Miasteczko Skelbije nie oferowało turyście spektakularnych zabytków. Bogactwo tego miejsca było ukryte w jego mieszkańcach.

Wędrowałem po Syrii przez prawie dekadę. Pierwszy raz wyjechałem w roku 1999, wtedy nie wiedziałem jeszcze, że ten bliskowschodni kraj stanie się integralną częścią mojej tożsamości. Później wracałem już do ludzi, których tam poznałem. Do miasteczka w dolinie Orontesu, którego uparci i twardzi mieszkańcy postanowili tam trwać bez względu na trudy codziennego życia wśród międzyreligijnych waśni, uprzedzeń i prześladowań. Mieszkali tam do czasu syryjskiej wojny domowej, która zmiotła ich świat z powierzchni ziemi.

Przeglądam stare klisze. Z roku na rok tracą swoje kolory. Pamięć zaczyna płatać figle. Wesela w północno-wschodniej części Syrii nazywanej Wyspą, po arabsku Dżezirą. Wspólna kąpiel w rzece Chabur z potomkami uchodźców z Asyrii. Długie rozmowy na dachach wiejskich i miejskich domów. Sanktuarium patrona obłąkanych, świętego Iljana. Morze anten satelitarnych widziane z wysokości ostatniego piętra domu w Aleppo. Tysiące chwil zatrzymanych na obrazach do dziś przechowywanych w szufladach pomimo licznych przeprowadzek. Chwil dobrych i nieprzyjemnych, bo przecież, jak mówił mi ojciec Makarios, ludzie wszędzie są tacy sami – spotkasz tych dobrych i tych złych.

Na jednym ze zdjęć stoję razem z moją przybraną syryjską rodziną na plaży. Wszyscy jesteśmy uśmiechnięci. Był koniec lata, wynajęliśmy mikrobus i rozśpiewani, pojechaliśmy w stronę morza. Potem biesiadowaliśmy długo w noc. Nikt nie spodziewał się, że za chwilę wszystko zniknie.

Było coś złowrogiego w mojej ostatniej wizycie w Syrii, chociaż nikt jeszcze nie spodziewał się, że wybuchnie wojna

Pamiętasz, Fahad, jak spacerowaliśmy razem dawną rzymską drogą w ruinach Apamei? Jest takie jedno zdjęcie, które szczególnie lubię. Ono mówi najwięcej o mojej przyszywanej rodzinie. Wędrowaliśmy antyczną drogą między rzędami starożytnych kolumn. Dziś taki spacer nie byłby już możliwy. A Aleppo? Wędrówki jego ulicami?

Było coś złowrogiego w mojej ostatniej wizycie w Syrii, chociaż nikt jeszcze nie spodziewał się, że wybuchnie wojna. Na starej uliczce Alepskiego targu zaczęły za mną biec dzieci z kijami. Uderzając w spuszczone metalowe rolety, krzyczały z wściekłością, żebym poszedł sobie precz. W ich twarzach była niesamowita agresja. Wtedy jedyny raz czułem, że nie jestem u siebie. Że jestem obcy. Podmuch nienawiści tuż przed odlotem w do Polski. Świat zaczął się rozpadać.

Poznałem Was w niezwykły sposób. Pamiętacie? Byłem chory i zabraliście mnie z ulicy. Przez tydzień leżałem z gorączką. Był sierpień, a nic nie było w stanie zbić mi temperatury. Zajęliście się mną, chociaż byłem obcy. Tak Was pokochałem. Pokochałem Wasze miasteczko. Postanowiłem, że będę tam wracać.

Jedyne święta Bożego Narodzenia, które spędziłem bez rodziców, były w Syrii. Chciałem z Wami świętować ten niezwykły czas. Zamknąć kalendarz uroczystości, w których dane było mi uczestniczyć. Odwiedzaliśmy Waszych sąsiadów. Do Trzech Króli piliśmy świąteczną nalewkę. Jedliśmy specjalnie przygotowane słodycze. Sylwester spędziliśmy w asyryjskim domu Dżamala.

Moje serce zostało w tamtym kraju, którego już nie zobaczę.

Fragment tekstu, który ukazał się w najnowszym numerze kwartalnika „Więź”, jesień 2019

Kup tutaj