Jeśli zachowujesz się w jakiś sposób, wyobraź sobie, że wszyscy inni zachowują się tak samo, a zobaczysz, czy powstały w ten sposób świat podoba ci się, czy też nie.

Opowiem Państwu pewną historyjkę – nie dlatego, że jest oryginalna, przeciwnie. Wśród dziennikarzy mediów elektronicznych (radia, telewizji, internetu) nie ma zapewne ani jednego, który by nie przeżywał podobnej sytuacji kilka razy do roku. Dlatego zresztą zacieram szczegóły: one nie są ważne.

A zatem przyjmijmy, że znany mi autor audycji chciał w jej kolejnym wydaniu porozmawiać o pewnym odkryciu. Na osiem dni przed terminem nagrania zadzwonił do instytucji, zatrudniającej ekspertów od danej dziedziny. Skierowano go do ich szefa, nazwijmy go profesorem X. Profesor X wysłuchał dziennikarza, zajrzał w kalendarz i stwierdził, że w przyszły czwartek będzie chyba wolny, ale musi coś sprawdzić i prosi o telefon pojutrze. „Pojutrze” wypadało w piątek, więc dziennikarz zapytał, czy gdyby okazało się wówczas, że profesor nie może jednak przyjść, to czy mógłby go wtedy skierować do kogoś innego; inaczej dalsze poszukiwania gościa dziennikarz mógłby podjąć dopiero po weekendzie, a więc niepokojąco późno. „Oczywiście” – padła odpowiedź.

W piątek profesor X o umówionej godzinie nie odbierał telefonu. Dziennikarzowi udało się do niego dodzwonić dopiero po obiedzie. Profesor powiedział, że niestety coś mu wypadło i nie da rady przyjąć zaproszenia. „Ale może pan się skierować do profesora Y” – dodał i podyktował… adres e-mailowy. „A telefon?” – „Profesor Y nie godzi się na podawanie numeru telefonu, ale proszę się nie martwić, na e-maile odpowiada prawie od razu”. „A czy profesor Y jest uprzedzony, że się do niego zgłoszę?” – „Nie, ale to chyba nie problem; z tego, co wiem, przyszły tydzień ma wolny”.

Dziennikarz, pełen złych przeczuć, napisał natychmiast do profesora Y (był piątek, sześć dni przed nagraniem). Bez zdziwienia przyjął, że odpowiedź nie nadeszła w sobotę ani w niedzielę; nie przyszła jednak również w poniedziałek, aż we wtorek późnym popołudniem znalazł w poczcie list od profesora Y, że dziękuje za zaproszenie, ale w terminie nagrania jest zajęty. Do audycji zostały dwie doby.

W razie nagłych wydarzeń, o których trzeba na antenie porozmawiać, na zorganizowanie gości dziennikarz miewa tak mało czasu, że trzy dni wydają się wiecznością

Dziennikarz był profesjonalistą, więc już dzień wcześniej (w poniedziałek w południe) zdał sobie sprawę, że NIE JEST DOBRZE. Przypomniał sobie wtedy jeszcze innego naukowca, młodszego od tamtych o pokolenie – co wydaje mi się znaczące – trzydziestoletniego doktora Z. Do doktora Z nie miał ani telefonu, ani adresu mailowego, ale wrzucił jego nazwisko w wyszukiwarkę i odkrył, że doktor Z prowadzi blog. Na blogu znajdował się formularz kontaktowy; dziennikarz wypełnił go i poprosił o pilny kontakt w związku z zaproszeniem do audycji (za trzy dni). Odpowiedź z numerem telefonu nadeszła po pół godzinie (!); godzinę później nowy gość był umówiony, a audycja uratowana.

Tego rodzaju przygody stanowią, jako się rzekło, prawie codzienne doświadczenie dziennikarza – a że adrenalina uzależnia, po jakimś czasie człowiek czułby się pewnie nieswojo, gdyby podobne stresy przestały mu się przydarzać. W razie nagłych wydarzeń, o których trzeba na antenie porozmawiać, na zorganizowanie gości miewa się zresztą tak mało czasu, że trzy dni z powyższego przykładu wydają się wiecznością (moim prywatnym rekordem było zaproszenie ekspertów na TRZY GODZINY przed audycją, ale pracowało się wówczas w parze z tzw. wydawcą, co zapewniało telefonowanie „na dwie ręce”, nie mówiąc o wsparciu psychicznym). Proszę więc w tej opowieści nie doszukiwać się skargi: każdy zawód ma swój własny rodzaj dyskomfortu i jeśli ktoś nie potrafi go znieść, może poszukać pracy stresującej na jakiś inny sposób. A jednak płynie z powyższej historyjki pewien morał, który warto sformułować – i to dobitnie.

Najpierw przyznajmy jeszcze, żeby nie spierać się o kwestie oczywiste: naukowcy nie mają obowiązku podporządkowywać się potrzebom dziennikarzy, których zresztą w masie uważają – niestety, nie bez słuszności – za ludzi słabo wyedukowanych i, mówiąc wprost, okropnie bezczelnych. Kiedy w czasach, gdy jeszcze pracowałem w mediach elektronicznych, telefonowałem do uczonego, starałem się brać pod uwagę, że jego czas jest cenny, że wciskam się między jego pracę zawodową a życie osobiste, i choćbym wspiął się na szczyty uprzejmości, występuję w roli uprzykrzonej muchy. To wydawało mi się i wydaje dalej bezsporne.

Ale, ale! Istnieje pewna reguła moralna, która – nieomal niezależnie od naszego światopoglądu – rzuca światło na nasze postępowanie. Sformułował ją Immanuel Kant: „Postępuj tylko wedle takiej maksymy, co do której mógłbyś jednocześnie chcieć, aby stała się ona prawem powszechnym”. Innymi słowy: jeśli zachowujesz się w jakiś sposób, wyobraź sobie, że wszyscy inni zachowują się tak samo, a zobaczysz, czy powstały w ten sposób świat podoba ci się, czy też nie.

Kiedy w tej perspektywie spojrzymy na stosunek ekspertów z mojej historyjki do zapraszającego ich dziennikarza, widać wyraźnie, że profesorowie X i Y opowiadają się, być może bezwiednie, za jedną wizją świata, a doktor Z – za inną.

Fragment tekstu, który ukazał się w najnowszym numerze kwartalnika „Więź”, jesień 2019 

Kup tutaj