dorastał bohater

Do naszej wyobraźni przemawiają liczne obrazy tego rosnącego rozziewu. Na jednym z nich widzimy chłopca, który przynosi ze szkoły wyuczony na pamięć wierszyk po angielsku. Matka obraża się i irytuje. „Wiesz, że nie znam angielskiego, natychmiast mi to przetłumacz!” – słyszy. Na innym rosnące wyobcowanie przykrywa spór o to, co czyta młody Didier. „Poprzez zagłębianie się w Marksa czy Sartre’a znalazłem sposób na wyjście z tego świata, świata moich rodziców (…). Ojciec dobrze to czuł: zobaczył kiedyś, że czytam «Le Monde». (…) nie wiedząc, jak wyrazić swoją wrogość do tej gazety, powiedział wściekłym głosem: «czytasz gazetę klechów?», po czym wstał i wyszedł z pokoju” – wspomina. Rodzice nie akceptują jego rozwoju, tego, kim jest, także jego homoseksualizmu. „Matka dopiero po latach odkryła, że należałem do kategorii, której nie umiała określić inaczej niż wyrażeniem «ludzie tacy jak ty»; pragnęła odsunąć od siebie deprecjonujący język (…). Kiedy całkiem niedawno spytałem ją, patrząc na zdjęcie w jej domu, kim są widniejący na nim trzej młodzi ludzie, odpowiedziała: «To dzieci B.», czyli partnerki mojego starszego brata. «Ten w środku to D.; on jest taki jak ty»”.

Kochający, a zarazem nieakceptujący rodzice to relacja potencjalnie traumatyczna; każdy z nas posiada dwie podstawowe potrzeby psychiczne, których niezaspokojenie naraża nas na ryzyko utraty emocjonalnej równowagi. To potrzeby przynależności i autentyczności. Pierwsza jest ważniejsza. Młody Didier ma co prawda rodzinę, nie jest jednak przez nią akceptowany. To wypycha go z kręgu rodzinnego i naraża na poważne niebezpieczeństwa. Miałby w tej sytuacji bardzo dobre powody, by wyjść z domu i nigdy nie odwracać się za siebie. On jednak wraca, ba – wbrew temu, co sam pisze i jak czyta się tę książkę, powiedziałbym wręcz, że nigdy z domu nie wyjeżdża, choć przecież jego rozwój ustawiony jest w kontrze do rodzinnego domu. „Żeby wymyślić siebie na nowo, musiałem się przede wszystkim odciąć” – pisze.

Czuły obserwator

Nie ulega wątpliwości, że tym, co pozwala mu ocalić równowagę emocjonalną, wyjść i jednocześnie pozostać, wymyślić siebie na nowo i rozwijać się mimo braku bezpiecznego zaplecza rodzinnego, są książki, studia, filozofia, literatura i socjologia – kiedyś powiedzielibyśmy: oświecenie. To właśnie w tym momencie jego opowieść zaczyna być tak interesująca i poznawczo pożywna. Czerpie od najlepszych. Najbardziej, jak się wydaje, z socjologii Pierre’a Bourdieu, którego pozna w swoim dorosłym życiu. Nauka dostarcza mu eksplanacyjnych narzędzi, które są w stanie na tyle poszerzyć jego pole poznawcze, by przestał być niewolnikiem nieprzychylnej rzeczywistości, i stał się jej wnikliwym obserwatorem. Szczególną uwagę zwraca swoboda i niewymuszona samodyscyplina w stosowaniu tych narzędzi, które zastosowane na własnej skórze okazują swoją szczególną wartość.

Ważny elementem tego spojrzenia jest holizm perspektywy Eribona: „Jedynie zerwanie ze sposobem, w jaki ludzie spontanicznie myślą o sobie samych, pozwala opisać, rekonstruując całość systemu, mechanizmy zapewniające odtworzenie porządku społecznego, a w szczególności sposób, w jaki zdominowani utrwalają dominację, wybierając szkolne wykluczenie, na które są skazani. Siła i wartość teorii polega właśnie na tym, że nie zadowala się ona właśnie opisem tego, co «aktorzy» mówią o własnym postępowaniu, lecz, przeciwnie, stawia sobie za cel umożliwienie jednostkom i grupom innego widzenia i myślenia o sobie i o tym, co robią, i może tym sposobem zmienienia tego, co robią i kim są. Chodzi o to, by zerwać z kategoriami wcielonymi w percepcję i ustawione ramy znaczenia, czyli zerwać z inercją społeczną, której wektorami są te kategorie i te ramy – żeby dać nowe spojrzenie na świat, a więc otworzyć nowe perspektywy polityczne”.

Powrót do Reims

Didier Eribon, „Powrót do Reims”, przeł. Maryna Ochab, Wydawnictwo Karakter, Kraków 2019

W perspektywie konstruktywistycznej takie spojrzenie nazywa się obserwacją drugiego stopnia – na drodze obserwacji tego, co i jak postrzegają aktorzy społeczni osadzeni w społecznych sieciach (polach, strukturach itd.), powstaje mapa społecznych, ekonomicznych, politycznych czy językowych uwarunkowań, które znacząco zawężają krąg indywidualnych wyborów, włącznie z tym, kim owi aktorzy są w ich własnych oczach i jak widzą świat. Dlatego opowieść o rodzinie Eribona nie jest ckliwą narracją sentymentalną, a w istocie dogłębną analizą stosunków, głównie ekonomicznych, kształtujących klasę społeczną, w której dorastał. Klasę, dodajmy, poddaną ogromnej presji wyzysku i wykluczenia ekonomicznego, a przez to i kulturowego.

„Powrót do Reims” pokazuje także, że narodziny tego czujnego, wrażliwego a zarazem krytycznego obserwatora, wcale nie są proste ani łatwe. Wczesna lektura Marksa nie daje odpowiedzi na wszystkie pytania. Robotnicza rodzina, w opozycji do której wzrasta Didier, nie pasuje do książkowego wzoru. Ewoluujący w Eribonie obserwator zmaga się więc nie tylko z rzeczywistością, od której chce uciec, lecz także z samym sobą, ze swoimi emocjami, ba – z własnym ciałem. „Dziecko robotnika czuje przynależność klasową we własnym ciele” – zapisuje.

Efekt jego wytężonej pracy, oferuje bardzo wnikliwy wgląd w mechanizmy politycznego Lewiatana, który kształtuje ludzkie losy, gusta, emocje, relacje rodzinne, a także uczucia, aspiracje i możliwość ich realizacji. Jest to wgląd zarazem bardzo osobisty i naukowy, ale też, jak się zdaje, bardzo troskliwy i czuły. Niemal każdy fragment z jego biografii, włącznie z fantastyczną karierą akademicką, otulony jest spojrzeniem z góry, oglądem pola, w którym był możliwy.

Dlatego uważam, że ta książka jest tak cenna. Pozwala zobaczyć, jak w praktyce mogą „pracować” teorie naukowe i jak cenna potrafi być wrażliwość, wzbogacona o zdobycze akademickiego świata – nie ma tu chłodu „szkiełka i oka”; bliskość i dystans splatają się tu w owocnym połączeniu. To książka napisana z miłością.

Przestroga

Szczególna, socjologiczna wyobraźnia obserwatora, którym stał się Eribon w toku swojej niełatwej drogi, służy mu jednak nie tylko do opisu samego siebie. Znaczną część książki zajmuje jego refleksja na temat przesunięcia na politycznej arenie Francji w pewnym szczególnym wymiarze. Poszukuje on odpowiedzi na pytanie, jak to możliwe, że robotnicza i ludowa część wyborców (nie cała, rzecz jasna), która po 1968 roku popierała hasła i wizję egalitarnego państwa oferowaną przez lewicę, z czasem zasiliła poparciem Front Narodowy, a więc skrajną prawicę. Dlaczego strajkujący Francuzi, którzy na fali protestów klasowych odczuwali sojusz z imigrantami z Afryki, okazali się podatni na nacjonalistyczny i ksenofobiczny język prawicowego populizmu? Odpowiedź, która się z jego analiz wyłania, jest wieloskładnikowa; są w niej zarówno diagnozy odnośnie utraty przez lewicę szczególnego, społecznego słuchu, ale także ocena wrażliwości klasy robotniczej. Na swojej własnej skórze Eribon doświadczył przecież ograniczonej tolerancji świata pracowników fizycznych dla odmienności, m.in. z tego powodu od wczesnej młodości musiał opuścić tę rzeczywistość.

Nie ma oczywiście w jego diagnozie tonu oskarżycielskiego. Nie pozwala na to właśnie powrót do Reims, powrót do historii jego rodziny i dojrzała próba zrozumienia społecznego i kulturowego osadzenia robotników, ich znikomych możliwości rozwoju osobistego oraz m.in. znana od dawna z Bourdieu’owską krytyka systemu szkolnictwa, które zamiast likwidować pogłębia różnice społeczne.

„Powrót do Reims” pozwala zobaczyć, jak w praktyce mogą „pracować” teorie naukowe i jak cenna potrafi być wrażliwość, wzbogacona o zdobycze akademickiego świata

Znajdziemy tu wreszcie diagnozę, która dokłada do całości ważny element – nota bene znów obserwację, tym razem jednak rozumianą jako samoobserwację polityczną. Poddaje ona krytyce esencjonalistyczne rozumienie klas i grup społecznych, które utrudnia zrozumienie procesu społecznego: „Nie ma czegoś takiego jak «wrodzona wiedza», nie ma stałej treści związanej z taką czy inną formą polityczną. Pozycja jednostek w świecie społecznym i w organizacji pracy nie wystarczy do określenia «interesu klasowego» czy postrzegania tego interesu, jeśli nie ma oparcia w teoriach będących wyrazem wizji świata prezentowanych przez ruchy i partie polityczne. Te teorie nadają formę i sens doświadczeniom przeżywanym w takim czy innym momencie i te same doświadczenia mogą mieć przeciwstawne znaczenia zależne od teorii czy dyskursów, ku którym się zwrócą bądź na którym się oprą”.

Można te słowa czytać jako przestrogę przed pochopnym przeświadczeniem o pełnym zrozumieniu mechanizmów społecznych, które rządzą społeczeństwem. Jeśli bowiem do sieci uwarunkowań ekonomicznych, edukacyjnych, kulturowych (etc.) dołożyć także perspektywę własnej bądź narzuconej obserwacji, obraz sił i napięć, które stoją za widzialnymi przejawami życia politycznego, staje się jeszcze bardziej złożony. Czyż nie stąd, z owej poznawczej pychy, bierze się dysonans, który stał się udziałem analityków świata politycznego, ale także nas wszystkich, gdy z dnia na dzień tracimy pewność, czy jeszcze żyjemy w państwie demokratycznym?