Na odkrycie Boga nie chodził ani do katedry świętego Rufina, ani do innych kościo­łów. Odnalazł Go samodzielnie, w miejscu uświęconym: w sobie.

Słuchajcie nowego szaleństwa!
(Jacopone da Todi)

Niedaleko Asyżu znajduje się miejscowość Beviglie. Pieczary i opuszczone groty. Te groty często odwiedzał Franciszek w towarzystwie pewnego przyjaciela, jedynego, który mu jeszcze pozostał z całej kompanii pijackiej. Niektórzy biografowie chcą w tym młodzieńcu widzieć późniejszego brata Eliasza. Równy Franciszkowi wiekiem, odznaczał się on żywą wyobraźnią. Jemu to Franciszek powie­rzył pewnego dnia wielką tajemnicę. Opowiedział mu o skarbach, jakoby zakopanych w jednej z owych grot. Postanowili je odkopać.

Zazwyczaj było tak: Franciszek wchodził do wnętrza ciemnej groty sam, a towarzysz czekał na dworze. Czekał niekiedy całymi godzinami, czekał cierpliwie aż do zmroku, w nadziei, że poszukiwacz skarbów podzieli się z nim wykopanym łupem. Ale Franciszek zawsze wychodził z groty z pustymi rękami, tylko na twarzy był bardzo zmieniony. Oczy miał podkrążone i znać było, że płakał. Na pytania towarzysza odpowiadał radośnie, ale sens jego słów był „zawiły i enigmatyczny” (Celano, 1,3).

Malowniczymi ogólnikami zbywał Franciszek słuszną ciekawość zawiedzionego przyjaciela, przy czym ciągle ją rozpalał, tak, iż „wspólnik” nie tylko się nie zrażał do tej spółki i nie tracił cierpliwości, lecz sam z wypiekami na policzkach marzył o ukry­tych skarbach. Ilekroć pragnął osobiście wziąć udział w kopaniu, zawsze Franciszek umiał go od­wieść od tego zamiaru. Tak było co dzień. Wierny przyjaciel czekał na dworze, a Franciszek wewnątrz groty kopał i kopał. Dziwne tylko, że do tych cięż­kich robót ziemnych nigdy nie zabierał ze sobą łopaty ani szpadla. Musiał chyba ziemię wybierać palcami lub ryć jak kret. Mimo to palce jego nigdy nie były powalane, ani grudka gliny nie przylepiła nigdy do jego rąk. Tylko nogawki w miejscu, gdzie były kolana, miewał zabłocone. Wszystko – bardzo zagadkowe. I kopał, kopał, coraz dłużej, coraz uporczywiej, coraz głębiej, aż się dokopał.

Nigdy nie dowiedział się przyjaciel, co Franci­szek naprawdę robił w grocie. Cała historia o skar­bach była wyssana z palca.

W rzeczywistości Franciszek urządził sobie w grocie tajemną kapliczkę, w której się modlił. Oto powód, dla którego nie wpuszczał tam towa­rzysza. Towarzysz był mu potrzebny po to tylko, aby Franciszek mógł komuś pod osłoną alegorii zakomunikować ogrom doznanego szczęścia. Świad­ków mocowania się z Aniołem ten nowy Jakub mieć nie chciał. Na odkrycie Boga nie chodził ani do katedry świętego Rufina, ani do innych kościo­łów. Odnalazł Go samodzielnie, w miejscu uświę­conym: w sobie.

W ciemnych grotach Beviglie spłonął ów niewi­dzialny krzak gorejący, w którym Franciszek pierw­szy raz usłyszał na jawie głos Boga i zdjął obuwie. Tam go osaczyły potęgi niewidzialne: jasne i ciem­ne. Przygniotły go do wilgotnego muru i przez długie tygodnie walczyły ze sobą o to, co było duszą Franciszka. I w ciemnej grocie Beviglie zosta­ły się, mieczami aniołów rozszarpane, zwłoki franciszkowego ja. To zaś, co z mroków groty wyszło na spotkanie cierpliwego przyjaciela – było już nowym człowiekiem.

Franciszek się nawrócił.

Nawrócenie to taki krok w życiu człowieka, kiedy zawraca on z obranej czy też narzuconej drogi. Franciszek obrał sobie stromą i krwawą ścieżkę sławy, grząską jezdnię kawalera, na której zwichnął nogę.

Ojciec mu narzucił bity, wygodny trakt hand­lowy i kazał szukać złota, leżącego w przydrożnych rowach. A kiedy te drogi skrzyżowały się, stoczył się Franciszek w przepaść. Runął w pustkę, z której do­piero niewidzialne ręce go podniosły. Te ręce po­pychają go w odwrotnym kierunku i ukazują mu dalekie szczęście w postaci Pani Biedy.

Została mu tylko jedyna nadzieja: niebo. Pod działa­niem nieba ta sama ziemia, ta sama przyroda, ci sami ludzie i wszystko, co do niedawna było pustką, nagle napełniać się zaczyna sensem i głębo­ką treścią

Pani ta, Domina Paupertas, z bliska widziana, podobna była do owej żebraczki z dzieckiem, którą Franciszek spotkał kiedyś w dzieciństwie u wrót katedry świętego Rufina.

Rozpoczął się odwrót na całej linii. Przy każdym odwrocie, zwłaszcza jeśli następuje gwałtownie, powstaje zator na szosie. Wozy, naładowane pro­wiantem w pędzie najeżdżają na siebie, piętrzą się tabory z amunicją, konie stają dęba. W duszy Fran­ciszka wszystko staje dęba. Myśl wskakuje na myśl, pojęcie włazi na pojęcie. Uczucia się krzyżują i du­szą wzajemnie. Trzeba wyrzucić z siebie cały nie­potrzebny, choć tak długo gromadzony bagaż, by móc ruszyć z miejsca. Trzeba przejść żmudną drogę powrotną już bez ładunku i bez żywności. Jak nie zginąć z głodu? Jedynym pokarmem duszy Fran­ciszka jest teraz modlitwa, a napojem – łzy. Ta „woda serca”, jak je nazywają stare pieśni rycerskie.

Franciszek do tej pory nigdy się nie modlił, cho­ciaż nieraz w kościele odmawiał pacierze. Wycho­wał się, nie rozumiejąc, dlaczego ludzie żywi modlą się do nieżywych obrazów. Aż dopiero w grotach Beviglie zrozumiał, że Bóg jest dlatego niewidzialny i dlatego nie ma ciała, żeby na każdym miejscu mogli Go ujrzeć wszyscy, którzy Go widzieć pragną. Bo gdyby kształty Boga były określone, łatwo mog­liby się ludzie pomylić co do Jego osoby. I gdyby Bóg miał tylko jedną, jedyną twarz i jedną parę rąk i jeden tylko wygląd, jak ludzie, wówczas artyści, którzy Go po kościołach i w księgach swoich od­twarzają pod tysiącem postaci – nie byliby nie­omylni.

Droga, jaką szedł Franciszek, zanim odnalazł swoją własną wiarę i własną modlitwę, jest drogą bezradnego poszukiwacza prawdy, którego zawiod­ły i oszukały wszystkie ziemskie moce. Franciszek był bankrutem. Stracił swój cały majątek duchowy. Wszystkie bariery ziemskie, indywidualne i społecz­ne, na których pragnął się oprzeć, okazały się zmur­szałe. Została więc tylko jedyna nadzieja: niebo. I oto druga tajemnica jego nawrócenia: pod działa­niem nieba ta sama ziemia, ta sama przyroda, ci sami ludzie i wszystko, co do niedawna było pustką, nagle napełniać się zaczyna sensem i głębo­ką treścią. Wszystko umarłe zmartwychwstaje. Mizantrop i samotnik przeobraża się w przyjaciela ludzi i wszystkiego stworzenia. Żywy trup staje się natchnionym apostołem życia. On, którego smuciła ziemia, smuciły winnice i oliwki w dolinie Spoleta, za sprawą nieba staje się piewcą ziemi. Musiał Fran­ciszek pójść do nieba za życia, jak Odyseusz, który za życia był w piekle, by otrzymać tam nieomylną marszrutę swej ziemskiej wędrówki. I przyniósł so­bie Franciszek od Boga owe szyfry, które mu już przez całe życie służyć mają do jasnego odczytania tekstu świata.

A kiedy ze swych kaplic w Beviglie wracał na­wrócony, pośród gajów oliwnych i młodoszczepów winnych, już mu wewnętrzne odłogi nie prze­słaniały horyzontu. Gdy mijał winne grona, zwisa­jące ku niemu jak piersi, nabrzmiałe mlekiem, widział w nich symbol Krwi Pańskiej. A spoglądając na rodzinne wzgórza oliwne, widział już Górę Oliwną. A kiedy na białych dróżkach pod Asyżem spotkał osiołka ciągnącego wózek, bardzo się roz­rzewnił, albowiem zdawało mu się, że widzi na grzbiecie osiołka Dziewicę z Dzieciątkiem: ucieczkę do Egiptu.

W ten czas daleki, kiedy Chrystus człowiekiem będąc jeszcze nauczał na judzkiej ziemi, rosły gdzieś w pobliżu miasta Jeruzalem – trzy mocne, trzy rosochate drzewa. Bóg im nakazał żyć w ciszy i w zatajeniu szumnych gałęzi dźwigać gniazda pta­ków. Człowiek im nakazał umrzeć i dźwigać na odartych ze skóry łonach trzy ciała człowiecze, trzy trupy.

Kiedy Chrystus miał lat trzydzieści i trzy, wybiła Jego godzina. Umarł przybity do drzewa pośród dwóch łotrów. Szatę z Niego zdarto, biodra ob­wiązano przepaską. A jako że królem Syjonu być się mianował, włożono Mu na głowę koronę z cierni. Z ramion rozpiętych na krzyżu i z tułowia zrobiono literę: T. Dłonie przygwożdżono ćwiekami, nogi przygwożdżono ćwiekami. Piątą ranę zadał Mu dzidą żołnierz cesarski: przekłuł prawy bok. Tak umarł Chrystus, pierwszy małżonek Pani Biedy. Ona, jak mówi Dante:

taka była wierna i wytrwała,
że razem z Chrystusem zawisła na krzyżu,
gdy nawet matka u stóp pozostała.
(Parad. XI)

Ale kiedy Chrystus tertia die, sicut dixit – zmartwychwstał, Pani Bieda nie poszła z nim razem do nieba sądzić żywych i umarłych. Została się na ziemi zatulona w swoje wdowieństwo, zatulona w swoje wieki, jak w szal żałoby.

Aliści od owego dnia śmierci i dnia zmartwych­wstania rozmnożyło się nasienie krzyżowego drze­wa, jako piasek w morzu. Gdziekolwiek na ziemi wymawia się imię Ojca i Syna i Ducha Świętego, tam ludzkie ręce powtarzają na czole, na ramio­nach, na piersiach – znak krzyża. Gdziekolwiek na ziemi, imię Chrystusa pamiętającej, drzewa rosną – wiele z nich musi umierać pod toporem czło­wieka, który z nich sporządza wierne i prawdziwe imago Chrystusowej męki. Na pocieszenie własnej boleści, na odkupienie własnego grzechu, na od­żegnanie szatana.

Ktokolwiek z ludzi świadom jest strugania czło­wieczych kształtów w drzewie, lepienia w glinie, rzezania w kamieniu, rzeźbi to jedyne ciało zamor­dowane na krzyżu. A których ręka swobodniejsza jest w czynieniu pędzlem, nakładaniu farby, ci mnożą na murach, na drzewie, na szkle tę jedną śmierć. A iżby wszystka hańba utrwalona była, po­wtarzają malarze szyderstwo rzymskiego żołdaka czarną literą na białym tle:

I. N. R. I.

Te rany, ta śmierć, ta hańba, stały się fundamen­tem nauki Pawłowej. Kształt krzyża łacińskiego lub greckiego mają kościoły budowane ku chwale Chrystusa: głowa w prezbiterium, nogi leżą w kruchcie, ramiona w bocznych kaplicach. W każ­dym kościele nad jednym z ołtarzów wisi trup Tego, co zmartwychwstał. Pędzel bizantyński ota­czał głowę Ukrzyżowanego glorią z aniołów. Oczy Mu zostawiał otwarte. Bizantynizm lubował się w olbrzymich drewnianych krucyfiksach, malowa­nych jaskrawo. Ciało Chrystusa długie, chude, z wystającymi żebrami, w bladozielonym odcieniu, w pięciu miejscach rozdarte karmazynowa raną. U stóp wyschniętych, broczących krwią klęczą święci.

Kiedy Chrystus zmartwychwstał, Pani Bieda nie poszła z nim razem do nieba sądzić żywych i umarłych. Została się na ziemi zatulona w swoje wdowieństwo

Taki krucyfiks znajdował się za czasów Francisz­ka w starym, walącym się kościółku świętego Da­miana, na wzgórzu świętego Felicjana pod Asyżem. Dziś przechowują go pod szkłem zakwefione Klaryski – w swym konwencie na Piazza Santa Chiara.

Franciszek był naturą zmysłową. Wyobraźnia jego znajdowała oparcie tylko w sferze kształtów dotykalnych rękami lub oczyma. Do dłuższego ob­cowania z abstrakcjami nie była zdolna. Bóg, którego Franciszek odkrył i prosił o pomoc w grotach Beviglie, dlatego nie udzielił mu wyraźnej, jas­nej odpowiedzi, ponieważ nie miał warg, nie miał ciała.

Ale Chrystus na krzyżu, z którym Franciszek za­warł znajomość u świętego Damiana, miał ciało. Miał oczy, ludzkie oczy, w których Franciszek ujrzał odbicie cierpienia całego świata. Miał usta. Głos Boga usłyszany w Beviglie nie wychodził z ust. Do­tarł do uszu Franciszka podziemnym grzmotem jego własnej wyobraźni. Przemawiał głuchym dud­nieniem obudzonego sumienia. Był to Bóg Jaku­bowy ze Starego Testamentu, najwyższa abstrakcja. Patrząc na Chrystusa u świętego Damiana, Fran­ciszek porównywa swoje ciało z jego ciałem. Przej­muje się fizycznym bólem przekłutych nóg i rąk, i boku. Ustami całuje obnażone, nieżywe stopy ludzkie. Czuje we własnych ustach słodką słoność Jego krwi. Ta krew znana była Franciszkowi dotąd tylko pod postacią wina, a ciało miało smak Hostii. Dzisiaj u świętego Damiana, Franciszek mówi do Chrystusa-człowieka. Boga-człowieka prosi o rozkaz i przyrzeka posłuszeństwo. Chrystus miał oczy, więc dostrzegł klęczącego Franciszka, miał usta, sebbene le labbra — jak powiada biograf — siano solo dipinte (chociaż wargi były tylko wymalowane. Celano, „Vita” 11, 6). Więc przemówił:

„Pójdź i napraw mój dom, który się wali, jak widzisz!”.

Tak Ciało na powrót stało się Słowem.

Fragment książki Józefa Wittlina, „Święty Franciszek z Asyżu”, Wydawnictwo Więź, Warszawa 1997. Tytuł pochodzi od redakcji